Worek z płytami #2/2014

Czuję się wywołany do tablicy po Waszych komentarzach, które pojawiły się pod pierwszą odsłoną Worka z Płytami. Serdeczne dzięki za wszystkie, na pewno weźmiemy je pod uwagę.

Wydaje mi się, że publikacja recenzji w formie zbiorczej może być interesująca dla czytelników, którzy są zmęczeni ciągłym rozdrabnianiem treści w serwisach internetowych. Pozwala w przystępny sposób złapać wycinek obrazu aktualnego krajobrazu muzycznego. Uwierzyłbym w Waszą miłość do osobnych recenzji, gdybym czasem nie patrzył na statystyki serwisu i nie spoglądał na aktywność w komentarzach pod tekstami (na stronie i na Facebooku).

Uważam, że w dzisiejszych czasach samo zrecenzowanie/opisanie czegoś oznacza coś interesującego, coś wartego uwagi = „zainteresowało mnie na tyle, że napisałem o tym”. Czy pozycja dostanie 6, 7 czy 8… „who cares”, powiedzmy sobie szczerze. Autor tekstu ma większe pole do popisu, może przemycić swoją ocenę, bez cyferki górującej nad tekstem. Czy nie uważacie, że trochę nudny stał się ten płaski krajobraz z medianą równą siedem? A jeżeli ktoś bardzo tęskni do ocen/oceniania, serdecznie polecam Jotly.

Mniejszą ilość osobnych recenzji będziemy starali się zrekompensować większą ilością autorskich rubryk i publikacji (takich jak Wiosna Ludów, Zajzajer, Kamera obskura, itd.), których przygotowanie jest często bardziej czasochłonne niż napisanie recenzji. Od dekady dostarczamy treść za darmo, nie musicie oglądać na stronie żadnych reklam. Możecie się więc domyślić, jakie ponosimy koszty i jakie mamy zyski z tej działalności. Mam nadzieję, że pozostaniecie z nami.

A może się mylę - krótkie recenzje z ocenami są lepsze?

Na koniec pytanie, które zawsze chciałem Wam zadać. Biorąc pod uwagę nasze możliwości i ograniczenia – czego oczekujecie, jako czytelnicy, od portalu muzycznego (Screenagers) w roku 2014? (Sebastian Niemczyk)

Zdjęcie Worek z płytami  #2/2014 1

Carla Bozulich – Boy

Język muzyczny późnego Scotta Walkera przemawia do mnie jak nic innego na tym świecie. Moment, w którym codzienność zaczyna znikać pod naporem przerażających, nieludzko precyzyjnych piosenkowych kolaży, jakich tworzeniem zajmuje się Amerykanin od czasu „Tilt”, porównałbym z chwilą przekroczenia bram piekielnych przez Dantego Alighieri. Wydumany topos katabazy osłabić może jedynie fakt, że w piosenkach Walkera wiele jest farsy, zgrywy i zimnokrwistego szyderstwa – spraw, które umiejętnie zbijają niemądre porównania. Scott przebył daleką drogę, by znaleźć się w miejscu, w którym możemy go teraz podziwiać – wszystkie traumy, o których opowiada w wywiadach, stanowią tworzywo „The Drift” czy „Bish Boscha”.

Przywołuję postać Walkera nie bez powodu. Carla Bozulich, amerykańska wokalistka i gitarzystka, albumem „Boy” zdaje się nawiązywać do późnowalkerowskiego brzmienia. Podobieństwa wyskakują jak grzyby po deszczu pod każdym indeksem: mocna, terroryzująca perkusja, tektoniczne przestery, poczucie pustki ziejące zza kurtyny dźwięków. Ogólne poczucie desperacji i nastrój tekstów. A jednak znaczące są też różnice: w „Ain’t No Grave” Carla akcentuje słowa niczym Jimi Hendrix, „Drowned To The Light” przywołuje irlandzkie pieśni folkowe, „Gonna Stop Killing” straszy dźwiękami odtworzonymi na opak i lunaparkowym koszmarem, w „Danceland” mamy melodykę czarnych spiritualsów, a na koniec, co może jest tylko moją iluzją, konstrukcja refrenu „Lazy Crossbones” („hey hey, it’s a parade!”) nawiązuje nieco do słynnego „my my, hey hey…”.

