Powerpop: program obowiązkowy

Określenia powerpop używa się na tyle często, że młody fan muzyki może być nieźle zdezorientowany. „Jak ci biedni ludzie mają coś z tego zrozumieć, skoro ja nic z tego nie rozumiem?”, mawiał klasyk. Stąd nasza inicjatywa, żeby – oczywiście niezobowiązująco, na luzie, bez zacięcia wartościującego i mocno subiektywnie – zdefiniować powerpop jako estetykę muzyczną w dziesięciu tytułach płytowych. Czerpiąc z kilku zupełnie różnych od siebie, odległych epok, stworzyliśmy listę obejmującą ćwierć wieku i wiele zapomnianych, rockowych legend. Warto też zaznaczyć, że decydując o wyborach, pomijaliśmy wykonawców bądź albumy, które doczekały się już na Screenagers opracowań – w tym gronie są m.in. The Jam, Squeeze czy New Pornographers. Zapraszamy do lektury!

Zdjęcie Powerpop: program obowiązkowy 1

Big Star – #1 Record (1972)

O nie! Recenzje autotematyczne są obrzydliwe, ale ja naprawdę nie wiem jak zajawić wam zespół, który na pewno już znacie, bo kto dziś nie zna Big Star? Widzicie na pasku przeglądarki nagłówek tej strony? „Muzyka alternatywna”. Załóżmy, że Screenagers to wciąż serwis O muzyce alternatywnej i PRZEZNACZONY dla fanów muzyki alternatywnej. Jeśli tak, weźcie poprawkę, że każdy indie-rockowy zespół, który przyszedł później, odwoływał się do Big Star. The Replacements? Odhaczone. R.E.M.? Podobnie. Legenda klasycznej trylogii zespołu Alexa Chiltona zbudowana jest głównie wokół wątku autodestrukcji, której ulegała zarówno grupa, jak jej muzyka. „#1 Record” jest zatem o tyle trudniejsze do zaszufladkowania, że nie da się go sprowadzić do kontekstu, w którym funkcjonuje. Pierwszy album Big Star to 12 perełek songwritingu, definicja powerpopu. Nie ma tu nic więcej. Stajemy oko w oko z muzyką. Jak zatem zdefiniować to co „#1 Record” definiuje dźwiękiem? Jest odpowiednie angielskie słowo – abandon. „Porzucenie”, które od początku dominowało losy Big Star; porzucenie rodzimej melodyki na rzecz przejmowania brytyjskich wzorów, porzucenie klasycznej struktury utworu pop, w końcu porzucenie drugiego, obok Alexa Chiltona, songwritera zespołu – Chrisa Bella. Ale jest też zwrot „with total abandon” i on przede wszystkim powinien służyć zrozumieniu muzyki Big Star. (Paweł Sajewicz)

Zdjęcie Powerpop: program obowiązkowy 2

Flamin’ Groovies – Shake Some Action (1976)

Flamin’ Groovies to grupa fatalna! Na „Shake Some Action” zapatrzeni w brytyjskich idoli zwrócili się w kierunku estetyki, którą zdążył już przegnać wiatr zmian. Nienaganne harmonie i stylowe garnitury poszły w kąt, a chłopaki łapali krystaliczne unisono jakby nigdy nic, odstawiając przekonywującą imitację trójcy The Beatles-The Byrds-The Zombies (6 z 14 utworów to kowery). Wprawdzie słuchając oryginalnego materiału grupy, trudno pozbyć się skojarzeń z gitarową ekstraklasą lat 60. – płaczliwa zrzynka z The Beatles w „Please Please Girl” i „You Tore Me Down”, parafraza poetyckiej psychodeli The Byrds w „Teenage Confidental” czy podkręcenie klimatu The Zombies w „I Can’t Hide” – ale są to mimo wszystko skojarzenia co najmniej sympatyczne. Natomiast na szczery podziw zasługuje otwierający album bombastyczny utwór tytułowy. Epicki z gęstym brzmieniem, oparty na potężnie brzmiącej sekcji rytmicznej i mocarnej, przyjemnie nerwowej zagrywce gitary, która jakby nie może wybrzmieć – ulgi nie przynosi nawet obowiązkowa solówka! – szaleńczo zmierzając do energetycznego, nieco skandowanego refrenu w klimacie The Cars (chórek plus delikatne pokrzykiwanie wokalisty). „Shake Some Action” z dumą największych hitów idoli zespołu zabrzmiałby na rockowych arenach całego świata, tyle że nigdy nie dostał takiej szansy. Historia z nich zakpiła – ich poprzedni krążek, „Teenage Head” z 1971 r., jak orzekł po latach sam Mick Jagger, był jak „Sticky Fingers”. Tylko lepszy. (Maciej Lisiecki)

