Screenagers Take Away: Johnny i Mary 30 lat później

Zdjęcie Screenagers Take Away: Johnny i Mary 30 lat później

„Johnny And Mary” był singlem promującym w 1980 roku klasyczny album chimerycznego wokalisty, Roberta Palmera. Piosenka nie stała się globalnym smash-hitem, ale czymś na kształt malutkiego hymnu synth-popu, do którego po latach wracali różni mniej lub bardziej kumaci ludzie – Martin Taylor, na potrzeby reklam Renault w latach 90., czy ostatnio duet Todd Terje i Bryan Ferry przy okazji płyty „Album Time”.

ŁB: Zmieniłem zdanie co do „Johnny And Mary” w wersji Terje i Ferry’ego, i proponuję, żebyś też to zrobił. Ten numer ma sens w kontekście całego albumu. W ogóle ma sens. Jest taki zajebisty esej Marka Bieńczyka o jego podróży do Brazylii, podczas której trafia do miejsc, będących ucieleśnieniem wyobrażeń Brazylijczyków o jego świecie (Europie), ale samej Brazylii nie doświadcza. Snuje się po zatkniętych nad amazońską dżunglą kurortach, parodiujących kurorty szwajcarskie, i jeśli już uda mu się dorwać kogoś, kto by grał sambę, jest jedynym tańczącym. Z „Album Time” sprawa wygląda podobnie – niby jesteśmy na imprezie, niby gra bossa nova, niby na pokładzie jachtu stoi pianino, a nad klawiaturą drinki, ale coś tu nie gra. Impreza według Todda Terje jest jak Brazylia według Bieńczyka – jak żart z naszych wyobrażeń o tym, co widzieliśmy dotychczas wyłącznie w telewizorze. Co tyczy się również magicznego świata Roberta Palmera, bo „Johnny And Mary” w ujęciu Terje to zdechlaczy rewers oryginału, wywrócona na lewą stronę, słyszana zza ściany opowieść o tytułowej parze bohaterów.

PS: No ja raczej zdania nie zmienię, bo popatrz: oryginał to może nie jest wybitna kompozycja, ale ma fajną narrację. Uruchamia w głowie kino: jacyś Johnny i Mary – kim oni są? Co robią? Jak w dobrym opowiadaniu psychologicznym, i chyba zresztą Palmer też to czuł w ten sposób, bo w teledysku zagrał pisarza, który podgląda albo wręcz, pisząc, wyobraża sobie tych dwoje. Wkrada się klimat jak z Altmana: bohaterowie piosenki są tak neurotyczni, że być może mamy do czynienia nie z dwojgiem, ale z jedną osobą, która cierpi na rozdwojenie jaźni. Palmer napisał tu jedne z fajniejszych znanych mi linijek, choćby:

Johnny thinks the world would be right
If it could buy truth from him

a potem zaśpiewał je tak, jakby brał udział w słuchowisku radiowym. Miało to nerw, przykuwało uwagę. Natomiast Terje z Ferrym zrobili z „Johnny And Mary” muzak, który tak się wlecze, że zaczyna nabierać wartości ambientowych, nie ma już nerwu, jest tylko granie nastrojem, który chłopacy generują za pomocą, nomen omen, ogranych tricków – jakieś rozlazłe syntezatory, pościelowa estetyka.

Ferry’emu zarzucano, że już na „Avalon” rozmienił pretensje artystyczne na bezrefleksyjny feel-good. Nigdzie to nie jest bardziej ewidentne niż na tym tracku nagranym z Terjem.

LB: Wiem, o czym jest ten numer, i wydaje mi się, że właśnie w tej interpretacji on zyskuje nowe znaczenie. Impreza się skończyła, narrator to sterany życiem eks-gwiazdor, który po raz tysięczny opowiada/odśpiewuje anegdotkę o Johnnym i Mary, przysypiając przy fortepianie. Łamie mu się głos – może ze zmęczenia, a może ze wzruszenia na wspomnienie wszystkich Johnnych i Marych z tych pięknych czasów, gdy można było być nimi bezkarnie i nikt jeszcze nie myślał, jak ta piosenka zabrzmi po latach, gdy nie zaśpiewa jej już Palmer, lecz jego zgorzkniały (mniej więcej) rówieśnik Ferry, któremu udało się doczłapać do smutnego roku 2014.