Pomimo tych różnic i podobieństw, wydany przez Constellation Records „Boy” może się podobać na własnych zasadach. To mroczny rock podszyty bluesem, z druzgocąco przesterowanymi gitarami i szorstkim wokalem. Gdy jednak pomyślę o możliwych odcieniach czerni, piosenki Carly Bozulich zdają się blaknąć. Ostatecznie są tylko ciemnoszare. (Michał Pudło)

Zdjęcie Worek z płytami  #2/2014 2

DVA – Nipomo

Moje pierwsze skojarzenia z DVA wiążą się z niegdysiejszymi trasami rodzimego Napszykłat po Czechach i Słowacji. To chyba wcale celny klucz, gdyż to właśnie jeden z członków NP pomaga w promowaniu „Nipomo” w Polsce. Oczywiście zespół pojawił się później na Offie w Katowicach i zdarzyło mu się u nas zagrać kilka tras, stąd zaczął żyć swoim życiem, tak jak żyje w świecie, będąc jednym z głównych towarów eksportowych pepickiej alternatywy. Muzycznie nowy album nie przynosi większych zaskoczeń – to wciąż radosne, freak-folkowe granie, którego wielobarwność sprawia, że język czeski, tu używany bardziej jak instrument, przestaje być egzotycznym wyróżnikiem. Niedaleko stąd do dokonań islandzkiego Múm, brytyjskiego Psapp czy nawet „feelsowych” momentów Animal Collective. Z drugiej strony – tak w dolnym paśmie, jak i w pewnej transowości – czuć zgodność filozofii ze wspomnianym wcześniej Napszykłat. Dużo dzieje się w warstwie aranżacyjnej – w rytmice, budowanej na mniej oczywistych rozwiązaniach (choć ping-pong w „Surfi” jest już opatentowany), w podstawie harmonicznej, od wszelakich instrumentów strunowych przez balaphone po toy piano, czy wreszcie w mocno dowolnych odjazdach klarnetu. Przyjemna i wiosenna to muzyka, z dozą szaleństwa, o jaką trudno w rodzimych projektach, ale podczas gdy w kwestii kina można by dyskutować, czasy, w których za południową granicą robiło się ciekawsze dźwięki dawno minęły, albo nigdy ich nie było. (Mikołaj Katafiasz)

Zdjęcie Worek z płytami  #2/2014 3

D. Edwards – Teenage Tapes

Monotonia oraz jednostajność są jednymi z większych bolączek, jakie trawią hałaśliwą i mroczną odmianę techno/house'u ostatnimi czasy. Pewnym odświeżeniem formuły wydaje się zabieg zastosowany przez Delroya Edwardsa, który postanowił odkurzyć kilka swoich archiwalnych nagrań i wydać je wraz z nowszymi produkcjami. W tym wypadku sztuka polega na tym, aby całość nie brzmiała jak przypadkowy zlepek czy przysłowiowy groch z kapustą. Przy okazji można też zabawić się w próby odgadnięcia, czy dany utwór powstał ładnych parę lat temu, czy stosunkowo niedawno. Lecz sednem nie jest w tym wypadku chronologia, tylko możliwość spojrzenia od wewnątrz na szeroki wachlarz inspiracji muzyka, który prowadzi do stworzenia takich nieoczywistych bangerów dla L.I.E.S Records. I tak minimal synth jest ustawiony obok prurientowego noise'u, a no wave'owe techno rodem z Blackest Ever Black przy industrialnych dronach. Efekt spójności w tym gatunkowym rozgardiaszu udaje się osiągnąć Edwardsowi za pomocą lo-fi aury, która unosi się nad każdym beztytułowym kawałkiem, dzięki czemu otrzymujemy pełne świadectwo estetyki, w jakiej porusza się artysta (opatrzone cholernie dobrą okładką). (Krzysztof Krześnicki)

Zdjęcie Worek z płytami  #2/2014 4

Evan Only – No Matter What

Znacie tę historię: poważany producent i raper-weteran Dr Dre bierze pod swoje skrzydła młodego obiecującego MC, Eminema. Ten zaś, gdy osiąga sukces, zaczyna mentorować kolejnej nadziei – pojawia się 50 Cent. Potem ten ostatni zaczyna promować Game’a i tak dalej. The oldest one in the book. Z odzwierciedleniem tego łańcucha asysty mamy też do czynienia w środowisku amerykańskich muzyków indie, zdradzających nad wyraz czytelne zboczenie na punkcie lat osiemdziesiątych. Jorge Elbrecht wspierał Kurta Feldmana przy masteringu albumu Ice Choir. Wraz z jego wydaniem ten drugi wypracował sobie w towarzystwie opinię ejtisowego maniaka, potrafiącego z największym możliwym pietyzmem uchwycić ducha epoki Alfa, kokainy i klipsów do t-shirtów. Nic dziwnego, że Evan Brody, współzałożyciel labelu Underwater Peoples i frontman kapelki Family Portrait, właśnie jemu zaproponował pieczę nad brzmieniem swojej debiutanckiej solowej EP-ki.