Zdjęcie Powerpop: program obowiązkowy 3

Cheap Trick – In Color (1977)

Gdy większość klasycznych powerpopowych artystów zwykła odwoływać się bądź to do rock’n’rolla (The Cars), bądź brytyjskiej inwazji (Big Star) albo po prostu mainstreamowego popu (Todd Rundgren), Cheap Trick debiutując w 1977 wzięli na warsztat gatunek muzyczny, w dniu wybuchu zainteresowania nową falą, zupełnie już obśmiany – hard-rock. I tak jak „Exile On Main Street” uratował duszę rocka w ogóle, tak pierwsze cztery wydawnictwa grupy z Illinois uratowały dusze Aerosmith, Grand Funk Railroad czy Deep Purple. Kto kiedykolwiek słuchał hard-rocka namiętnie, wie że w pierwotnym wydaniu tego gatunku nie chodziło o błyskotliwe kompozycje czy czepliwe melodie (w latach 80. doprowadzone przez pudel-metal do śmieszności), ale o NAKURWIANIE. Punk rock zrobił karierę jako anarchistyczna muzyka głównie dzięki swemu wymiarowi społecznemu, ale kto chce posłuchać najbardziej energetycznych grup w historii, niech lepiej odpali dowolny koncert Rainbow z trasy po „Rising”. Cheap Trick prawdopodobnie się tych koncertów naoglądali sporo, bo muskulatura ich utworów do dziś robi wrażenie. Weźmy takie „Hello There”, które choć trwa ledwie 1:40, rozjeżdża sporą część punk-rocka niczym olbrzymi, wystylizowany na Harleya walec wyścigowy. Co jednak najlepsze, autorzy „In Color” przejmując hard-rockową motorykę i pewność siebie, pominęli formalistyczne pokombinowanie. Powerpopowy sznyt piosenek na „In Color” doskonale równoważy ich dziką energię, ale o intencjach Cheap Trick świadczy inny fakt: chłopcy uznali album za przeprodukowany, „słaby” i w 20 lat później nagrali go od nowa ze... Steve’em Albinim. (Paweł Sajewicz)

Zdjęcie Powerpop: program obowiązkowy 4

The Cars – The Cars (1978)

Obsesją części rodzimych fanów rocka jest leczenie kompleksu niższości naszej fonografii poprzez wynajdowanie polskich korzeni u muzyków wszelkiej maści. Stąd podniecanie się Karen Orzolek, robienie Polaka z Jacka White’a i przywoływanie obskurnych postaci w rodzaju perkusisty Marka Brzezickiego (kiedyś pytano o niego nawet w finale „Wielkiej Gry”). Szczęśliwie, w tych wyliczankach oszczędza się Benjamina Orra, czy raczej Orzechowskiego, potomka wschodnioeuropejskich emigrantów i zarazem basistę The Cars. Swoją obecność w zespole Orr zaznaczył jednak najmocniej czymś innym – w piosenkach kapeli z Bostonu jego wokal pojawiał się sporadycznie, ale przypadkiem dwa największe hity zespołu są wśród nich. „Just What I Needed” (drugi to oczywiście późniejsze „Drive”) to jeden z kamieni milowych rocka lat siedemdziesiątych, wyznaczających standardy dla singlowych bestsellerów listy Billboardu na długie lata („My Sharona”, „Jessie’s Girl” i praktycznie każda inna nowofalowa piosenka oparta na power-akordach i przebojowych klawiszowych mostkach), ale przede wszystkim doskonale skrojony gitarowy numer, łączący ordynarną chwytliwość refrenu z inteligentnymi smaczkami na drugim planie (odwrócenie figury bębnów w drugiej zwrotce – mój ulubiony moment utworu!). I właśnie ta dwuznaczność albumu – zderzenie stadionowego rozmachu hooków z eksperymentatorskimi ciągotami – nastręcza trudności w jednoznacznym klasyfikowaniu „The Cars”. Zawsze gdy umieszczam płytę w odtwarzaczu, czuję podekscytowanie nieskończenie wielką liczbą chwytliwych momentów, które za chwilę popłyną z głośników, jakby zapominając, że po trzech pierwszych, istotnie krystalicznie powerpopowych wymiataczach Ric Ocasek i spółka zaczynają się wiercić i mataczyć, uwzględniając elementy post-punku („I’m In Touch With Your World”) i prog-rocka („Moving In Stereo”), puszczając oko w stronę Queen („Bye Bye Love”) i antycypując Lady Pank („Don’t Cha Stop”, porównajcie proszę wstęp z „Kryzysową narzeczoną”). Odrealnione zakończenie „All Mixed Up” brzmi wreszcie jak pierwsza piosenka lat osiemdziesiątych – gdzie szorstkim standardom 1978 roku do głębokiego brzmienia monumentalnych bębnów, bogactwa syntezatorów i sentymentalnej partii solowej saksofonu? Coś jeszcze? Pamiętam moje oburzenie, kiedy Reynolds w „Rip It Up...” zbył dwa doskonałe zespoły – XTC i Cars właśnie – protekcjonalną uwagą o cienkich nowofalowych krawatach, nie poświecając im później nawet jednego zdania. No cóż, życzyłbym tym wszystkim freakom, o których rozpisał się na pół rozdziału, żeby chciało mi się wracać do ich nagrań z taką częstotliwością, jak do tego klasyka. (Kuba Ambrożewski)

