Wayne Anthony i Genesis ‘88

Zdjęcie Wayne Anthony i Genesis ‘88

Wysoki poziom stóp procentowych, ogromne bezrobocie, krwawe wojny kibiców, zamach w Lockerbie – to tylko część problemów, z którymi musiała mierzyć się Wielka Brytania u schyłku lat osiemdziesiątych. Jakim cudem, zamiast zamartwiać się (naturalnie przy dźwiękach Joy Division) postępującą pauperyzacją i zagrożeniami, liczni reprezentanci tego społeczeństwa ewoluowali gwałtownie w uśmiechniętych, afirmujących życie imprezowiczów? Sedno socjologicznej tajemnicy wydaje się tkwić w acid house’ie, czyli psychodelicznej gatunkowej mutacji, opartej na repetytywnym modulowaniu basowego brzmienia klawiszy na Rolandzie TB-303 (zobaczcie sami, jak pięknie działa), przy użyciu tajemniczych gałek i przycisków, porozmieszczanych na górnym i bocznym pulpicie urządzenia. Nurt, powstały pierwotnie w Chicago, dotarł do Anglii poprzez hiszpańskie spoiwo – Ibizę, odwiedzaną przez głodnych zabawy Brytyjczyków, znudzonych najwyraźniej lokalną szarością post-punkowych krajobrazów. Bywali tam zarówno Nicky Holloway, jak i Danny Rampling, którzy po powrocie na stare śmieci otworzyli legendarne już kluby – odpowiednio: The Trip i Shoom; bywał najbardziej mainstreamowy z wymienionych – Paul Oakenfold. Bywał też wreszcie Wayne Anthony – główny bohater niniejszego tekstu, nieco zapomniany (a w Polsce prawie nieznany) promotor i organizator imprez sygnowanych nazwą Genesis ‘88, a przede wszystkim fanatyk dobrej zabawy (spod znaku ecstasy), którego życiorys przebija biografie wszystkich wyżej wymienionych i daje świetny, jednostkowy obraz wartości ważnych dla próbującego podkreślić swoją tożsamość ówczesnego pokolenia wyspiarzy. Do urządzania rave’ów, bo taką nazwę nadano imprezom przeniesionym na angielski grunt, zachęcił Anthony’ego przyjaciel – Andy, mający doświadczenie w rozkręcaniu pomniejszych balang:

„Andy had all his own equipment, including a sound system, some lights and a box of wicked tunes. Costs could be kept to a minimum and amount to no more than a grand: drinks would be on a sale or return basis, flyers cost L80, the doorman would be my stepdad, the bar manager his sister Nikki, DJ Tony Wilson took L100, and ANDY or myself would be on the door taking the money. We were one big, happy, productive family”.

Jak twierdził, wystarczyło znaleźć opuszczony magazyn (w dobie upadku przemysłu włókienniczego nie był to wielki problem) i rozprowadzić ulotki podziemnymi kanałami dystrybucji, a zainteresowani zjawią się sami.

Organizacja imprez w porzuconych halach wiązała się z licznymi niedogodnościami, ale z drugiej strony umożliwiała mobilność i utrudniała policji sposobność działania – proceder zazwyczaj był nielegalny (o czym za chwilę). Postindustrialne przestrzenie raz w tygodniu (w przypadku Wayne’a w soboty) zamieniały się w odrealnioną, magiczną krainę, wypełnioną nabuzowanymi balangowiczami i otumaniającą grą świateł. Jak wspomina sam Anthony:

„Rok 1988 zwiastował nową erę. Skończyły się czasy, gdy nasi rodzice mogli triumfująco obwieszczać, że nic nigdy nie pobije lat sześćdziesiątych. My wciąż szanowaliśmy Beatlesów, Stonesów, Hendrixa i T.Rex, ale idolami stali się Todd Terry, Larry Heard, Frankie Knuckles, Derrick May, Lil Louis, Steve Hurley, Jamie Principle, Robert Owens, Jesse Saunders i Marshall Jefferson”.

Nieszablonowy panteon sław szybko przyniósł nowe hity. Żadna impreza nie mogła obyć się teraz bez „Can You Feel It” Fingers Inc. (przy odrobinie dobrych chęci, ten beat wizualizuje odchodzący od zmysłów tłum) i „French Kiss” Lil Louisa. Wybrani przez Wayne’a DJ-e doskonale wiedzieli, czego oczekuje rozbawiona gawiedź, serwując kolejne psychotropowe razy, w postaci „Tune In” Psychic TV, czy najbardziej melodyjnego w zestawie „Pacific State” autorstwa 808 State.

Dochodziła do tego, wspomniana w autorskiej enumeracji, muzyka chicagowskich tuzów, takich jak Frankie Knuckles, Marshall Jefferson, Jessie Saunders czy Farley ‘Jackmaster’ Funk, korespondująca z nowymi, lokalnymi dokonaniami, jak np. brytyjskie „Where’s Your Child” grupy Bam Bam. Jednym z ulubionych utworów publiki zostało np. „Let The Music Use You” pierwszego z wymienionych, odpalane często jako introdukcja, wprowadzająca tańczących w odpowiedni, integracyjny klimat. Z biegiem lat w rave’ach odchodzono stopniowo od rygorystycznego eksponowania brzmienia TB-303, a acid house’owym dźwiękom w sukurs przyszło techno i jego obrzeża (choćby coś takiego), a nawet kawałki czołowych zawodników sceny madchesterskiej, z The Stone Roses, Happy Mondays i The Charlatans na czele.