Podobnie jak „Afar”, „No Matter What” jest adekwatne do swojego tytułu. Zupełnie obojętne na teraźniejszość, dogłębnie wierne estetyce hołubionej dekady. Wśród inspiracji dosyć wyraźnie dają tu o sobie znać wpływy europejskie: Duran Duran, OMD, Depeche Mode, a nawet Pet Shop Boys czy Kombi (ok, to może nie inspiracja, ale ten ostatni indeks – bez kitu). To prawda, grunt obrany przez Evana i perkusistę The Pains Of Being Pure At Heart (to określenie obligatoryjne jak basista Suicidal Tendencies w tekstach o Thundercacie) jest dosyć grząski. Jakże łatwo byłoby przecież popaść w parodię i nadać tym utworom skeczowy charakter. Słychać jednak, że panowie czują lata osiemdziesiąte w każdym calu, z autentyczną fascynacją przeszli nimi na wskroś, nimi myślą i przez nie potrafią bez cienia beki przefiltrować swoją wrażliwość. Jako fan wczesnej Madonny, „Footloose”, Roba Lowe’a i karbowanych włosów – nie widzę w tym wszystkim niczego szkodliwego. (Jędrzej Szymanowski)

Zdjęcie Worek z płytami  #2/2014 5

Hatti Vatti – Worship Nothing

Dub, gatunek wpisujący się w afrofuturystyczną narrację, u swojego zarania był muzycznym odzwierciedleniem mitów snutych przez przedstawicieli afrykańskiej diaspory (Lee „Scratch” Perry) na temat ich rzekomego pochodzenia z kosmosu, odwoływał się do toposu przybyszów kształtujących swoje doświadczenie kulturowe w nowych warunkach. Obecnie dub, jak każdy inny rodzaj muzyki, jest jednym ze składników sztuki, który niczym barwa z palety, może być wykorzystywany chociażby do tworzenia muzycznych landszaftów. Przykładem takiego pejzażu jest właśnie „Worship Nothing”.

O ile „Algebra”, która zachwyciła co najmniej część naszej redakcji, to album bazujący na imponderabiliach, swoją atmosferą zbliżony do „Silence” Monolake’a, to „Worship Nothing” jest w pewnym sensie materiałem bardziej bezpośrednim, posiadającym wyklarowane brzmienie. W stosunku do „Algebry” recenzenci także chętnie sięgali po przywołane na wstępie sformułowanie „krajobraz”, z tym że debiut Kalińskiego odwoływał się do powidoków podróży, a ruch był na nim wręcz namacalny. Druga płyta jego projektu Hatti Vatti jest z kolei produkcją osadzoną w rytmie, tkwiącą metaforycznie w jednym punkcie, obrazującą (jak nawet sugeruje okładka) zakamarki metropolii po zmroku. To krążek syto usłany monologami i syntezatorowymi sekwencjami, które toną w tęsknej mgiełce pogłosów. Tym razem aurą bliżej mu do dzieł spod szyldu Rhythm & Sound (gościnne wokale, zwłaszcza Cian Finn, wzmacniają te powinowactwa), chociaż nie uświadczymy tutaj dub-techno sensu stricto – perkusja jest raczej gęsto łamana, a momentami skręca gdzieś w rejony juku czy glitchu. Chociaż większą sympatią darzę debiut Hatti Vatti, muszę przyznać, że „Worship Nothing”, choć nie zaskakuje, jest doskonałą ewokacją chłodnych, przejmujących i łatwo zapadających w pamięć historii zasypiającego miasta. Dodatkowo da się na płycie wyczuć ambicje Kalińskiego do stworzenia nowej jakości w obrębie stylistyki około dubowej, nawet kiedy uwzględnimy wszystkie referencje, na jakich zbudowany jest ten album. „Worship Nothing” to tytuł adekwatny. Wspomniane przeze mnie penetracje miejskich przestrzeni rzeczywiście skrywają niepokojącą pustkę. Na szczęście nie jest to pustka artystyczna. Nawet wtedy, gdy Cian Finn z rastafariańską nadzieją zawodzi „it’s a wonderful world”. (Rafał Krause)