Zdjęcie Powerpop: program obowiązkowy 5

Nick Lowe – Jesus Of Cool (1978)

Ktoś kiedy napisał, że Nick Lowe jest posiadaczem najlepszego tytułu w historii płyt i dodał, że ma na myśli oczywiście „Jesus Of Cool”. To stwierdzenie jest prawdziwe tylko do połowy. Otóż ex-frontman pub-rockowego Brinsley Schwarz to autor być może najlepszego żartu muzycznego ever, a ponieważ najbardziej śmieszą dowcipy, których znaczenia odnajduje się samodzielnie, poprzestanę na wklejeniu tu okładki rzeczonego wydawnictwa, ufając w erudycję czytelników Screenagers. Długogrający solowy debiut Lowe’a to jedna z tych miniaturowych, nie zdających sobie sprawy ze swojego własnego statusu płyt. Oryginalna wersja liczy sobie ledwie 33 minuty, ale prawie każda z tych jedenastu piosenek kipi humorem i melodyjnością, nie roszcząc sobie zupełnie pretensji do wybitności. Trudno inaczej niż z przymrużeniem oka traktować takie kompozycje, jak „I Love The Sound Of Breaking Glass” – nie tyle przedrzeźniające „Low” Bowie’ego, co konkretne kawałki z pierwszej strony legendarnego krążka (patrz tytuł). Co najśmieszniejsze, ta imitacja jest poparta kapitalną muzyką, która nie odstaje wiele od poziomu pierwowzoru. Nawiązania można by długo wyliczać: doskonały singiel „So It Goes” wyraźnie ciągnie w stronę Thin Lizzy (te boys-are-back-in-townowskie zwrotki) ugładzonych do formuły „Top Of The Pops”, a „Tonight” brzmi jak dojrzały Costello, z którym zresztą nasz bohater toczył wieloletnią, korespondencyjną, stuprocentowo przyjazną rywalizację. Żadna z tych wyśmienitych kompozycji nie leży nawet blisko perły songwriterskiej w dorobku Lowe’a, „Marie Provost”. Makabryczna historia tytułowej bohaterki (zmarła w swoim domu i została odnaleziona po kilku dniach ze śladami ugryzień jej psa – stąd refren she was a winner that became the doggie’s dinner; faktycznie jednak ugryzienia były skutkiem prób obudzenia Marii przez psa) zostaje przez Lowe’a sprzedana w rewelacyjnie zamkniętej formie dwuipółminutowego, ultramelodyjnego, popowego przeboju. Znajduje się nawet miejsce na krótkie solo! Mistrzunio. (Kuba Ambrożewski)

Zdjęcie Powerpop: program obowiązkowy 6

The Beat – The Beat (1979)

