10 najlepszych płyt Lou Reeda

Zdjęcie 10 najlepszych płyt Lou Reeda
Zdjęcie 10 najlepszych płyt Lou Reeda 1

Transformer (1972)

Debiutancki album Amerykanina z 1972 roku – zatytułowany po prostu „Lou Reed”, nagrany z udziałem Ricka Wakemana i Steve’a Howe’a z Yes (!) i zawierający głównie przeróbki utworów The Velvet Underground – z perspektywy czasu jawi się wyłącznie jako ciekawostka. Wydany zaledwie kilka miesięcy później „Transformer” uważa się natomiast za jedno ze szczytowych osiągnięć artysty. Spora w tym zasługa Davida Bowie’ego i gitarzysty Micka Ronsona, którzy nie tylko wyprodukowali i zaaranżowali całość, ale i stanowili trzon grupy towarzyszącej Reedowi (podstawowy skład uzupełnili perkusista John Halsey i basista Herbie Flowers). „Transformer” cechuje się cudownie odprężoną atmosferą, jakiej próżno szukać na kolejnych płytach księcia. Słyszymy tu fortepian, instrumenty smyczkowe, saksofon, trąbkę, tubę i chórki, a takie utwory jak rozmarzony „Satellite Of Love”, beztroski „Walk On The Wild Side” (z tekstem o transwestytach i narkotykach) i urokliwy „Perfect Day” (znakomicie wykorzystany w scenie przedawkowania Rentona w „Trainspotting”) należą do najlepszych w dorobku Reeda.

Zdjęcie 10 najlepszych płyt Lou Reeda 2

Berlin (1973)

Koncept album o parze wykolejeńców, którzy zmagają się z narkotykami, przemocą i prostytucją w podzielonej murem stolicy Niemiec. W swoim czasie „Berlin” nie został dobrze przyjęty – dziennikarz „Rolling Stone” określił go nawet mianem katastrofy (magazyn zrehabilitował się czterdzieści lat później, umieszczając album na liście 500 najlepszych płyt wszech czasów). Być może jego dramatyczna, wręcz bombastyczna zawartość za bardzo kontrastowała z luzacką atmosferą „Transformera”. Za produkcję odpowiadał Bob Ezrin, a w studiu wspomogli Reeda m.in. gitarzyści Steve Hunter i Dick Wagner (obaj współpracowali z Alice’em Cooperem), basiści Jack Bruce (Cream) i Tony Levin (późniejsza podpora King Crimson) oraz perkusista Aynsley Dunbar (m.in. Bowie, Frank Zappa, U.F.O.). Utwór tytułowy to nowa wersja piosenki z debiutanckiego albumu, która dała początek całemu konceptowi. Przeróbek jest tu zresztą więcej: „Oh Jim”, „Caroline Says II”, „Sad Song” i „Men of Good Fortune” pochodzą jeszcze z czasów The Velvet Underground. Nic dziwnego – to po prostu bardzo dobre kompozycje.

Zdjęcie 10 najlepszych płyt Lou Reeda 3

Metal Machine Music (1975)

Po komercyjnym triumfie płyty „Sally Can’t Dance” z 1974 roku (10. miejsce na liście Billboardu), na Reedzie spoczywała presja powtórzenia sukcesu. Wojownik zareagował z typową dla siebie przekorą i całkowicie zignorował oczekiwania wytwórni, krytyki i publiki, realizując bodaj najbardziej nieprzystępny album w swojej karierze. Reed wyczyniał z gitarą straszliwe rzeczy już w czasach The Velvet Underground, ale na „Metal Machine Music” przeszedł samego siebie: podwójną płytę podzielono na cztery utwory (każdy trwa ponad kwadrans) zawierające gitarowe sprzężenia zwrotne. Żadnych melodii, żadnych wokali, żadnych piosenek w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, tylko hałaśliwa kakofonia dysonansowych dźwięków. Jak można się domyślać, pierwotny odbiór albumu był chłodny, jednak z czasem okazało się, że eksperyment Reeda wywarł spory wpływ na industrial, noise i punk-rocka. Autor całego zamieszania bez fałszywej skromności przyznawał, że tym albumem własnoręcznie wynalazł muzykę metalową. Po czym dodawał: Każdy, kto dobrnął do strony czwartej, jest głupszy niż ja.