Zdjęcie Worek z płytami  #2/2014 6

Lucy – Churches Schools And Guns

Album ten zdaje się być tegorocznym odpowiednikiem znakomitego i chwalonego przez nas nie tak dawno „The Inheritors” Holdena. Mamy tu podobne organiczne podejście do techno, granie zbierające po drodze trochę z industrialu, dubu, a także ambientu i dziesiątek różnych dziwnych, egzotycznych pulsów. Już debiutancki album „Wordplay For Working Bees” zwracał na siebie uwagę głębokim rytmem i całkiem plastycznym jak na takie szorstkie granie wyczuciem brzmień. Jednak dopiero tutaj Luca Mortellaro w pełni rozwija skrzydła. Wspomniałem o organicznym podejściu, to bowiem płyta skoncentrowana na rodzących się gdzieś w rdzeniu utworów drobinkach, które pracują mozolnie na ciągle ewoluującą muzykę. Absolutnie rewelacyjne rzeczy zaczynają się dziać w połowie krążka w kawałkach „Follow The Leader” i „Catch Twenty Two”. Rytualne zaśpiewy, wprasowane w potężne, przestrzenne dudnienie, pierwotne pląsy zespolone z mechanistyczną wizją sterylnej elektroniki. Jest też przypominający ostatnie dokonania Laurel Halo dychotomiczny „The Illusion Of Choice”. Bonusowo otrzymujemy jako ostatnią odsłonę kołysankowy utwór „Falling” z wokalnym udziałem Emme – fragment wyciszony, wygasający, który tylko zachęca, by włączyć płytę od początku i znów zapuścić się w świat tych gęstych i ruchliwych dźwięków. (Michał Weicher)

Zdjęcie Worek z płytami  #2/2014 7

The Men – Tomorrow's Hits

Kariera Brooklyńczyków zamiast prowadzić ku krystalizacji wizji, opiera się na nieustannych woltach stylistycznych. Obecny kształt ich muzyki ma niewiele wspólnego z debiutanckim „Immaculada”, ale ostatnie przystanki The Men konsekwentnie nas do tego przyzwyczajały – już „Open Your Heart” było bardziej piosenkowe i prawie wolne od noise'owych odjazdów, natomiast ostatnie „New Moon” wyraźnie stawiało na przystępność, pobrzmiewając country i niby-garażem oraz w minimalnym stopniu melanżem tych dwóch gatunków, czyli cowpunkiem. Irytujące quo vadis, tym bardziej, że efekty były bardzo średnie. Na „Tomorrow's Hits” przedrążanie się do amerykańskich korzeni dobiega jednak końca, wiertło musi się zatrzymać – The Men zredukowali się bowiem do klasycznego rocka, więc jeśli na następnym albumie nie zostaną na tej drodze albo nie zaskoczą jakimś bluesem znad Delty, to nie widzę możliwości pogłębiania tematu, a zespół będzie już tylko własną karykaturą. Co by jednak nie mówić, obecny heartland całkiem im służy. Jedno się bowiem w The Men nie zmienia – to nie są ani wybitnie utalentowani kompozytorzy, ani też muzyczni radykałowie, bo wyzwania w ich muzyce na ogół plasowały się na poziomie hałasu środka. Obierając kierunek tradycyjnego groove'u wydają się to rozumieć i wypadają tym samym zdecydowanie naturalniej. Efekt zaś jest taki, że „Tomorrow's Hits” to jednocześnie najbardziej banalna, ale i najpełniejsza płyta The Men od czasów debiutu. Zgrabnie rozpinają się tu między springsteenowską klasyką („Get What You Give”) a garażowym brudem (najlepsze na płycie „Pearly Gates”, czyli hasło „kill punk for rock'n'roll” w niezłej praktyce). Szkoda tylko, że dwa pozostałe, najżywsze utwory, „Different Days” i „Going Down”, mają już rysy gładziutkiego, mętnego revivalu. Paradoksalnie najlepiej wypadają klimatyczne, zagubione w latach 60./70. songi – „Dark Waltz” oraz filmowe „Settle Me Down”. Całość plasuje się jednak gdzieś na pułapie szóstkowym (hołdując stęsknionym za ocenami) i patrząc na ostatnie błądzenie grupy, życzyłbym sobie więcej takich progresywnych regresów. Co innego, że będę się z tego migiem wycofywał, jeśli okaże się to kolejną maską The Men. (Karol Paczkowski)

