The Chameleons razy pięć

Zdjęcie The Chameleons razy pięć

Być może jest to kwestia roku 2008, który podobnie jak swój poprzednik, raczej skłaniał się w kierunku rockowej antytezy. Efekt głębokiego odetchnięcia. Rozładowania pokładów spinki, buntu, osobistych wynurzeń i jakichkolwiek ponadmuzycznych pretensji. W sytuacji, gdy kolejne 12 miesięcy pcha muzykę do poziomu wyuzdanej, czysto estetycznej przyjemności, głos post-punkowych romantyków sprzed ćwierćwiecza raptem zyskuje na świeżości i nawet chce się go słuchać. The Chameleons wywlekają z człowieka resztki sentymentalizmu w jego najbardziej naiwnej i najlepszej formie. Pod koniec 2008 roku to dla mnie towar pierwszej potrzeby.


Podobnie jak w wielu innych przypadkach „zaginionych klasyków post-punku” za główny problem w karierze The Chameleons można uznać timing. Kwartet z Manchesteru wysunął artylerię o najpotężniejszej sile rażenia, podczas gdy na polu bitwy było już dawno pozamiatane. Dwa lata tułania się po sesjach Johnego Peela, kolejny rok w oczekiwaniu na znalezienie wydawcy dla debiutu. W efekcie „Strange Times” (1986), ich kompletny muzyczny manifest, przypadł na moment kiedy post-punkowa formuła na Wyspach już dawno się wyczerpała i ewoluowała w kierunku dwóch różnych ekstremów. The Chameleons jednak nie wpisywali się do końca ani w tradycję pompatycznego big soundu spod sztandaru późniejszego U2, Simple Minds czy Big Country, ani nie uprawiali brzmieniowej ascezy The Smiths czy (do pewnego momentu) The Cure. Tkwili w jakiejś komercyjnej próżni, wewnętrznej sprzeczności między tymi dwoma biegunami. W efekcie powstała muzyka o rozmachu godnym stadion-rockowych herosów, mimo że zakres jej funcjonowania ogranicza się właściwie do skromnej salki kameralnego klubu i czterech ścian twojego pokoju.


Przekrojowa selekcja piosenek i kilka opisów, jakie z Kubą wypociliśmy, powinno posłużyć za dobrego przewodnika po muzycznym warsztacie zespołu, z wszystkimi dobrodziejstwami jego inwentarza. Zważywszy na weryfikowaną historyczność The Chameleons, choćby tego szczątkowego sampla twórczości zespołu, wypadałoby sobie z przyzwoitości odhaczyć.


1 - In Shreds (1982)

Wzorcowy przykład efektywności songwritingu Chameleons, ich debiutancki singiel był jednocześnie pierwszym utworem grupy, który usłyszałem w życiu, i nawet dziś, po latach, świetnie rozumiem ówczesną ekscytację. Raz: Mark Burgess na barykadach, upadający i podnoszący się, walczący o swoje życie w desperacko zinterpretowanym tekście o alienacji i kryzysie osobowości. Dwa: siarczysty post-punkowy riff, który (zawsze miałem takie wrażenie) trochę pożyczyli sobie Franz Ferdinand na potrzeby „Jacqueline”. Trzy: drive sekcji rytmicznej, wyznaczający poziom, do którego lata później aspirować będzie Interpol w swoich najbardziej dynamicznych momentach. Kto dziś debiutuje z taką wiarą i mocą? I jeszcze jeden drobiazg: wszystkie ich najlepsze kawałki to miały, również „In Shreds” w ostatnich sekundach zmienia swoje oblicze: rezygnuje z rozpaczliwej pogoni, resztkami sił wykonując ostatnie cięcia gitary. Bohater kona na naszych oczach. (ka)

2 - Tears (1986)