The Beat, znane również jako Paul Collins’ Beat (na wszelki wypadek, żeby nie pomylić z angielskim 2-Tone’owym The Beat) nigdy nie trafiło do panteonu najbardziej znanych powerpopowych produkcji, ale nie umniejsza to w żadnym stopniu osiągnięć Collinsa i spółki. Wydany w 1979 self-titled zdobywa słuchacza dźwiękowym „niechlujstwem”, mieszając kapitalne hooki z wręcz szczeniacką otoczką. I właśnie brak wyrachowania oraz proto-Weezerowe patenty udowadniają, że The Beat był grupą o ogromnym potencjale, który chyba nie do końca został doceniony. Źródeł takiego stanu rzeczy można zapewne doszukiwać w kilku miejscach, jednak ja będę uparcie stawiał na zwykle niepojawienie się w odpowiednim czasie i miejscu oraz za małe parcie na szkło. Zresztą, czy to dzisiaj, po niemal 31 latach, ma jeszcze jakieś znaczenie? I tak jak Weezer mógł inspirować się The Beat, to sam nasz bohater zdaje się był nieco zapatrzony w granie w deseń dokonań The Vibrators, szczególnie z okresu „Pure Mania”, gdzie przecież czołowi reprezentanci „upopowionego” punka ’77 wystrzeliwali jak z karabinu maszynowego niezwykle chwytliwymi przebojami. Wszystkie naiwne miłosne wyznania na s/t pokryte są również typowo amerykańskim garażowym soundem, co brzmi niemalże jak kwasowa impreza Beach Boysów wespół z Buddym Hollym. Dzieją się tu rzeczy niezwykłe, zdecydowanie szkoda nie znać. (Krzysiek Kwiatkowski)

Zdjęcie Powerpop: program obowiązkowy 7

The dB’s – Stands For Decibels (1981)

Jeżeli – jak chce Paweł Sajewicz – „#1 Record” jest o porzuceniu, to „Stands For Decibels” jest o niezrealizowaniu. Potencjału i rozbuchanego libido. Świetnie rozpoczęta rzeczonym albumem kariera The dB’s nigdy nie nabrała rumieńców, choć dziś pisze się o nich w jedynym słusznym kontekście (legendy produkcyjnie wymuskanego powerpopu), chętnie stawiając w szeregu tuż za pionierami college-rocka (Big Star, The Replacements). Wprawdzie Frank Zappa mawiał If you want to get laid, go to college – if you want an education, go to the library!, ale „fabularnym” przekleństwem monotematycznych wręcz piosenek wywodzącego się z Nowego Jorku kwartetu jest niemożność dopięcia swego w poczynaniach z płcią przeciwną – vide seksualna frustracja zamknięta w zgrabnej linijce Love is the answer? Well, thanks for suggestion! otwierającego album potężnego „Black And White”; przejmujący jęk rozpaczy w refrenie pięknego „I’m In Love”; serialowa (w klimacie „Freaks & Geeks”) historia miłości niemożliwej w wybuchowym „Bad Reputation”. The list goes on... Ale za sprawą niezwykłego talentu dzielącego po równi obowiązki twórcze duo Stamey-Holsapple, „Stands For Decibels” jest pod jednym względem albumem kompletnym. Pomysłowo pokombinowane aranżacje (klawiszowe szaleństwo „Cycles Per Second”) utworów powalają wysmakowaniem detali (słodko-gorzki sznyt „The Fight”, angielskie maniery „Big Brown Eyes”), a świadomość formuły trzyminutowego pop-singla wręcz poraża – poszczególne elementy utworów wgryzają się w siebie z żarem odkrywającego własną seksualność nastolatka LUB kiedy trzeba delikatnie wymieniają niczym nieśmiałe spojrzenia rzucane przez podkochujące się sobie dzieciaki na szkolnym korytarzu. Słodka naiwność świata przedstawionego na „Stands For Decibels” może i zalatuje patyną, ale też pięknie współgra z prostą poetyką utworów jak „Thirteen” czy „In The Street” Big Star. I w takim towarzystwie prezentują się one najlepiej. (Maciej Lisiecki)

Zdjęcie Powerpop: program obowiązkowy 8

Teenage Fanclub – Bandwagonesque (1991)