Zdjęcie Worek z płytami  #2/2014 8

Nothing – Guilty of Everything

Rzut oka na tytuł płyty i nazwę zespołu wystarczy, by skwitować debiutancki krążek filadelfijczyków spontanicznym „meh”. Bez słuchania. Absolutnie nie dajcie się jednak nabrać. Lekcje z historii shoegaze’u panowie odrobili sumiennie i choć inspiracje są na tyle oczywiste, że nie warto nawet o nich pisać, to kwintetowi udało się nagrać dopieszczoną produkcyjnie, melodyjną płytę, na której nikt nie ma zamiaru udawać, że chce burzyć jakiekolwiek ramy. Godząc się z tym brakiem nowatorstwa odsłuch staje się naprawdę przyjemny, a z ciekawszych numerów na uwagę zasługuje szczególnie „Bent Nail”, brzmiące niczym statystyczna kompozycja The National zaimplementowana w charakterystyczną shoegaze’ową rytmikę i rozmycie. Pokładami melancholii może niektórych rozczulić utwór tytułowy, zaś „Endlessly” i „Somersault” zgrabnie odnajdują się w roli lekko zaszumionych ballad. Jak na połowę marca, scena około-shoegaze’owa trzyma się całkiem nieźle (oprócz Nothing solidne płyty wypuścili m.in. Have A Nice Life, Cheatahs, Alcest czy XO), a że przed nami jeszcze sporo ciekawych premier, można chyba zaryzykować stwierdzenie, że zeszłoroczny powrót My Bloody Valentine pozytywnie wpłynął na jakościowo-ilościowy współczynnik tegorocznych revivali. (Wojciech Michalski)

Zdjęcie Worek z płytami  #2/2014 9

Souvenir de Tanger – Souvenir I

Debiutanckie wydawnictwo Souvenir de Tanger dla B.D.T.A. to kolejna cegiełka dorzucona do budowy mostu łączącego muzykę arabską z zachodnią muzyką elektroniczną. Autor postanowił odejść od dominującego nurtu eksploracji motywów ludycznych, skupiając swoje zainteresowanie na przekazie politycznym. Już sam fakt podejmowania takich wątków jest godny uwagi, dosyć rzadko bowiem znajdują się one w orbicie zainteresowań twórców ogólnie pojętej elektroniki. Tematykę związaną z Arabską Wiosną sugerować mogą jedynie tytuły utworów („Mohamed Bouazizi”, „Aleppo”, „Algier”, „Hama”) oraz wzbudzające niepokój nagrania terenowe wplecione w nie, jednak świadomość tych kwestii mimowolnie pozostaje z tyłu głowy podczas odsłuchu. Duchowym i muzycznym przewodnikiem wydaje się być Muslimgauze oraz jego spadkobiercy w postaci Vatican Shadow czy Cut Hands (uderzające podobieństwo „Aleppo” do zeszłorocznego „Damballah 58”). Ciężki klimat całości, a także ciążenie ku dark ambientowi i industrialnemu techno odróżnia „Souvenir I" od podobnych tematycznie zeszłorocznych wydawnictw Hatti Vatti i El Mahdy Jr (skądinąd chwalonych u nas). Powiew wschodniego mistycyzmu jest obecny, ale dominuje jednak atmosfera grozy i niepokoju. (Krzysztof Krześnicki)

Zdjęcie Worek z płytami  #2/2014 10

Daniel Spaleniak – Dreamers

W minionych latach Antena Krzyku, kojarzona wcześniej z trochę inną estetyką, nieomal przejęła monopol na spoglądający tęsknie za ocean, rodzimy folk. Ta tendencja ostatnio osłabła, a liczne projekty wydawane w tym momencie przez NextPop czy Kayax mają już wyraźnie północnoeuropejski odcień. Antena odpowiada intrygującym debiutem młodego Daniela Spaleniaka i trudno odmówić im celności – na tle wspomnianych wydawnictw piosenki z „Dreamers” wypadają niezwykle świeżo. Oczywiście jest to świeżość kontekstowa, gdyż trudno oprzeć się skojarzeniom z Markiem Kozelkiem czy Billem Callahanem – ale inspiracje to szlachetne i przetrawione z klasą. W tych bardziej surowych momentach piosenki Spaleniaka przekonują mnie tak, jak wcześniej nie potrafiły dokonania choćby Tobiasza Bilińskiego. Linearność ucieka, gdy album skręca w bardziej zespołowe granie – jak przywodzący na myśl dokonania Hatifnats finał „Full Package Of Cigarettes” czy beatowe i hitowe zarazem „My Name Is Wind” – i działa jak najbardziej in plus, trzymając uwagę słuchacza przez wszystkie obroty krążka. I właśnie to imponuje najbardziej – młodość nie wyklucza dobrych kompozycji i stylu, ale złożyć w tak doskonale wyważoną całość album operujący dobrze znanymi wątkami – to duża sztuka. Stąd jeśli padają hasła o polskim debiucie roku – w tym młodym, dwa tysiące czternastym – jak najbardziej tak. (Mikołaj Katafiasz)

