Jukebox: różności z 2013 roku

Napisaliśmy o kilkunastu utworach, które często gościły na naszych playlistach, ale nie zdobyły na tyle wielu redakcyjnych serc, by znaleźć się w podsumowaniu naszych ulubionych singli poprzedniego roku.

Annie - Back Together

Czasu nie da się oszukać. Zalotnie kręcąca pupą w wideoklipie do „Chewing Gum” łobuzerska blondynka kończy w tym roku 35 lat, a to dla gwiazdy electropopu wiek, w którym przynajmniej wypadałoby określić kierunek swojej scenicznej przyszłości. Jeśli rzeczywiście tak jest i nie każdemu pisany jest los Kylie, której przekraczanie granic żenady najwidoczniej nigdy nie grozi, nie do końca wiadomo, jak w tym kontekście interpretować singiel promujący skromną, wyprodukowaną przez twórcę największych hiciorów Annie, czyli Richarda X EP-kę „The A&R”. Promujące ten minialbum „Back Together”, w którego powstaniu maczała też palce Victoria Hesketh, szerszej publiczności znana lepiej jako Little Boots, może być odczytane jako wyraz artystycznej bezradności i braku pomysłu na oryginalną Annie w nowych czasach. Można też traktować ten utwór jako wyraz zgrabnego wyczucia koniunktury i społecznego zapotrzebowania na przeboje żywcem odwołujące się do nie-tak-odległej przeszłości muzyki tanecznej. Najbezpieczniej chyba jednak założyć, że ten może i nieskomplikowany, ale zarazem niezdrowo uzależniający banger, który – idę o zakład – dwadzieścia lat temu zawojowałby Eurochart i tłukł się o czołowe miejsca z „Love Message”, to po prostu wyraz słodkiej, nieśmiertelnej nostalgii Richarda i Annie za grami wideo, koszulkami z wisienką i zabawami w stylu chłopców z Utrechtu, a zarazem dowód, że wewnątrz tego intrygującego scenicznego duetu wciąż potężnie iskrzy. Parę lat temu gościliśmy w podsumowaniu singli „Method Of Modern Love” Saint Etienne, inną z retromaniakalnych produkcji pana X. Dla Annie w tym roku zabrakło u nas miejsca, choć osobiście biłbym się o pannę Strand do upadłego. (Bartosz Iwański)

A$AP Rocky - Fashion Killa

Przeciągana w nieskończoność premiera debiutu jednego z najpopularniejszych obecnie młodych wyjadaczy nowojorskiego rapu okazała się warta swojej zwłoki, czego przykładem może być utwór z Rihanną w klipie. Tak się składa, że na „Long.Live.ASAP” jest kilka mocniejszych punktów niż „Fashion Killa”, lecz potraktujmy ten fakt jako siłę tego albumu, a nie przytyk do samego singla. Bo jest coś, co wyróżnia go na tle innych produkcji Rakima Mayersa. To bowiem zawarty w nim synth-popowy pierwiastek. Bo kiedy wsłuchamy się w loop poszatkowanego wokalu na początku utworu, pomyślimy raczej o Danielu Lopatinie, a nie o nowojorskim rapie. Ale znak czasów odciśnięty w muzyce ASAPa i otwartość na różnorodność (nie tylko muzyczną, jak wynika z jego ostatnich wypowiedzi), to przecież wizytówka tego rapera i główne przyczyny sukcesu jego muzyki. Co jednak sprawia, że to właśnie on, a nie chociażby zwaśniony z nim dawny współpracownik SpaceGhostPurrp, obracający się też po cloud-rapowym obszarze (od którego się, co prawda, odżegnuje ze względu na upodobanie do mroku), zyskał tak dużą popularność? Myślę, że zaprezentowany singiel wiele tłumaczy. Rocky, choć przez życie doświadczony ciężko, często wybiera eskapistyczne podejście do sztuki, stąd funkcja jego nawijki bywa zazwyczaj tylko fatyczna. Tak jest właśnie na „Fashion Killa”, gdzie raper opisuje relację damsko-męską na tle konsumpcyjnego pejzażu, składającego się z wyliczanki ubraniowych brandów czy nazwisk projektantów. Idzie tu przede wszystkim o swobodę, synkopowaną nawijkę, naturalne flow i zrównanie słowa z dźwiękiem (w tym wypadku o emfazę obrazów splendoru). Dźwiękiem wyprodukowanym zresztą przez samego Mayersa pod ksywką LORD FLACKO na spółkę z Hectorem Delgado. To znaczy, że i bez Clamsa Casino ASAP też daje radę. (Rafał Krause)

