Flesz 16/12/2013

Zdjęcie Flesz 16/12/2013

Boże Narodzenie za pasem, co oznacza, że redakcyjne prace nad podsumowaniem roku nabierają tempa. Przez lata ten okres napawał mnie dziwnym połączeniem ekscytacji z poirytowaniem. Jako koordynator głosowania przez... nawet już nie wiem jak długo (2005-2011?) zacząłem powoli utożsamiać Święta z gorączkowym wyczekiwaniem... deadline’u na przesłanie swoich rankingów, spóźniającymi się mailami, dłużącym się sortowaniem tabel Excela i wreszcie bezcennym momentem, kiedy moim oczom ukazywała się ostateczna kolejność list Screenagers, publikowana dwa tygodnie później w serwisie. Lubiłem to, ale cieszę się, że od zeszłego roku robi to ktoś inny.

Tyle lat, tyle wersji Screenagers, tyle rankingów i masa zacierających się wspomnień. Lista za 2002 rok powstawała jeszcze beze mnie. Reprezentuje najwcześniejsze, stuprocentowo gitarowe oblicze społeczności, która niewątpliwie swój gust kształtowała w dużej mierze na playliście „Trójkowego Ekspresu” – największej polskojęzycznej tubie muzyki alternatywnej przełomu wieków. Ktoś z ówczesnych forumowiczów może się obrazić, ale nic nie poradzę – tak właśnie utożsamiam estetykę BRMC, mocno przez Pawła Kostrzewę chwalonego Six By Seven, hype’owanych wówczas The Music, The Cooper Temple Clause i The Electric Soft Parade czy tak naprawdę wielu innych. Jeśli chcecie europejskiego spojrzenia na indie rocka około 2002, to debiutancki zestaw Screenagers – stworzony jeszcze przez początkujących writerów do spółki z ich czytelnikami – jest całkiem reprezentatywnym ekstraktem. To chyba nie były najlepsze płyty, jakie się wtedy ukazały, ale na pewno o wielu z nich było głośno.

Ranking 2003, który z przyczyn technicznych chwilowo nie wyświetla się na stronie, pamiętam wyjątkowo dobrze. Główna medialna narracja tamtego roku w gitarowej alternatywie toczyła się wokół starcia gigantów lat dziewięćdziesiątych: najnowszych płyt Radiohead i Blur, które ukazały się w odstępie miesiąca. Swoją drogą status pożegnalnego „Think Tank” w dyskografii Albarna i spółki był dla mnie oczywistością dziesięć lat temu, dziś – paradoksalnie – wcale nie jestem tego pewien. W każdym razie, w redakcji (już wówczas) Screenagers panowało przekonanie, że choć „Hail To The Thief” i „Think Tank” są znakomitymi albumami, to przyszłość gitarowego grania leży na innych wydawnictwach. Tak zrodził się żartobliwy projekt zachęcający do bojkotu Radiohead i Blur. Głosujący mieli opowiedzieć się po jednej ze stron w zupełnie innym pojedynku – pojedynku debiutantów, w którym naprzeciw siebie stanęli prog-rockowcy z Mars Volta i post-punkowcy z British Sea Power. Obie te płyty niewątpliwie rozgrzewały nas wówczas do czerwoności, a wyraźny kontrast pomiędzy rozedrganą, kaskaderską muzyką spadkobierców At The Drive-In i surowym, ekspresyjnie wyważonym, ekscentrycznym rockiem kapeli z Brighton tylko podkreślał te animozje. Po zaciętym boju zwyciężyli Brytyjczycy, co cieszyło mnie niezmiernie.

W kolejnym roku lista nie wywoływała już takich emocji. O ile dobrze pamiętam, z jednej strony rozpraszała nas niepewna przyszłość serwisu, z drugiej z kolei – poprzedzające nasz EOY zestawienia: pięciolecia 2000-2004 i lista naszych ulubionych płyt lat dziewięćdziesiątych, odrobinę wypaliły zapał wobec zwyczajnej, końcoworocznej robocizny. Poza tym triumf „Funeral” wydawał się z góry przyklepany, zwłaszcza, że była to płyta roku Kuby Radkowskiego, który w tamtym czasie miał niemal idealną zgodność z pierwszymi miejscami na listach ogólnych – chyba w czterech kolejnych rankingach to „prawo” znalazło zastosowanie.