Chcąc oszacować ile z muzycznej spuścizny The Chameleons zostało dla następnych pokoleń, pierwsze na myśl przychodzi nasycone gitarowym pogłosem brzmienie płyty „What Does Anything Mean? Basically”z 1985 roku. Następnie zaś jego najpełniejsza artystycznie realizacja – wydany rok później singiel „Tears” (już z LP „Strange Times”). Tutaj ten czynnik muzyki The Chameleons będący pierwotnym źródłem nadpływających nurtów dream popu i shoegaze’u – dotychczas wyrażany w dość rozlazłej, eterycznej produkcji – wreszcie nabiera wyraźniejszego sznytu. Nigdy indziej The Chameleons nie brzmieli tak czysto i przejrzyście. Duet Fielding/Smithies muska sobie strunkę po strunce niczym podrasowany delayo-reverbami Johnny Marr, zahaczając po drodze o pracownię starego majstra gitarowego echa z Durutti Column, Lever zwykle operujący potężnym metalicznym bitem, szczotkuje jakby urwał się z sesji „Ocean Rain”, a Mark Burgess przed tym jak znów będzie się katował w epickiej kodzie piosenki, zdąży nawet sobie ślicznie powzdychać w quasi-folkowej manierze. Summa summarum, gdy ktoś Was kiedyś spyta o atmosferyczny pop lat 80. i nie będziecie chcieli przygrzmocić jakimiś The Cure, na ten kawałek możecie stawiać w ciemno. (pa)

3 - Up The Down Escalator (1983)

Jeden z kilku poważnych „antycypatorów” w dorobku grupy, „Up The Down Escalator” definiuje do bólu prostą formułę post-punkowego odrodzenia z początku bieżącej dekady. Rwany dwu-strunowy riff i szybkie, mechaniczne uderzenia z góry na dół – chyba tylko The Chameleons potrafią zagrać to tak, że ciągle da się dziś tego słuchać i chyba tylko oni potrafiliby nadać temu tak lekki i swobodny flow. Co ważne, łagodność brzmienia „Up The Down Escalator” pozwoliła Burgessowi na śpiewanie, tym razem, bez całej teatralności i nadęcia. Zamiast tego, lider grupy rzuca w refrenie rozbrajająco niewinne There must be something wrong, boys, i pcha konwencję protest-songu, jakim de facto jest ten utwór, z świadomego, politycznego manifestu w kierunku spontanicznej konstatacji nastoletniego chłopca. Urocze. (pa)

4 - Swamp Thing (1986)

Now that’s what I call BIG MUSIC. W najważniejszym momencie „Strange Times”, ich naczelnym epiku, za który Simple Minds gotowi byliby zabić, Chameleons są dumni jak U2, lecz rozpoetyzowani niczym The Triffids. Strzelista konstrukcja „Swamp Thing” przypomina monumentalną, gotycką katedrę, wzniesioną siłami całego kwartetu – natchnionego śpiewu Burgessa, przestrzennych hooków gitarowego duetu Fielding/Smithies i stąpającego, mocarnego bitu stopy bębniarza Levera. Ta piętrowa kompozycja w genialny sposób rozładowuje niesamowite napięcie, kumulowane od pierwszych nut riffu, aż po wprowadzenie iście cure’owskiego, rozpogadzającego końcówkę motywu w szóstej minucie. „Swamp Thing” to rzadki przypadek utworu, który swoją sromotną powagę, skłonności mesjanistyczne i brak śladowych ilości poczucia humoru obraca w cnotę, zgłaszając aspiracje do grona największych rockowych hymnów lat osiemdziesiątych. (ka)

5 - Perfume Garden (1985)

Najczęściej, gdy mam ochotę na „coś Chameleons”, sięgam po ten właśnie track, właściwie rozpoczynający – po zdawkowym, syntezatorowym wstępie – drugi longplay grupy „What Does Anything Mean? Basically” z 1985 roku. Nie był przebojem, nie był nawet singlem, za to spośród wszystkich utworów grupy, to prawdopodobnie ten najskuteczniej tłumaczy jej muzyczną formułę. Paradoksalnie, Chameleons doskonale wstrzelają się nim w brzmienie tej bardziej ponurej odsłony muzyki alternatywnej połowy lat osiemdziesiątych – epicki hook keyboardu odnalazłby się pod palcem Lola Tolhursta na „The Head On The Door” The Cure, a tego rodzaju post-nuklearne new wave eksplorowali na wydanym wtedy „Night Time” Jaz Coleman i jego kolesie z Killing Joke. Koniec końców, wszystko sprowadza się do tego, na czym opiera się cały fenomen Chameleons: wypełnienia luki pomiędzy lepiej znanymi „similar artists” przy pomocy charyzmy, poezji i donośnego wokalu Marka Burgessa oraz zamaszystej aranżacji. Bo w hymnach nie liczy się nowatorstwo, a to, żeby śpiewać je głośno i donośnie. (ka)

Kuba Ambrożewski, Paweł Anton (19 grudnia 2008)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: kolargol
[6 stycznia 2009]
Tylko napiszę, że fajnie, fajnie, zawsze lubię takie coś czytać. A najbardziej podoba mi się trójka.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także