Daniel Avery - All I Need

„Drone Logic”, sprawdźcie koniecznie. Debiut londyńczyka zimą (jaką zimą?) narobił trochę zamieszania, również w miejscach takich jak to, czyli różnego sortu rocznych podsumowaniach. Nic dziwnego, bo zacna to propozycja. Niby to już wszystko słyszeliśmy – a to echa acid-house’u, a to Chemical Brothers, a to Detroit – ale podparte jest to zgrabnym songwritingiem i całkiem dużym potencjałem komercyjnym, nie ograniczającym się jedynie do wielbicieli techno, czego dowodem są punkty w listach rocznych zarówno RA, jak i Guardiana. Najlepszym przykładem jest promujący wydawnictwo, przyjemnie house’ujący „All I Need”. Może usunąłbym te wstawki wokalne, ale z drugiej strony współtworzą one urzekającą transowość tego utworu. (Dariusz Hanusiak)

Connan Mockasin - I'm The Man, That Will Find You

Czy da się pisać o Connanie Mockasinie bez przywoływania postaci Ariela Pinka? Porównanie do Kalifornijczyka nasuwa się mimowolnie, jednak używają oni innych środków do osiągnięcia celu. Linia programowa Mockasina zakłada większy ekscentryzm, natomiast jego inspiracje są dużo bardziej wykoślawione i zdeformowane. Podświadomość w formie czystej, nie poddana intelektualnej obróbce. W wypadku tego singla mamy do czynienia z r&b na zwolnionych obrotach. Falset Nowozelandczyka brzmi niczym dziecko, które nawdychało się helu. Nieoczywisty, rozmyty motyw gitary z refrenu swobodnie wwierca się w głowę za sprawą wielkiego ładunku groove'u w nim zawartego. Sama dziwaczność by tu jednak nie wystarczyła, oprócz outsiderskiego funku Gary'ego Wilsona dostajemy w pakiecie także songwriterską smykałkę Shuggiego Otisa, z twórczością którego (mam wrażenie) Connan jest dobrze zaznajomiony. Dlatego śmiem twierdzić, że nikt nie miał w zeszłym roku pościelówy lepszej od „I'm The Man, That Will Find You”, nie powstydziliby się jej ani Prince, ani How To Dress Well. (Krzysztof Krześnicki)

Foals - My Number

„Here we go again...”, pomyślałem sobie słuchając pierwszego singla z trzeciej płyty Foals – ciężkiej, rozpiętej gdzieś pomiędzy The Cure i... nu metalem kompozycji „Inhaler”. Widzicie, nigdy mnie ta kapela szczególnie nie ruszała. Doceniałem solidność, parę charakterystycznych patentów, a przede wszystkim fakt, że kilkoro moich znajomych ewidentnie zawdzięcza tej grupie dużo pozytywnych emocji. Dziś jest dla mnie Foals i jest „My Number” – bezkonkurencyjny indie-dyskotekowy earworm roku. Prosty jak konstrukcja cepa, funkowy hicior z krystaliczną produkcją, kapitalnym groove’em i ultraprzylepną melodią o aparycji dżingla doskonałego. Yannis Philippakis i spółka wreszcie poczuli przysłowiowy „luz w dupie”, co poskutkowało wypuszczeniem definitywnego festiwalowego hymnu 2013. Jakże potrzebnego w roku, w którym Phoenix woleli rozkminiać neurozy związane z nadmiarem sławy, MGMT zrobili płytę, której nikt nie przesłuchał, a Friendly Fires wciąż pauzowali. This is pop, yeah yeah.