Nie ma w tym żadnego feel-goodu na mój gust.

PS: Ale aranż zdradza straszną miałkość tej scenki – te spogłosowane klawisze są tym dla muzyki, czym dla filmu są prześwietlone kadry plaży/miasta w ostrych promieniach słońca. Straszna konfekcja. To sobie można łatwo wyobrazić w formie teledysku. Na pierwszym planie (wokal) mamy zmęczonego dziadzia Ferry’ego, który wspomina młodość; na drugim (aranżacja) jest właśnie ta retrospekcja – maksymalnie wygładzona, ugrzeczniona – powiedzmy jakaś para IDEALNYCH młodych ludzi ganiających się po plaży, uśmiechniętych, no po prostu żywa reklamówka kremu do wybielania odbytu (a przypomnij sobie jak wyglądali Johnny i Mary w oryginalnym klipie!). Ferry już nie pamięta, że kiedyś było ciężko, czasem śmiesznie, czasem smutno. W jego wspomnieniach młodociany weltschmertz zastępuje to starcze pojękiwanie: Za moich czasów to… tamto..., które tylko przez chwilę wydaje się rozczulające, a potem wyziera z niego hipokryzja. To nie jest „Wielkie piękno”, gdzie obrazy przeszłości prześladowały narratora. Tutaj przeszłość ma służyć tylko budowaniu prywatnej mitologii. I to właśnie jest feel-good.

ŁB: Ale spójrzże – cały pomysł na ten kawałek opiera się na kontraście. Masz chilloutowy (a nie chillwave’owy – zważ, bo to różnica, która wyklucza ironię) wręcz podkład i ultra starczą manierę Ferry’ego (vide plwociny na sitku mikrofonu, gdy śpiewa Johnny thinks the world would be right). Nie ma w tym nic ładnego. Gdy Ferry chciał brzmieć i wyglądać ładnie, nagrał „Olympię” i wrzucił fotę Kate Moss na okładkę. Nie dostrzegam tu przejawów budowania prywatnej mitologii, już bardziej rozliczenie z przeszłością, ale w inny sposób niż u Sorentino. Ferry nie potrafi przestać śpiewać tej piosenki i być Ferrym, choć to możliwe tylko do pięćdziesiątki. „Olympia” była próbą zawrócenia czasu, niewinną (w zamyśle) operacją plastyczną. „Johnny And Mary” to już zabieg o subtelności kreacji Liberace – szpecący raczej niż upiększający. Ferry chce, żeby spod pudru prześwitywały blizny i to jest przejmujące na tej samej zasadzie, co „The Next Day” Bowiego.

PS: No tak, tu się zgadzamy, ale ja dokładnie z tego samego powodu nie lubiłem „Where Are We Now” Bowiego. To jest nostalgia, której nie kupuję, bo jest zakorzeniona w demencji. Liftingi i operacje plastyczne nie mają w sobie nic rozczulającego, są próba podtrzymania splendoru na przekór godności. Pamiętasz ten trzeci film z cyklu Barry’ego Levinsona o Baltimore, „Avalon”? Tobie się podobał bardzo, mnie z całego cyklu najmniej. Tam nestor rodu imigrantów co kilka scen powtarza: Pamiętam jak przyjechałem do USA, i za każdym razem opowiada coraz bardziej wygładzoną wersję tej historii. W połowie filmu widzimy scenę z przeszłości, kiedy on wnosi do mieszkania pianino dla synka. Leje jak z cebra. 20 lat później, siedząc przy tym pianinie, opowiada wnukom, że kupił je dla ich ojca. I mówi: Pamiętam ten dzień, było piękne słońce. No więc Terje + Ferry są jak ten dziadzio, mówią: Pamiętam Johnny’ego i Mary na plaży, było piękne słońce. Tyle że sam cover nie jest refleksją o takim wspominkowym ględzeniu, on jest wspominkowym ględzeniem.