Dzieje powerpopu to właściwie historia ciągłego filtrowania tego samego brzmienia przez idee kolejnych epok. I tak jak nowofalowcy update’owali osiągnięcia Big Star o modne odcienie klawiszy i taneczne rytmy, a zespoły z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w rodzaju Jellyfish wprowadzały do stylistyki kolorowe, bogate aranżacje i gładką, przyjazną listom przebojów produkcję, tak powerpop wraz z nadejściem flanelowej alternatywy 90s zyskał oblicze głośne, chropowate i ciężkie. Żaden album nie dokumentuje tego procesu lepiej niż „Bandwagonesque” – trzeci w dyskografii krążek szkockiego Teenage Fanclub, a zarazem płyta, na której zdefiniowali na zawsze swoją muzyczną formułę. Zamiast budować piosenki na rockowej dynamice The Who, zespół z Glasgow teleportuje alternatywnego rocka rodem z MTV przełomu dekad do zapomnianego świata dwunastostrunowych Rickenbackerów Rogera McGuinna z The Byrds, romantycznie zrezygnowanych melodii Alexa Chiltona z Big Star i podkręconych na jedenaście, rozwlekłych jamów gitarowych Neila Younga z lat siedemdziesiątych. Efekt brzmi jak – uwaga, oksymoron – dobry grunge. Choć nie, bo jak bardzo gryzą się grunge’owe spinka, pretensja i męczennictwo z samym „The Concept”: kawałkiem, mimo poważnej, epickiej, rockowej formy, autentycznie romantycznym i komicznym zarazem. Ta historia to szyderstwo czystej wody, klisza rock’n’rollowych klisz, ale on naprawdę nie chciał jej skrzywdzić, posłuchajcie tylko tej cody. Lustrzane odbicie openera z drugiego końca albumu, „Alcoholiday” – ten gigantyczny, rozczarowany hymn wakacji – nie budzi już tak ambiwalentnych skojarzeń. W tych dwóch nagraniach wyjaśnia się cały urok „Bandwagonesque”: płyty pełnej niespełnionych oczekiwań, pierwszych młodzieńczych zawodów, małych emocjonalnych rozterek, a jednocześnie przynoszącej pocieszenie. Ale Teenage Fanclub mają dla Was więcej niż sześciominutowe ballady, nieprzypadkowo na początku kariery tak chętnie porównywano ich do Dinosaur Jr. Każdy z trójcy songwriterów (Love, Blake, McGinlay) dokłada się do triady hołdów dla Big Star pod postacią utworów od trzeciego do piątego („December” to aluzja do „September Gurls”, „What You Do To Me” uśmiecha się do „In The Street”, a „I Don’t Know” brzmi po prostu jak żywcem wyjęte z „Radio City”), co wyjaśnia czemu o płycie pisano ironicznie „Fourth”. Z kolei przebojowy „Star Sign” w brawurowym stylu ujeżdża byrdsowskie harmonie wokalne, łącząc je z dynamiką debiutu Ride. Nie wiadomo tylko o co chodzi z closerem, który brzmi jakby został zgrany ze składanki z celtyckimi coverami Cocteau Twins za 19,99 w koszu Tesco. Ale czym byłyby kultowe albumy indie bez takich potknięć? (Kuba Ambrożewski)

Zdjęcie Powerpop: program obowiązkowy 9

The Lemonheads – It’s A Shame About Ray (1992)