Zdjęcie 10 najlepszych płyt Lou Reeda 4

The Bells (1979)

Prawdopodobnie najbardziej niedoceniana płyta Reeda i jedna z niewielu naprawdę spójnych w jego wyboistej karierze, zwłaszcza w porównaniu z poprzedzającymi ją krążkami „Coney Island Baby” (1975), „Rock and Roll Heart” (1976) i „Street Hassle (1978). Całość rozpoczyna się od sarkastycznego „Stupid Man”, a dalej jest jeszcze lepiej. W funkowym „Disco Mystic” Reed – uznany poeta – powtarza w kółko tytułową frazę, jawnie parodiując najpopularniejszy styl muzyczny tamtych czasów. Pyszny „I Want To Boogie With You” kojarzy się z Bowie’em z okresu „Young Americans”. Żywiołowe „With You” i „Looking For Love” przywołują glam-rockowe czasy „Transformera”, „City Lights” to hołd dla zmarłego dwa lata wcześniej Charlie’ego Chaplina, zaś „Families” stanowi gorzki opis skomplikowanych relacji rodzinnych. Najlepsze przychodzi na samym końcu w postaci dziewięciominutowego utworu tytułowego, w którym brylują klawiszowe drony i obezwładniająca trąbka freejazzowego giganta Dona Cherry’ego. Ciekawostka: „The Bells” zrealizowano w wówczas nowatorskiej technologii binauralnej.

Zdjęcie 10 najlepszych płyt Lou Reeda 5

The Blue Mask (1982)

Jeden z najsłabszych albumów Reeda, niedorzeczny „Growing Up In Public” z 1980 roku, poprzedził wydanie jednego z najlepszych, czyli „The Blue Mask”. W owym czasie artysta ożenił się, rzucił używki i nawiązał współpracę z bezbłędnymi sidemanami: genialnym gitarzystą Robertem Quine’em, wybornym basistą Fernando Saundersem i równie znakomitym perkusistą Doane’em Perrym. Ten pierwszy miał niepośledni wpływ na kształt kompozycji, namówił też Reeda na sięgnięcie po gitarę, choć relacja obydwu muzyków była co najmniej napięta i zakończyła się raczej burzliwie. Muzykę na „The Blue Mask” zmiksowano tak, aby gitara Reeda płynęła z prawego kanału, zaś przestrojona gitara Quine’a z kanału lewego. Najdoskonalszym utworem w tym zestawie jest bez wątpienia „The Gun”, w którym subtelny, jazzujący podkład kontrastuje z niepokojącym tekstem o uzbrojonym psychopacie. Warto też pamiętać o stonowanym, sławiącym uroki ogniska domowego „My House”, dynamicznym utworze tytułowym, hałaśliwym „Waves of Fear”, bezpretensjonalnym „Average Guy” i oszczędnym „The Heroine”.

Zdjęcie 10 najlepszych płyt Lou Reeda 6

Live In Italy (1984)