PS. Nudny oficjalny klip podmieniam na genialny fanmade z samymi Village People w rolach głównych. (Kuba Ambrożewski)

Ghostpoet - Meltdown

Jego timbre to jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo – takim stwierdzeniem pewnie wielu przywitało narodziny „Peanut Butter Blues & Melancholy Jam” (debiut Ghostpoeta z 2011 roku). Ale Obaro Ejimiwe zdaje się nie popadać w dylematy w rodzaju: niebezpieczeństwo bycia drugim Rootsem Manuvą a nieskrępowane korzystanie z daru głębokiego, szamańskiego głosu, i nagrywa po prostu dobre utwory. Na „Some Say I So I Say Light” jego flow stało się bardziej ślamazarne, co uwypukla singiel „Meltdown”. Londyńczyk zbliża się swoją twórczością do czegoś, co można by nazwać spoken wordem w warunkach klubowych. Swoim obrazowym językiem wije się wręcz po lewitującym klawiszu, niby cedząc słowa, ale jednocześnie utrzymując płynność i melodyjność ich wypowiadania. Produkcyjnie kawałek (podobnie jak i cała płyta) porusza się po obszarze elektroniki typowej dla regionu UK. Utwór jest po bristolsku senny i minorowy, ale połamana perkusja wzbogaca podkład o dynamikę, czym odróżnia go od charakterystycznego narkotycznego soundu trip-hopu lat 90-tych (ale całkiem niedaleko mu do brzmień znanych z „Heligolandu” Massive Attack). Przedstawiona w utworze historia może wydawać się banalna, ale Ghostpoet umiejętnie nadaje jej ciężar („And the Chinatown whispers that would/Obviously be muttered by the dogs”), który równoważy aksamitny głos Woodpecker Wooliams w refrenie. Sprawdźcie też teledysk. (Rafał Krause)

I Break Horses - Denial

Szwedzi pięknie to zrobili. Balansując pomiędzy onirycznością dream popu i shoegaze'ową nerwowością, senną melancholią i narkotyczną tanecznością, wymyślili utwór, który mógłby stać się jednym z najciekawszych np. w dyskografii Washed Out. W gąszczu soczystych, wyrazistych, mechanicznych dźwięków syntezatora, łagodności i romantyczności „Denial” nadaje spokojny, kobiecy wokal Marii Lindén. Gdy w 2011 roku I Break Horses wydawali świetną płytę „Hearts”, niewielu się spodziewało, że szwedzki duet okaże się czymś więcej niż krótką, sezonową, niszową zajawką. Po tak fantastycznym utworze jak „Denial” mam nadzieję, że I Break Horses zostaną czarnym koniem na koniec 2014 roku, czego im z całego serca życzę. (Kasia Wolanin)

Jai Paul - Str8 Outta Mumbai

Ah, kultura leaków. Zdarzyło się jutro. Wycieki muzycznych nagrań do internetowego zbiornika to chleb powszedni każdego tropiciela muzycznych nowinek. Wcale mnie nie dziwi, że kolejne niekompletne, niegotowe, nieprzygotowane do życia zawiniątko muzyczne przedostało się do świata. W przypadku Jai Paula historia odbiega jednak nieco, nieco od klasycznych scenariuszy zbrodni. Otóż Jai Paul, brytyjski wokalista r&b, w skrytości serca i konsolety nagrywał swój pierwszy pełnoprawny longplay, mając już za sobą, bo ja wiem, dwa single, „BTSTU” i „Jasmine”, oba przyzwoite i obiecujące, no więc nagrywał sobie, biedaczyna, gdy nagle pękły wszelkie zawory i firewalle - trach!, paczka z demami nowych jointów wylądowała w interwebsach.

Co ciekawe, wcale nie wyciekły perfekcyjnie doszlifowane losslessy, które udają wersje pierwotne (tak naprawdę będąc marketingowymi wnykami), lecz zmasakrowane dema. Co?, nie wiem o tym?, wiem, że przebiegłość marketingowych hien zna tylko jedną granicę. Ale to serio brzmi źle. A jednak CUDOWNIE. „Jai Paul” (bo chyba tak została zguba nazwana) może być najlepszym fejkowym albumem 2013 roku – każdy, kto słuchał, skłonny będzie przyznać mi rację. Piosenki są wciągające, nietypowe, ładne i zmyślnie skomponowane. Najgenialniejszą z nich natomiast: „Str8 Outta Mumbai”. Po wstępie z indyjskimi perkusjonaliami i kąśliwą gitarą, Paul wokalizuje motyw przewodni, zawadiacki i beztroski. Dzieją się wirujące diamenciki, chórki upewniają nas w przekonaniach. Syntezatory galopują, bazarowy flecista przygrywa do tańca – zbyt dużo, jak na jedną piosenkę. Kręci mi się w głowie. Zdobyłem chyba potężny power-up w Pacmanie czy innym Tetrisie, jaskrawe kolory demolują mi kineskop, rozpikselowane gwiazdy i mieniące się wstęgi dopełniają mnie w ekstazie.