Enfant terrible college rocka, Evan Dando (jego ekscesy podczas wspólnych melanży dały się we znaki nawet chłopcom z Oasis) to jedna z tych postaci, bez których dzieje rocka potoczyłyby się tak samo, ale jego legenda byłaby nieco uboższa. The Lemonheads startowali w latach osiemdziesiątych na scenie punkowej, pod koniec dekady brzmiąc raczej jak jedna z jaskółek grunge’u (posłuchajcie ich rzężącego coveru „Luki” Suzanne Vegi). Dando – modelowy przykład niegrzecznego chłopca z rozkładówki rock’n’rollowego magazynu – zrealizował swój potencjał dopiero w epoce przystępnej alternatywy z MTV o twarzy Kurta Cobaina. W porównaniu do wcześniejszych nagrań grupy „It’s A Shame About Ray” brzmi jak gładki, popowy, cynicznie zaplanowany sell-out. Tyle, że... nim nie jest, wręcz trudno w mainstreamowym rocku o album tak szczery. Narkotykowe uniesienia i doły, rozstania z przyjaciółmi, życiowe rozterki – banał, jasne. Jednak Dando nie sprzedaje nam swoich traum z suicydalną depresyjnością grunge’u, a słodkogorzkim urokiem młodzieżowego serialu, bo jakże tu nie uśmiechnąć się naiwnie przy wersie He kinda shoulda sorta woulda loved her if he coulda. Piosenki są proste jak konstrukcja cepa – zwrotkowo-refrenowy porządek, quasi-akustyczne riffy na trzech akordach, krótkie efektywne solówki – i to im prawie zawsze, o dziwo, służy. To zazwyczaj college-rockowe wcielenie R.E.M. (porównajcie choćby „The Turnpike Down” z płytą „Reckoning”) zredukowane o element eksperymentalny, chociaż na przykład „My Drug Buddy” ściąga z wczesnego Steely Dan, a trzy punkujące półtoraminutówki przywołują szczeniackiego ducha Buzzcocks. I tu – w nierozstrzygniętym pojedynku na lata osiemdziesiąte, gdzie R.E.M. i Replacements dawno już zgodzili się na remis – punkt dla tych pierwszych w kategorii „epigoni”. Podczas gdy Westerberg i spółka got the fucking Goo Goo Dolls (chociaż „Superstar Car Wash” z 1993 nie jest wcale takie złe, zaręczam), Stipe może postawić „Shame About Ray” na półce obok jego rówieśnika, „Automatic For The People” jako inne spojrzenie na Amerykę z perspektywy tego samego, 1992 roku. (Kuba Ambrożewski)

Zdjęcie Powerpop: program obowiązkowy 10

Chisel – Set You Free (1997)

„Set You Free” to spośród finałowej dziesiątki płyta o najmniejszym znaczeniu obiektywnym, najmniej spięta kontekstem, najmniej zobowiązująca słuchacza swoim statusem. Po odhaczeniu dziewięciu powyższych klasyków, możecie teraz rozłożyć się na kanapie, wcisnąć PLAY i najzwyczajniej w świecie jarać się doskonałymi piosenkami, czerpiącymi z dorobku większości wymienionych u góry. Powerpop Teda Leo i jego Chisel jest oczywiście mocno naznaczony osiągnięciami jankeskiego indie-rocka i lo-fi lat dziewięćdziesiątych, ale głównym drogowskazem dla „Set You Free” są tuzy wyspiarskiej inwazji (The Kinks, The Who, Fab Four), szeroko definiowanej nowej fali (XTC, The Jam, Costello), a nawet bezpośredni przełożeni w rodzaju Blur czy Supergrass. Ostatni krążek waszyngtońskiego tria to jego faktyczne tour de force – siedemnaście utworów eksponuje talent songwriterski Teda, umiejętności aranżacyjne pozwalające na rzeczowe ogarnięcie eklektycznych inspiracji oraz niezwykłą ekspresję tej muzyki. Trudno w gąszczu tylu świetnych tracków wyliczać highlighty, ale spróbujmy. To na pewno repetytywny, dwuakordowy napierdalator „On Warmer Music”, ubarwiony sekcją dętą, wellerowski „All My Kin”, jeden z wybitniejszych post-taxmanowskich jamów „Do Go On”, stusekundowy nokaut w punkowym „An Amateur Thief” (Jackowi White’owi śniło się, że napisał ten kawałek) i koktajlowy „In Our Time”, gdzie Leo antycypuje Colina Mouldinga na emeryturze. Ach, i oczywiście jeszcze zapowiedź kolejnej wielkiej płyty powerpopu – fani „Mass Romantic”, wsłuchajcie się w „The Unthinkable Is True”. (Kuba Ambrożewski)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
kuba a
[6 lutego 2012]
9 maja w Warszawie album numer 9 z tej listy w całości na żywo!
Gość: Vertlain
[2 września 2011]
Muchos gracias za artykuł, trafiłem nań przeszukując polską sieć pod kątem info o moim ukochanym Jellyfish, ale wygląda na to że będę mieć sporo nowej muzyki do przesłuchania. :)
Pozdrawiam
kuba a
[29 grudnia 2010]
Elo. Fakt, pisząc ten tekst błędnie założyłem, że "Bellybutton" (najlepiej mi znane z dorobku Jellyfish) pochodzi z 1989 roku (co podpowiadałby lekko archaiczny sound, sytuujący album jeszcze w poprzedniej dekadzie). Przepraszam za ten drobny błąd, poprawię go zaraz. Pozdrawiam i dzięki za czujność.
Gość: Mateusz M
[29 grudnia 2010]
Do blurba o Bandwagonesque:
Kubo, Jellyfish w żadnym wypadku nie jest zespołem z lat 80. Źródła podają różne daty założenia - 1989 lub 1990, ale nawet jeśli ta pierwsza jest prawdziwa, to raczej nie ma sensu mówić, że to ta dekada.
Pozdrawiam.
Gość: foxtrout
[8 lipca 2010]
super rubrik, u mnie w domu czeka się na zaistnienie w niej tematu easy listening, z lubością oddałbym się lekturze rankingu zawierającego Air i Royksopp... pozdrawiam!
kuba a
[6 lipca 2010]
Aha, bo ja odebrałem na zasadzie ironicznego komentarza, że sypiemy banałami w stylu Cheap Trick i Cars. "Bandwagonesque" mimo wszystko jest płytą, którą na pewnym stopniu wtajemniczenia w muzykę rockową się poznaje - właściwie to chyba sam album ma lepszy status niż zespół. Bez dwóch zdań to jedna z moich ulubionych płyt z tego okresu. Sloan fajni, ale niestety nie mają nawet pół tak dobrej płyty jak "Set You Free".