Korzystając z dobrodziejstw ery web 2.0 i zniesienia wszelkich barier między artystą i odbiorcą, pozwoliłem sobie prześwietlić profil Daniela na Spotify, gdzie, zgodnie z oczekiwaniami, wśród jego ulubionych wykonawców można odnaleźć m.in. Devendrę Banharta, Kurta Vile’a czy grupę Grizzly Bear. Wpływ wyżej wymienionych na kształt „Dreamers” wydaje się dość oczywisty, ale nie determinuje charakteru płyty na tyle, by zniwelować zarówno autora wkład własny, jak i unoszące się nad całością niedopowiedzenie. I za to duży plus. Spaleniak brzmi tu momentami jak rasowy, wędrujący po zamglonych wrzosowiskach Skandynaw (stereotypy, stereotypy), by już po chwili nurzać się w intymności i wyrachowanym minimalizmie spod znaku, no niech będzie, The xx.

Mimo że na „Dreamers” nie dzieje się nic przełomowego, łatwość z jaką 21-latkowi przychodzi budowa całkiem intrygującej opowieści z oklepanych motywów daje nadzieję, że w komitywie z m.in. Arkadiuszem Glenskiem (Fismoll) i Tobiaszem Bilińskim (Coldair) błyskawicznie stworzą oni nową siłę polskiego singer/songwritingu. Tym bardziej, że o pokrewnych im grupach pokroju Twilite zrobiło się ostatnio dużo ciszej. Wyjścia nie ma już właściwie Alter Art i jak najszybciej powinien zarezerwować kaliszaninowi slot otwierający scenę namiotową na gdyńskim Open’erze. Spaleniak z pewnością nie zawiedzie i życzę mu bardzo, żeby swój pomysł z oparciem quasi-refrenu (świetne, singlowe „My Name Is Wind”) na sile wydechu mógł kiedyś z taką mocą, jak Dave Matthews, zaprezentować kilkudziesięciotysięcznej publiczności. (Wojciech Michalski)

Zdjęcie Worek z płytami  #2/2014 11

Trust – Joyland

Po odejściu Mayi Postepski duet Trust przeistoczył się w projekt jednej tylko osoby, więc można powiedzieć, że „Joyland” jest pierwszą w pełni autorską próbą Roberta Alfonsa. Nie sprawia to jednak, że album jest jakoś drastycznie ogołocony z tego, co mogliśmy usłyszeć wcześniej. Brakuje może dodatkowego wokalu Mayi, który równoważył niski i żabi głos Alfonsa, ale zastąpiono go komputerowo przetworzonymi wstawkami, więc tragedii na tym polu nie ma.

Generalnie jest to wciąż ten sam neonowy gotyk, który uwodził dwa lata temu na „TRST”. Filozofia grania muzyki mrocznej, lecz nieuciekającej od usypanego brokatem parkietu, sprawdzała się w przypadku wielu wykonawców w XXI w., a Trust zdaje się wytwarzać jedną ze zgrabniejszych syntez tychże elementów. Muszę wręcz przyznać, że najlepiej zagrał mi tu utwór tytułowy, w którym chipmunku sobie nie szczędzono i który jest ich najbardziej radosnym, bezpretensjonalnym kawałkiem w zestawie. Reszta wykazuje nieco mniejszy poptymizm i jest zgodnie z programem dyskotekowa, ale minorowa. Raz jest bardziej dostojna i rozmarzona, jak w przypadku rewelacyjnych „Are We Arc?” czy „Icabod” (to podbicie w końcówce), innym razem zaś potrafi być motoryczna i zadziorna („Four Gut”, „Rescue”, „Mister”).