ŁB: Inaczej sobie wyobrażamy bezrefleksyjność. Bez refleksji i meta-narracji to faktycznie byłoby obleśne, ale też brzmiałoby zupełnie inaczej. Terje strzeliłby hardy remiks Palmera, a Ferry pociłby się i wił przy mikrofonie. Ale ten tutaj niepozorny Norweg pod płaszczykiem beztroskiego kpiarza zdaje się kisić zapędy dramaturgiczne – weźmy choćby genialny Whateverest, przy którym poniekąd maczał palce. W kolaboracji z Ferrym też pewnie dostrzegł potencjał na opowieść. Niezbyt ładną, rozłażącą się w szwach, o sile której stanowi właśnie to, że się w tych szwach rozłazi. I dlatego Twoja analogia z – nomen omen – „Avalon” jest trafiona, bo mnie w tym filmie rozczulał nie efekt koloryzowania prawdy, a samo koloryzowanie. Tak jak w tym utworze refleksja nad śpiewaniem „Johnny And Mary” w wieku 107 lat, a nie śpiewanie „Johnny And Mary” w wieku 107 lat.

PS: Dobra, dobra. Swoją drogą zabawne, że kiedy Palmer doczekał się wreszcie uwagi hot hipsterskiego artysty, to splendor spłynął na Ferry’ego – gościa, który był tym, czym Palmer zawsze chciał być, ale nigdy nie umiał.

Łukasz Błaszczyk, Paweł Sajewicz (14 kwietnia 2014)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: ps nzlg
[25 kwietnia 2014]
dzięki :)
Gość: gdziejestkrzyz
[25 kwietnia 2014]
ale głupki tam na dole

ładny tekścik.
Gość: A-lina
[16 kwietnia 2014]
Łzy skowerowały Last Christmas Wham - o tym tez napiszecie elaborat? HeHe
Gość: A-lina
[16 kwietnia 2014]
quwa, o co tyle hałasu? Jeden koleś nagrał cover innego. Przypominam że Rod Stewart grał covery Toma Waitsa :)
Gość: webern
[16 kwietnia 2014]
Robert Palmer - muzyk w ładnym garniturze, albo ładny garnitur obdarzony zdolnościami muzycznymi. Uosobienie zapoznanego artysty dla każdego chcącego zabłysnąć ezoteryczną wiedzą w towarzystwie (w dobrym tonie jest mieć w zanadrzu takiego kogoś - można ględzić godzinami i bajerować nie tylko panienki). Kwintesencja popu i jego zdolności sprowadzania rożnych stylów muzycznych do singlowej piosenki. Muzyczny kalejdoskop dla tych, dla których prawdziwi eksperymentatorzy i poszukiwacze, czy choćby wspaniali mistrzowie łączenia muzycznych światów, grają ciut za głośno.
Todd Terje - modny producent popu.
Gość: takisam
[15 kwietnia 2014]
Pierwszy akapit ten w którym udziela się Łukasz Błaszczyk - to niezwykle celna refleksja na temat album time! Świetnie ujęte!
Gość: Marcin
[15 kwietnia 2014]
Kokomo - dokładnie!
Gość: kokomo
[15 kwietnia 2014]
Hipsterska dyskusja na kilka akapitów o popowym przeboiku do grania w radio podczas wykonywania prac domowych. Doszukiwanie się ukrytych wymiarów i egzegeza przezroczystej w swym założeniu piosenki. Terje nagrywa dla kasy (całkiem zresztą przyjemnie) a ci tu nurzają się w pseudointelektualnym samogwałcie.
Gość: dt
[14 kwietnia 2014]
a recka długograja będzie? bo u mnie od kilku dni terje na ripicie :)

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także