A co do uwagi o Badfinger i Raspberries, to w ogóle konstruując listę myślałem, żeby uzupełnić ją o zestawienie 20-30 linków do YouTube'a z singlami, bo to gatunek może nawet bardziej singlowy niż albumowy. I wtedy byłyby tam takie rzeczy jak np.:

Badfinger
http://www.youtube.com/watch?v=T29-VNiC3Qg

Raspberries
http://www.youtube.com/watch?v=0VG2e0z0h4I

Jags
http://www.youtube.com/watch?v=AUlU105lkgs

Graham Parker
http://www.youtube.com/watch?v=4C2SkcC3TXc

Lambrettas
http://www.youtube.com/watch?v=TEhm1v4CQO0

Vapors
http://www.youtube.com/watch?v=kWAwrMFtSvM

Let's Active
http://www.youtube.com/watch?v=BLCWhuTu0k8

Sloan
http://www.youtube.com/watch?v=zzhjw-zUDDs
Gość: jdrs
[6 lipca 2010]
@kuba a nzlg: Carsi to trochę taki drugi poziom wtajemniczenia w powerpop - myślałem, że tu pojedziecie z oczywistościami. Bandwagonesque - nie spodziewałem się, że docenia ktoś poza mną. zreszta temat hipsterskiej nogi "nurtu" wystarczająco pokryliście dzięki Chisel, które i tak z klasycznym powerpopem mają mniej wspólnego niż kanadyjskie rzeczy typu Zumpano czy zwłaszcza Sloan. ot.
Gość: Jackob
[6 lipca 2010]
a Badfinger i Rapsberries?
Gość: zwolniak
[5 lipca 2010]
Come on, a niebieski Weezer? Same power-popowe perełki przecież z "Buddy Holly" na czele. Ocasek im to zresztą wyprodukował.
kuba a
[5 lipca 2010]
Pszemcio - szczerze mówiąc ja bym tak eklektycznego, a zwłaszcza tak śmiało eksperymentującego z elektroniką zespołu jak SFA nigdy nie nazwał powerpopowym. Elementy, owszem, są, ale to za mało.
Gość: lebek7
[5 lipca 2010]
szkoda, że brakło solowego debiutu Jasona Falknera z 1996 roku;) ale za The Beat - szacunek:)
Gość: pszemcio
[5 lipca 2010]
umieszczenie super furry animals z początkowych płyt tez chyba byłoby zasadne, czy nie?
Gość: ??
[5 lipca 2010]
bez ocen?
Gość: kuba a nzlg
[5 lipca 2010]
Nie rozumiem :(
Gość: jędras
[5 lipca 2010]
hoh. trzeba mieć krytyczne jaja, żeby za powerpopowy obowiązek uznać szereg zawierający Cars, Bandwagonesque i Cheap Trick. brawo!

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także