Reed nie miał szczęścia do płyt koncertowych. Nowojorski występ z grudnia 1973 roku – zdominowany przez hard-rockowe brzmienie zespołu towarzyszącego, zwłaszcza gitarzystów z zespołu Alice’a Coopera – został rozbity na dwa osobne albumy, „Rock’n’Roll Animal” (1974) i „Lou Reed Live” (1975). Z kolei „Take No Prisoners” (1978) jawi się niczym pijacki stand-up z rozwlekłymi monologami i tyradami skierowanymi w stronę fanów, dziennikarzy i obsługi technicznej. Na tym tle „Live In Italy” prezentuje się zdecydowanie najlepiej – artysta był wówczas trzeźwy i skupiony, zaś na scenie wspomagał go zgrany zespół w składzie: Robert Quine (gitara), Fernando Saunders (bas) i Fred Maher (perkusja). Zapis dwóch występów w Veronie i Rzymie z września 1984 roku to swego rodzaju koncertowy zestaw najlepszych kawałków Reeda – zarówno solowych („Kill Your Sons”, „Waves of Fear”, „Betrayed”, „Walk On The Wild Side”, „Satellite of Love”, „Average Guy”), jak i tych z repertuaru The Velvet Underground („Heroin”, „Rock & Roll”, „I’m Waiting For The Man”, „Sweet Jane”, „White Light/White Heat”).

Zdjęcie 10 najlepszych płyt Lou Reeda 7

New York (1989)

Po niezłych, choć chaotycznych albumach „Legendary Hearts” (1983) i „New Sensations” (1984) oraz po katastrofalnym „Mistrail” (1986), Reed nagrał płytę uważaną za jedną z najlepszych w jego dyskografii. „New York” to luźny koncept-album o życiu w rodzinnym mieście artysty (Nowy Jork to Lou Reed – zauważył kilkanaście lat wcześniej David Bowie w rozmowie z Williamem S. Burroughsem). Teksty oscylują wokół charakterystycznych dla niego tematów: narkotyków, przemocy, bezdomnych, wyrzutków społecznych, korupcji, trudnych relacji uczuciowych, upadku amerykańskiej kultury itd. Te krótkie opowieści, bardziej melodeklamowane niż śpiewane, zostały ubrane w proste rockowe szaty: dwie gitary (Reed, Mike Rathke), bas (Rob Wasserman) i bębny (Fred Maher). W dwóch utworach pojawia się perkusistka Moe Tucker, stara znajoma z czasów The Velvet Underground. Żadnych syntezatorów, automatów perkusyjnych ani instrumentów dętych z dwóch poprzednich krążków. I jeszcze jedno: Reed krytykował Donalda Trumpa zanim stało się to modne, czego dowodem utwór pod wymownym tytułem „Sick of You”.

Zdjęcie 10 najlepszych płyt Lou Reeda 8

Lou Reed & John Cale – Songs For Drella (1990)

Gdyby z każdej płyty Reeda wybrać po jednym utworze i ułożyć w całość, powstałoby arcydzieło. Żaden z jego nierównych albumów nie zasługuje na to miano. Najbliżej ideału są „The Blue Mask” i właśnie „Songs For Drella”. Znamienne, że w nagrywaniu tego pierwszego istotny udział miał gitarzysta Robert Quine, zaś drugi powstał we współpracy z Johnem Cale’em, z którym Reed grał w The Velvet Underground. Dwie dekady wcześniej muzycy poróżnili się z powodów artystycznych i od tamtej pory nie szczędzili sobie gorzkich słów. Dopiero nagła śmierć Andy’ego Warhola sprawiła, że zakopali topór wojenny, w konsekwencji składając swoisty hołd zmarłemu przyjacielowi i artystycznemu opiekunowi z początków kariery (Drella to pseudonim, pod którym Warhol funkcjonował wśród swych akolitów). Niewątpliwie najważniejsze są tutaj teksty; minimalistyczny podkład dźwiękowy (generowany przez gitarę, klawisze i altówkę) stanowi jedynie tło dla snutych przez Reeda i Cale’a opowieści o życiu Warhola. Najlepiej słucha się tej melancholijnej i chwilami wzruszającej płyty w jednym podejściu.