Dobra, idę podpisać petycję, żeby Jai Paul wydał swój materiał jak człowiek, i żebyśmy tańczyli do białego rana. Forever. (Michał Pudło)

Kopyt/Kowalski - iuvenes dum sumus

Doskonały przykład połączenia miękkiej (bo rozrywkowej) funkcjonalności muzyki z ciężarem idei, jaką za jej pośrednictwem chce się przekazać. Utwór pochodzący z drugiego płytomiku Szczepana Kopyta pt. „KIR” (płyta wydawana jest razem z tomem wierszy autorstwa tegoż poety), zwiastuje pewne zmiany na gruncie brzmienia, które Kopyt współtworzy w duecie z Piotrem Kowalskim. O ile sama muzyka z wcześniejszej płyty artystów była trochę chaotyczna, sięgała do wielu gatunków jednocześnie, posiłkując się zaledwie ich kliszami, o tyle ich najnowsze kompozycje jawią się już nie tylko jako dźwiękowa forma przestrzeni do artykulacji wierszy zaangażowanych, ale przede wszystkim jako fundament spójnego i dojrzałego muzycznie albumu (co niestety odbiło się słabym echem w tzw. polskiej prasie muzycznej). Sam autor tekstów bardziej świadomie operuje głosem, dzięki czemu idealnie udaje mu się wpasować w nową oprawę utworów, które są dużo bardziej melodyjne, a „iuvenes dum sumus” jest tego najlepszym przykładem. Kopyt, przyznający się do inspiracji Saulem Williamsem (znanym z zaangażowanych manifestów i upodobania do muzycznego miszmaszu), podobnie jak Amerykanin niezmiennie uprawia werbalną twórczość krytyczną, kontestując hierarchiczność, władzę systemową czy kapitalizm, ale muzycznie z Kowalskim bliżej mu tym razem do Dylana (skądinąd, też kontestatora), za sprawą oparcia swoich kompozycji na prostych, bluesowo-pochodnych akordach, harmonijce i perkusji. Lekkość i flow, z jakim wokalista wyśpiewuje teksty, nadają tej muzyce wręcz tanecznego sznytu, podczas gdy przekaz jasno daje do zrozumienia, że chodzi przecież o „zgodę na bagdad” i „ciszę o nangar khel”, gdy „prezydent uda się wkrótce na koniec półwyspu hel”. Mówiąc krótko, ale żarliwie – aliteracje, powtórzenia i uroki prozodiów jadą wierzchem na brzmieniu nawiązującym do korzennej muzyki uciemiężonych afroamerykanów. Wszystko w imię wspólnotowego sprzeciwu wobec dyktatu kapitału. (Rafał Krause)

Mazzy Star - Common Burn

Singiel „Common Burn” zwiastował powrót Mazzy Star po około piętnastu latach milczenia (światło dzienne ujrzał już w 2011 roku, zapowiadając płytę „Seasons Of Your Day” z aż dwuletnim wyprzedzeniem). Nic zatem dziwnego, że piosenka brzmi przytulnie znajomo, choć w kontekście psychodelicznego dorobku grupy – także świeżo. „Common Burn” to bowiem utwór bardzo minimalistyczny, oparty raczej na relacjach między poszczególnymi partiami instrumentalnymi niż na brzmieniu każdej z nich z osobna. W tym ujęciu cząstki kompozycji zdają się zazębiać jak puzzle, stopniowo układając się w jednolitą całość: folkową harmonijkę uzupełniają kojące dźwięki glockenspielu i delikatny śpiew Hope Sandoval, który z upływem czasu nie stracił nic ze swojego wdzięku. Tę strukturalną harmonię dodatkowo podkreśla jednostajny rytm utworu, puls wyczuwalny mimo bardzo oszczędnego zastosowania perkusji. W „Duszy światowej” Dorota Masłowska użyła wyrażenia „kompres z cukrów prostych” w odniesieniu do uspokajających właściwości tychże. Parafrazując ją, określiłabym „Common Burn” jako „kompres z dźwięków prostych”, działający równie kojąco jak kubek herbaty z miodem na dobranoc. (Ania Szudek)