W 2005 po raz pierwszy podsumowanie miało oficjalny format, a zwycięstwo „Illinois” zapamiętałem jako ewidentne i nie podlegające dyskusji. Rok później z kolei przydarzył się case, który z perspektywy siedmiu lat ogromnie wpłynął na przyszłe wybory redakcji. Case nieco zapomnianego dziś albumu Flaming Lips „At War With The Mystics”, który Screenagers mianowało płytą roku, mimo że nikt z tworzących serwis tego krążka za najlepszy w 2006 nie uznał. „Ys”, „45:33”, „Pan Planeta” czy triumfujące w podsumowaniu czytelników „Lake & Flames” – albumy na swój własny sposób dość unikalne – musiały uznać wyższość dobrej, ale dalekiej od wybitności płyty zespołu, który wszyscy bardzo ceniliśmy. Nie zmienia się reguł w trakcie gry, za to w ślad za tym poszła zmiana filozofii punktowania głosów i w ogóle przeprowadzania tego rodzaju głosowań, często wyciągana nam przy okazji kolejnych podsumowań. Cóż, to był jeden z argumentów. Aha, warto zauważyć, że w tymże 2006 roku w gitarowo-alternatywnym jak dotąd podsumowaniu zaczęła wyraźnie przebijać się elektronika, a nawet ślady hip-hopu.

2007 to kolejny mały przełom. Pojawia się ranking singli, w którym rezonuje zajawka na szwedzki, wściekle melodyjny, klawiszowy pop – drugą stroną tego medalu było srebro dla Studio w zestawieniu albumowym, duetu nagrywającego wtedy niesamowicie wciągające nas dłużyzny. Czy to możliwe, że „West Coast” było ich ostatnim jak dotąd albumem? Trudno w to uwierzyć, ale niestety tak. To chyba tutaj ma miejsce ostateczna wolta w kierunku „nowych brzmień” – mimo że większość propozycji wciąż klasyfikuje się jako „indie”, to każda poza „Terroromansem” płyta z czołowej dziesiątki ma zauważalny element programowanych brzmień, pierwiastek „synth” albo piętno samplingu. W 2008 ta tendencja tylko się pogłębiła, co ułatwił w równej mierze wysyp klawiszowo-alternatywnych hiciorów, jak i flirt redakcji Screenagers z miesięcznikiem „PULP”, specjalizującym się w promocji tego rodzaju brzmień. No i historia z „Kim & Jessie”, który najpierw warunkowo załapał się do puli poddawanej pod głosowanie, by ostatecznie zostawić w polu wszystkich konkurentów w wyścigu o singla roku.

Rok później wszystko miało być jasne. „Merriweather” było takim pewniakiem, że wzięłoby sobie pierwsze miejsce na naszej liście nawet gdybyśmy tego nie chcieli. Ale mało kto nie chciał. A już w singlach sprawa w ogóle wydawała się przesądzona – w końcu „My Girls” tytuł piosenki roku dziedziczyło po „Merriweather”, jako najważniejsze dziecko Pandy, Avey’ego i Geologista. Jakim cudem wepchnęli się w to wszystko Phoenix z „1901”, dotąd nie wiem. W 2010 pojedynek Ariela i Toro zakończył się pięknym bramkowym remisem, za to rok później – znak czasów – zarówno nasz singiel, jak i płyta roku nie ukazały się na żadnym fizycznym nośniku. No i najnowsza historia z 2012 – z Frankiem, Kendrickiem i naszą płowowłosą ziomalką z Powiększenia.

Jak mawiano w Związku Radzieckim: nieważne kto głosuje, ważne kto głosy liczy. Jako liczący, patrzę na te zestawienia z rezerwą, bo pewnie mogły być lepsze, bardziej oryginalne czy różnorodne. Ale jest też pewna doza satysfakcji, bo nawet jeśli ja i każdy z Was znamy dziś płyty czy single, których w tych rankingach zabrakło, to nie widzę tam pozycji umieszczanych na siłę, pod publiczkę, z obowiązku czy – o zgrozo, ale takie rzeczy się dzieją na świecie – pod wpływem jakichś szemranych układów. „Szczerość w naszym klubie to norma”. I to, mam nadzieję, potwierdzi również tegoroczny ranking, który, przyznam, nurtuje mnie niesłychanie, ponieważ po raz pierwszy od lat kompletnie nie wiem, czego się po nim spodziewać. Ale ponieważ zamierzam do niego dołożyć swoją cegiełkę, to niniejszy Flesz będzie ostatnim w 2013 roku. Zaocznie „ściskam w pasie” wszystkich czytelników i życzę Wesołych Świąt!