Jest więc kilka naprawdę mocnych punktów, które niczym nie ustępują najlepszym fragmentom debiutanckiego krążka. Gdy jednak spojrzeć na całość, to pojawia się pewna monotonność, na którą wpływ mają mniej wyróżniające się piosenki. Szlachetne ideały brzmienia, na których ten projekt stał od momentu założenia, zostały więc zachowane i prezentują dobrą formę, ale dobrze by było od tego momentu pomyśleć nad urozmaiceniem. (Michał Weicher)

Screenagers (20 marca 2014)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: posłuchajcie 'daughters'
[6 kwietnia 2014]
Mam nadzieję, że redakcja w najbliższym czasie nadrobi zaległość w postaci braku recenzji tak świetnej płyty jak "Present Tense" Wild Beasts. Nie rozumiem dlaczego jeszcze jej nie zrecenzowano...
Gość: guccilittlepiggy
[28 marca 2014]
już sam fakt, że piszę ten komentarz 28.03. jest sugestią: najzwyczajniej przestałem was śledzić i otwieram screenagers z zakładki, gdy sobie przypomnę o jego istnieniu. chciałbym się tutaj usprawiedliwiająco pokajać, że brak czasu, że zabiegany, że obraziłem się za szóstkę w recenzji, kiedy powinna być ósemka, tyle że niestety nie mogę. wina leży całkowicie po waszej stronie, nawet jeśli przyjąć, że regularność, to rzecz względna (naciągane, ale niech będzie), to i tak szukanie jakiegokolwiek innego klucza w waszej aktywności jest zupełnie bezproduktywne. gatunkowość? nie. to może hype? nie. antyhype? nie. jakość, wyjątkowa chimera, ale może macie jakiś tajemny, wewnętrzny system selekcji, jeśli nie muzyki, to chociaż tekstów? no, nie macie.

zatem zostaje arbitralność od czapy. sęk w tym, że ja na to odpowiadam własną arbitralnością w kwestii doboru stron. smutne jest tylko to, że wybieram nie ze względu na takie przesłanki, jak utrafienie w moje gusta albo oczekiwania, dobór recenzenckich autorytetów, bądź wręcz przeciwnie i tak dalej, a dlatego, że redakcja serwisu, od dłuższego już czasu zresztą, nie ma zielonego pojęcia, jak ów serwis ma działać. chaos, co prawda, też może być pociągający, jednak musi posiadać coś w rodzaju wdzięku.

dlaczego użyłem niedawno, pod poprzednim workiem, porównania blogowego? gdyż to tam najczęściej pojawiają się takowe zbiory, bo autor nie miał czasu i musi nadrobić, albo był taki wysyp, klęska urodzaju, że nie dał rady na bieżąco i spoko, to wpisuje się w estetykę tej formy komunikacji.
natomiast jeśli już coś jest większe niż widzimisie i możliwości jednego autora, to może właściwie działać na dwóch zasadach: robimy coś na bieżąco, ale trochę po łebkach (można oczywiście i porządnie, lecz umówmy się, że to już kwestia posiadanych środków, dlatego porównania z pitchforkiem sobie daruję), albo rzadziej, ale z przytupem, żeby warto było czekać, wersja, w której komentujemy wszystko co zaszło w danym okresie jest tutaj tylko jedną z możliwych. w żadnej z wersji długość recenzji, czy też obecność ocen nie mają żadnego znaczenia, są to bowiem tylko nieistotne szczególiki.

sorry, ale pomimo obecnego tutaj miłego zapytania o zdanie czytelnika, to mam nieodparte wrażenie, że to on właśnie - czytelnik ma pełnić we wzajemnym stosunku rolę służebną, a mnie, niestety, jakbym na tę sprawę nie patrzył, od której strony nie usiłował jej ugryź, zawsze, niezmiennie i bezwarunkowo wychodzi, że powinno być dokładnie na odwrót.
no chyba, że mamy właśnie do czynienia z okresem przejściowym, z którego wykluje się w najbliższym czasie coś sensownego. taką zresztą mam nadzieję, więc jeszcze chwilę sobie poczekam zanim zupełnie dam sobie spokój