pr0files - Call Yourself A Lover

W tym roku ukazała się kolejna odsłona składanki Italians Do It Better – „After Dark 2”. „Call Yourself A Lover” mogłoby być najlepszym numerem na tym krążku, lecz niestety duet z Los Angeles nie ma nic wspólnego ze znaną wytwórnią. Zresztą ich debiutancki singiel to nie tak do końca sztandarowy przykład estetyki „smutnego disco”. Przebojowy electro pop pr0files, czerpiąc z klimatu lat 80., posiada zaskakująco bogatą, wielowątkową aranżację, zabójczo chwytliwy refren, znakomitą linię basu, która nadaje piosence wyrazistości i charakteru. Tylko na podstawie tego jednego kawałka umiejscowiłabym kalifornijski duet gdzieś pomiędzy najfajniejszymi momentami M83 i Chromatics. (Kasia Wolanin)

Rhye - Open

Duet Rhye wydał w roku 2012 dwie EP-ki („The Fall”, „Open”). Utwór tytułowy z tej pierwszej przebił się do naszej redakcyjnej świadomości i zagościł na liście naszych ulubionych piosenek ubiegłego roku. „Open” zyskało większą popularność dopiero na początku tego roku, kiedy opublikowany został teledysk. Stworzył go Daniel Kragh-Jacobsen, który jest również odpowiedzialny za obraz do „The Fall”. Kolejność publikacji może być myląca, bo to „Open” jest fabularnym prequelem do „The Fall” i klasyczną opowieścią o zawieszeniu bytu między takimi stanami, jak „too young” a „adult contemporary”. Nie poznałem w mijającym roku wiele tak ładnie zaaranżowanych i zrealizowanych kompozycji: dostojność nie przeciwstawia się lekkości, dbałość o barwy i uszczegółowienie aranżacji nie wygląda na wymuszoną – jest naturalna i nadaje głębię całości. Choć Mike Milosh i Robin Hannibal nie sprostali wszystkim oczekiwaniom na debiutanckiej płycie „Woman”, to za ten utwór jestem im serdecznie wdzięczny. (Sebastian Niemczyk)

Toro Y Moi - Slough

Doceniam „Anything In Return”, ale mimo jakichś dziesięciu sesji z tą płytą nigdy się z nią do końca nie zaprzyjaźniłem. Potwierdziła jednak, że Bundick w konkurencji planowania albumu jest niedoścignionym mistrzem – jak na razie każda z jego płyt jest rejestracją odrębnej wizji estetycznej. Eklektyczna biblioteka Chaza udowadnia jego kompozytorskie skillsy, ale jeszcze mocniej zwraca uwagę na instynkt poruszania się w studiu nagraniowym. Czasem wydaje się, że każdą piosenkę byłby w stanie zgrabnie przysposobić do dowolnie sformułowanej wizji. Tak było lata temu przy pamiętnej rejestracji „You Hid”, tak było też w ubiegłym roku, kiedy z muzycznego skeczu Ricky’ego Gervaisa stworzył…

Ech, bezlitosne, obiektywne kryterium „słuchalności” singla. Mało to razy rzucałem robotę, żeby przez trzy, sześć albo dziewięć minut pobyć z Chazem Bundickiem w Slough? Kompulsywne gonitwy na YouTube’a, Soundclouda, gdziekolwiek najbliżej był ten kawałek – to jeden z odcinków moich przygód z muzyką za 2013 rok. Strzała Amora, jaką niewątpliwie trafili mnie popularny Toro wraz z kompozytorem kawałka Davidem Brentem, była wyjątkowo bezlitosna. Ej, przecież to jedno wielkie WTF! Cover jakiegoś DOWCIPU muzycznego, dodatkowo nagrany w manierze pastiszu rockowej ballady na modłę 1972 roku… O tak, brakuje tylko przysłowiowej baby z wąsem i miałbyś singla roku, idioto. Hipsterzysz, tak jakbyś nie mógł sobie wybrać czegoś z niezłego przecież „Anything In Return” zamiast tej popierdółki. W zwrotkach zrzynka z „The River” Springsteena (pozdro Jędrzej), ale niby refren świetny, niby prechorus rewelacja. Jakiś przesterowany bas, klasyczny klimacik Floydów około „Dark Side Of The Moon” się zakrada, wyobrazić sobie można doprawdy jak w refrenie pieje Neil Young, a zza konsolety uśmiecha się Ziggy Stardust. Proper rockowa ballada, naprawdę, uszanowanko. (Kuba Ambrożewski)