Kuba Ambrożewski (16 grudnia 2013)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Lukas
[19 grudnia 2013]
@krzysiek podnosi łapkę - ja mam nawet na półce w postaci CD i można powiedzieć, że recenzja Pawła i poznanie przeze mnie tej płyty było momentem, gdy wróciłem po latach przerwy do hh:)
Gość: krzysiek podnosi łapkę
[19 grudnia 2013]
Ja pamiętam o Kamaal the Abstract. Wracam dość regularnie.
Gość: tmv3
[18 grudnia 2013]
Ej, ja pamiętam, że wygrała Mars Volta, kaman! ;P
Gość: marta słomka
[17 grudnia 2013]
POPRAWKA: podsumowanie dotyczy oczywiście numerów z 2011 roku. no i widać też dzisiaj wyraźnie, jak bardzo brakuje tam "novacane" franka oceana.
Gość: marta słomka
[17 grudnia 2013]
do każdego zestawienia screenagers od 2007 roku mam ogromny sentyment, ale szczególny chyba do tego oddolnego projekciku, jakim był urbanizer. szkoda, że po tym topie 30 z 2012 roku rubryka niestety umarła śmiercią naturalną. ale tak sobie teraz zerkam na te nasze miejskie hiciki i to jest taaaka dobra lista. co prawda czas pokazał, że podium powinno zamienić się kolejnością i wyglądać tak: 1. yonkers 2. the weeknd 3. blawan, ale wciąż jestem bardzo dumna z tego naszego spontanicznego podsumowania.

http://www.screenagers.pl/index.php?service=audios&action=show&id=107
Gość: kidej
[17 grudnia 2013]
Jeszcze w kwestii Six By Seven i Trojkowego Ekspresu, to umknelo Wam jeszcze dosc czesto emitowane przez SAVALASA (czyli oczywiscie Kostrzewe) "Another love song", zwlaszcza w Nocnych Ekspresach.
Gość: pszemcio
[17 grudnia 2013]
a będzie coroczne nadrabianie zaległości? krótkie notki o pytach, które nie doczekały sie recek, a powinny?
kuba a
[16 grudnia 2013]
"Czarno widzę" w 2006 było na dziesiątym miejscu.
Gość: ps nzlg
[16 grudnia 2013]
krótka rekapitulacja osobista.

W 2007 roku zostałem redaktorem scrn i po raz pierwszy brałem udział w podsumowaniu, co zabawne, rezygnując wówczas zupełnie z singli. Ale może to nie powinno dziwić, bo przychodząc do redakcji miałem tak śmiesznie wąskie horyzonty, tak mało muzyki znałem, że mój zestaw singlowy pewnie nie wniósłby żadnej świeżości. Pamiętam za to, że ten przyspieszony kurs edukacji muzycznej skończył się wówczas dziwnymi, w sumie dość radykalnymi sympatiami, na polu albumowym. Na miejscu pierwszym umieściłem "I'll Sleep When You're Dead" El-P i od tego czasu w zasadzie do płytki białasa nie wracałem. Czy to aby nie jest pierwszy album hh w zestawieniu końcoworocznym na scrn? Śmieszne, gdyby wszedł do dwudziestki głównie głosem, wówczas, zdeklarowanego rockisty.

Z perspektywy na pewno "odległe", szóste miejsce Tigercity wydaje się SKANDALEM na miarę "Obywatela Kane'a" wychodzącego z gali Oscarów bez statuetki. Nie wiem, czy był w historii serwisu bardziej kultowy, wynaleziony-z-dupy i powszechnie lubiany band. Oczywiście występuję tu w roli jednego z najczarniejszych bohaterów, bo patrzę na swoją indywidualną i NIE MA TAM "Pretend Not To Love". Jezu, jaka wtopa być mną w 2007. Tym bardziej, że cała 20-tka, którą ułożyłem to rzeczy siódemkowe w porywach. Weźmy takie Studio - po latach robi na mnie wrażenie tylko nieco powyżej średnie.