Zdjęcie 10 najlepszych płyt Lou Reeda 9

Magic and Loss (1992)

There’s a bit of magic in everything and some loss to even things out – śpiewa Reed na swoim szesnastym albumie, gdzie zachwyt magicznym aspektem rzeczywistości splata się z żałobą po zmarłych przyjaciołach. A zatem kolejne po „Songs For Drella” epitafium dla nieobecnych. Łatwo skonstatować, że ta pełna refleksji nad przemijaniem płyta miała dla jej autora niemal terapeutyczny wymiar. Co mnie to obchodzi, Lou? Przykra sprawa, ale to twój problem, stary – mógłby ktoś stwierdzić. Ale przez spękaną ścianę rozpaczy raz po raz przebija światło nadziei, toteż atmosfera na „Magic and Loss” nie jest jednostajnie przygnębiająca. To również płyta wyjątkowo jak na Reeda spójna i uporządkowana, na dodatek mogąca poszczycić się jednymi z najlepszych kawałków w jego karierze, takimi jak „Magician (Internally)”, „Sword of Damocles (Externally)”, „Dreamin’ (Escape)” i „Warrior King (Revenge)”. W „Power and Glory (The Situation)” gościnnie pojawił się jazzowy wokalista Jimmy Scott, który kilka lat wcześniej zaśpiewał pamiętne „Sycamore Trees” w „Twin Peaks”. Szczera wypowiedź dojrzałego twórcy.

Zdjęcie 10 najlepszych płyt Lou Reeda 10

Ecstasy (2000)

Jeśli płyta „Set The Twilight Reeling” (1996) była listem miłosnym do Laurie Anderson, „Ecstasy” opowiada głównie o ciemnych stron miłości – zazdrości, zdradzie, wypaleniu. Jest też utwór, w którym Reed rozważa jak to jest być... oposem. Mowa o osiemnastominutowym „Like a Possum”, który swym rozmachem i przesterowaną gitarą przywołuje czasy Velvetów. Pozostałe piosenki to głównie rock’n’roll oparty na kilku akordach („Mystic Child” „Paranoia Key of E”, „Big Sky”) i ballady (akustyczny „Baton Rogue”, zalatujący country „Turning Time Around”). Nad wyraz interesująco wypada inkrustowany smyczkami, perkusjonaliami i orientalnymi wstawkami utwór tytułowy. „Ecstasy” to ostatni godny uwagi album Reeda. Później było już gorzej: ambitny „The Raven” (2003) okazał się przegadany, zaś ambientowy (!) „Hudson River Wind Meditations” (2007) nudny. Kompletną klęską jest płyta „Lulu” (2013), nagrana z grupą Metallica – niekwestionowanymi królami kiczu. To prawdopodobnie jeden z najgorszych albumów wszech czasów, dźwiękowy odpowiednik bójki pijanych meneli o butelkę taniego wina.

Suplement: warto również sięgnąć po trzypłytowe zestawy „Between Thought and Expression: The Lou Reed Anthology” (1992) i „Legendary Lou Reed” (2002), koncertowe albumy z zapisami występów z 1972 roku: „American Poet” (2001) i nagrany wspólnie z Johnem Cale’em i Nico „Le Bataclan ’72” (2004), a także po książkę „Lou Reed. Zapiski z podziemia” Howarda Sounesa.

Renton: Lou Reed, some of his solo stuff’s not bad.

Sick Boy: No, it’s not bad. But it’s not great either, is it? And in your heart you kind of know that although it sounds all right, it’s actually just... shite.

Maciej Kaczmarski (7 grudnia 2019)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: wyjebane_jajca
[16 grudnia 2019]
mordko, wszystko jest kawałem oraz żartem.
Gość: ktoś tam z dawien dawna
[14 grudnia 2019]
"nagrana z grupą Metallica – niekwestionowanymi królami kiczu". Jak się ta wypowiedź ma do zachwytów nad MOP, umieszczonym w Waszym zestawieniu najlepszych płyt lat '80? KA - panujesz tu jeszcze w ogóle nad spójnością przekazu towarzystwa?
Gość: Buczo
[12 grudnia 2019]
"dźwiękowy odpowiednik bójki pijanych meneli o butelkę taniego wina" <3 <3 <3

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także