Warpaint - Love Is To Die

W zasadzie nie wiem, czy „Love Is To Die”, singiel z nadchodzącej płyty Warpaint, zasługuje na laury. I na „Exquisite Corpse”, i na „The Fool” było ciekawiej: użycie elektroniki mniej sztampowe, przejścia ciekawsze, melodie mniej oczywiste. W dodatku od premiery ostatniego albumu mijają w tym roku już cztery lata, co stawia kreatywność dziewczyn z Warpaint pod sporym znakiem zapytania. Ale jako że singiel rządzi się własnymi prawami (a ten niewątpliwie zasługuje na miano earworma), to pozwolę sobie pozostać w stanie błogiego oczekiwania na całą płytę. Cóż mi zresztą po tym malkontenctwie? W końcu „Love Is To Die” to kwintesencja uroku Warpaint, ich podejście do harmonii wokalnych i układu akordów w (słodkiej) pigułce. (Ania Szudek)

Youth Lagoon - Raspberry Cane

Zeszłorocznym „Wondrous Bughouse” Trevor Powers wykroczył poza introspekcyjny debiut by, jak sam stwierdził, uchwycić swoją muzyką stan, „w którym sfera duchowa zderza się ze światem fizycznym”. Dzięki subtelnym, elektronicznym modulacjom (niesamowite intro!) i późniejszej, bardziej konwencjonalnej, piosenkowej wręcz formule, dziewiątemu na trackliście „Raspberry Cane” zdecydowanie najbliżej do założeń autorskiego mikromanifestu; rzeczywiście wydaje się tkwić w specyficznym zawieszeniu, fazie liminalnej, a to wrażenie umiejętnie pogłębia rozczulający, animowany teledysk Stephena McNally’ego. Niestety, pierwsze takty i wariacje na ich temat (1:24) wypadają zdecydowanie lepiej od późniejszego przekombinowania, sprawiającego wrażenie, że Amerykanin przeciąga kawałek tylko dlatego, że z założenia ma on być epicki. Pozostaje więc lekki niedosyt, tak, jakby ktoś zgubił świetną książkę na dwa rozdziały przed jej zakończeniem. Mimo to singiel z kolorytem wpisuje się w zeszłoroczny, niezbyt urodzajny (może oprócz dokonań Foxygen i Jacco Gardnera) psych-popowy krajobraz, a dzięki wspomnianej, bajkowej aurze i wypływającej z lęku przed śmiercią apoteozie dzieciństwa, wywołuje luźne skojarzenie z melancholijnym „Chinatown” Wild Nothing – koniecznie w wersji ilustrowanej „Klaunem” Richarda Balducciego. (Wojciech Michalski)

Screenagers.pl (7 stycznia 2014)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: kejez
[7 stycznia 2014]
playlista na youtube też nie byłaby zła
Gość: solo
[7 stycznia 2014]
u mnie ładuje się koko spoko, ale też chyba bym wolał same linki. A w ogóle najchętniej bym widział tu playlistę na spotify, teraz popularne takie tematy są :). Choć nie wiem ile czytelników jest użytkownikami tego serwisu i jaki jest stosunek ludzików z redkszyn do tych nowych wynalazków. pozdro!
Gość: vyz88
[7 stycznia 2014]
mam małą prośbę na przyszłość, nie wiem jak inni, ale mój 1GB ram wysiada gdy strona jest obładowana pierdyliardem okienek z YT, imo lepiej dawać same linki, chyba każdy (nawet z kilkoma GB ram) odczuje poprawę ; )
Pozdrawiam!

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także