W 2008 poszło mi już zdecydowanie lepiej i tym razem, HEHE, to ogólna lista mogłaby przejąć ode mnie kilka pozycji. Choćby wspaniały album Roberta Forstera, którego recenzja jest po dziś dzień moją ulubioną na scrn (hail Ambro!). Po drugie bardzo dobra Badu nie znalazła uznania w oczach redakcji. Ale redakcyjne top 10 bardzo fajne, imo dużo ciekawsze niż rok wcześniej. Pierwszych kilka miejsc to już w zasadzie klasyka dekady.

Z singlami jest podobnie a nawet bardziej, bo co jeden, to bym uronił łzę - wybór z 2008 roku to trochę taki soundtrack MŁODOŚCI. Słynne czwartki w Niskich Łąkach nie mogły się obyć bez "Lights & Music", "Far Away", "Kim & Jessie" czy "Princess". Wow, to musiał być super rok, chyba wtedy z internetowych współpracowników staliśmy się przyjaciółmi.

W 2009, jeśli się nie było fanem MPP (nie byłem), życie nie wydawało się aż tak różowe. Różni fajni artyści (Phoenix, Tigercity, Junior Boys) wydali wtedy płyty. Słabsze płyty. A tych ciekawszych (Maxwell, Sa Ra) nie udało się wprowadzić do zestawienia. I kto dziś pamięta o "Kamaal The Abstract", Sajewiczu, kto? Potem 2010 znowuż porządził (Badu, Violens, Lynch, Ariel Pink, Onra), a i 2011 dawał radę (znowu Violens).

2012: po raz pierwszy odpuściłem.

2013: na miarę skromnych możliwości wracam do gry.

Jaram się.



Gość: mrn
[16 grudnia 2013]
Może zatem mi umknęło. U P. Stelmacha też wszystko zaczęło się od "IOU Love", tyle że w nocnych audycjach można było przez jakiś czas usłyszeć regularne wycieczki do wcześniejszych płyt, takie po kilka piosenek zagranych pod rząd. No i wrzucił ich na swoją składankę "3maj z Nami - wolumin jeden" :-D.
Gość: lebek7
[16 grudnia 2013]
dorzucę parę słów od siebie: tak naprawdę to z największym sentymentem wspominam rankingi z lat 2002-2005 do których dotarłem po poznaniu screenagers w wakacje 2005 roku. dlaczego? otóż dlatego, że akurat w moim przypadku całe to new rock revolution jak je umownie nazwijmy działo się obok mnie, miałem świadomość, że pewne płyty się ukazują i że pisze się o nich jako przełomowych. i nieważne, że część z nich nie wytrzymała znaku czasu, to jednak ten aspekt świadomości decyduje o takim podejściu. nawet w "Teraz Rocku" dużo było recenzji takich wydawnictw (można było się śmiać, ale wtedy dało się to czytać, ale i autorzy byli ciekawsi). i mimo że, że wcześniej był ukochany przeze mnie britpop to jednak, postrzegam go inaczej, bardziej historycznie, właśnie z powodu tej świadomości, a w zasadzie jej braku. ot takie moje przemyślenia, z lekka sentymentalne.
kuba a
[16 grudnia 2013]
"IOU Love" było na baaardzo częstej rotacji w "Ekspresie", choć niewątpliwie Piotr Stelmach przynajmniej tak samo mocno promował 6by7. No ale w tamtym czasie nie miał jeszcze takiej siły rażenia, jak MASZYNISTA.
Gość: pszemcio
[16 grudnia 2013]
Kostrzewa mocno promował The Way I Feel Today - wiem, bo tak ich poznałem
Gość: mrn
[16 grudnia 2013]
Jeśli mnie pamięc nie myli, Six By Seven grywał raczej Piotr Stelmach (na wysokości trzeciej płyty ukazały się w Polsce także dwie poprzednie i przez pewien czas redaktor prezentował). Nie kojarzę tego zespołu z audycji P. Kostrzewy. A na pewno już nie w roli stałych ulubienców...
Gość: szwed
[16 grudnia 2013]
Wspomnień czar:), dobrze, że każda z tych płyt dziś wydaje się co najmniej dobra, choć dychę przyznałbym w sumie chyba tylko jednej - Sufjanowi.
Gość: Lukas
[16 grudnia 2013]
Żadnych komentarzy? Asertywnie podszedłeś do tematu - większe wejście w poszczególne wątki, a skończyłoby się na sentymentalnej podróży wstecz, której chyba chciałeś uniknąć :). Zresztą, w pewnym wieku i okolicznościach życiowych lepiej się o tym pewnie gada przy piwie, niż pisze. Wesołych Świąt Kuba!

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także