Gość: shepherd story
[26 marca 2014]
Mi się BARDZO podoba kierunek, jaki obrała ostatnio strona. "Worek z płytami" świetnie uzupełnia się z rewelacyjnym "zajzajzerem", dając całkiem szeroki przegląd godnych uwagi wydawnictw, od tych oczywistych dla alternatywnego portalu (jak The Men) po niszowe perełki z Zajzajzera. Cieszę się też ze stopniowego wycofywania z oceniania płyt w skali 1-10. Sprowadzanie muzyki do numerku to jeden z najgorszych wytworów społeczeństwa informacyjnego.
Gość: Wojciech Nowacki
[25 marca 2014]
"Pepicka alternatywa"? Serio?
Gość: osom łejw
[24 marca 2014]
a może... przegląd twórczości Muslimgauze? ;-)
Gość: kar
[21 marca 2014]
** jak najwięcej recenzji z bieżącego roku
** chciałabym przegląd najlepszych albumów techno według dekad
Gość: mike
[21 marca 2014]
Worek jest spoko, tylko mam dwie uwagi:
1. Często lubię sobie przeglądać dział z recenzjami o nazwie "płyty" (pierwszy po lewej w górnym menu), tam są recki posortowane wg dat, ale nie uwzględniają tego co jest w Workach :), a fajnie jakby się znalazły, bo lubię czasami przeglądać recki np po datach,
2. To że nie ma ocen jakoś mocno nie przeszkadza. zwłaszcza, że teraz 9 i 10 chyba już nie ma w ogóle. Ale fajnie jakby co jakiś czas płyta dostawała by jakieś wyróżnienie np. Screenagers poleca. Macie nawet coś takiego w głównym menu "redakcja poleca" i wtedy automatycznie taka płyta też tam by się pojawiała.

Poza tym fajnie są teksty z działów autorskich. Podobają mi się też te duże około nie do końca muzyczne teksty , gdzie analizowane są inne dziedziny, np. jak tekst o "Terror" Flaming Lips z ubiegłego roku

A i fajnie jakby pod reckami były linki do spotify, a jeszcze lepiej jakby redakcja miała oficjalny profil na spotify z playlistami, na zachodzie to standard :)
Gość: Arek
[21 marca 2014]
zgadzam sie z kubą. szczegolnie w pierwszych trzech punktach. podpisuje sie.
Gość: Sebastian Niemczyk nzlg
[21 marca 2014]
Istnienie Worka nie wyklucza publikacji osobnych recenzji. Jeżeli będziemy mieli wyjątkowo dużo do powiedzenia na temat jakiegoś albumu (co zapewne oznacza, że zrobił on na nas szczególne wrażenie), jego recenzja ukaże się w dziale "Recenzje" - tak jak np Current 93 czy St Vincent.
Gość: kuba
[21 marca 2014]
moje uwagi:
-zdecydowanie odradzam wystawianie ocen płytom (jeszcze Wasze od 1 do 10 z podziałką co 1 przeboleję, ale na serio nie mam pojęcia, jakich algorytmów i jakich kalkulatorów używa np piczfork, bo jak oni odróżniają płyty z 7.8 od 7.9??)
-zgadzam się, żeby jakoś wyraźnie zaznaczać, jeśli płyta zrobiła na Was szczególne wrażenie,
-wolałbym krótkie recenzje systematycznie niż "worek" raz na miesiąc,
-autorskie publikacje są zdecydowanie najmocniejszą stroną tego serwisu (Zajzajer extra),
-wróćcie do "Przeglądów", może coś z jazzu?

Generalnie to i tak jest u Was dobrze, dzięki:)
Gość: blejk
[20 marca 2014]
skoro wolicie te zbiorcze - jasne, to jest okej. Tylko proszę, jak będą jakieś petardy na "8" czy "9" to jakoś to zaznaczcie, żeby nam to nie umknęło. skoro natomiast pytacie czego oczekujemy? ja wciąż trzymam za słowo w kwestii POLSKICH PŁYT WSZECHCZASÓW. Nie obraziłbym się też na odkurzenie działów: Przegląd i Klasyka. ten rok jak na razie to kpina, więc podłubcie w starociach plz.
Gość: shsh
[20 marca 2014]
@mechaniksamochodowy: Zgadzam się w 100%.
Gość: mechaniksamochodowy
[20 marca 2014]
Jeżeli pytacie o sugestie, to szczerze mówiąc brakuje w poskim internecie portalu na który mozna wejść codziennie i znaleźć coś sensownego. Worek z płytami to fajny pomysł ale komu chce sie czekac miesiąc na kilka recenzji. Wolałbym to osobno, ale regularnie a nie jak rewolucja: jeden dzień ulewnego deszczu wita sie z radością, ale każdy wolałby odrobinę mżawki w regularnych odstepach. Po drugie, wolałbym żebyście mieli te reklamy. Wszyscy piszą coś za darmo w tym całym internecie, ale to zabija moim zdaniem profesje dziennikarza muzycznego, a za najbardziej wartościowe rzeczy trzeba i tak płacić, choćby oglądając reklamy. Zbieg okoliczności?

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także