Początkowo Anthony z łatwością zbywał wymiar sprawiedliwości, jednak tym samym stawał się dlań coraz smaczniejszym kąskiem. Publiczność z kilkuset uczestników rozrosła się kilkunastokrotnie, a w momentach chwały oscylowała w okolicach dwudziestu tysięcy - na początku 1989 roku Genesis stało się żywą legendą. Zapanowanie nad taką „armią” wymagało pokaźnego kapitału ludzkiego i zaplecza technicznego, które finansowano imponującymi zyskami z wejściówek, napojów itd. Członkowie Genesis ’88 potrzebowali też firmy ochroniarskiej, pilnującej porządku, zabezpieczającej spontanicznie montowany sprzęt przed kradzieżą i – co najważniejsze – wyczulonej na obecność policji. Informatorzy wyposażeni w CB Radio i rozstawieni po najwyższych punktach w okolicy raportowali regularnie o bieżącej sytuacji. Wraz z coraz silniejszymi prześladowaniami i narastającą, normatywną presją, względnie swobodna organizacja eventów przestała wchodzić w grę. Przeoczenie jakiegoś szczegółu mogło na zawsze zrujnować misternie rozwijany biznes, a głównym celem stał się teraz element zaskoczenia. Ostatecznie pojawiły się nawet legitymacje członkowskie, które rozwiązały problem niechcianych gości i donosicieli. Dziś rave’owe metody dyskretnej organizacji próbują w mikroskali uskuteczniać chociażby organizatorzy nazistowskich koncertów (zainteresowanych odsyłam do dokumentu „Nazistowska muzyka nienawiści”).

Anthony wielokrotnie wspominał, że choćby delirycznie słaniał się na nogach, na widok policjanta potrafił trzeźwo ocenić sytuację i sprawiać wrażenie w pełni normalnego. Do legendy przeszły już epizody, w których bezczelny Brytyjczyk zbywał funkcjonariuszy, argumentując że jest managerem George’a Michaela, który pojawi się na imprezie wraz z innymi VIP-ami i z pewnością nie będzie zadowolony z opóźnień spowodowanych nieumotywowanymi podejrzeniami o nielegalność zgromadzenia. Co więcej, jednemu z mundurowych obiecał nawet (pod fikcyjnym nazwiskiem) autograf Mandy Smith, byle tylko ten dał mu święty spokój. Po imprezie czmychnął ukrywając się w tłumie. Inna, klasyczna już, historia dotyczy rozpaczliwej ucieczki przed zakrojoną na szeroką skalę policyjną obławą, zakończonej pełnym heroizmu nurkowaniem w zimnej rzece. Ewakuacja zakończyła się sukcesem, a na pamiątkę dzielny organizator nabawił się zapalenia płuc.

Specyficznym, acz uniwersalnym sposobem promocji stały się zaszyfrowane informacje o nadchodzących wydarzeniach, które Anthony wygłaszał poprzez pirackie stacje radiowe (główne media bojkotowały wszystko, co miało jakiekolwiek konotacje z acid housem). Powodowało to komiczne eskapady, podczas których tysiącom uczestników zdarzało się podążać w kordonie za osobnikiem, który wiedział, gdzie odbędzie się impreza (te odbywały się już także poza magazynami, w przestrzeni wiejskiej lub na obrzeżach miast). Służby mundurowe tylko czekały na takie okazje. Gdy pewnego razu policjanci postawili blokadę drogową i zatrzymali jakże charakterystyczny sznurek pojazdów, przyzwyczajeni do prześladowań zabawowicze w spontanicznym zrywie opuścili samochody i pogrążyli się w feerycznym tańcu na środku autostrady, wykrzykując stadnie: „Acid! Acid! Acid!”. Funkcjonariusze zdębieli, a ze względu na ogromny korek i agresję neutralnych kierowców, musieli w końcu dać za wygraną i usunąć się z trasy. Jako bardzo interesująca jawi się w tym kontekście reakcja mediów, które w nagłówkach gazet w następnych dniach głosiły: „Rodziny z dziećmi uwięzione w korku z naćpanymi kryminalistami!”. Podobne tytuły pojawiały się sukcesywnie, moje ulubione to: „LSD devils” i „Smash these evil acid parties”. Skąd jednak brała się ta powszechna nienawiść?

Brytyjska opinia publiczna (z naciskiem na bulwarówki) określała całokształt rave’owych imprez pejoratywnym mianem „acid parties”, eksponując masowe zażywanie narkotyków, z Ecstasy (powodującym stan powszechnej błogości i otępiałej miłości do istot żywych) i LSD (halucynacje, dwutlenek węgla, takie sytuacje) na czele. Każdy przełom musi się zmierzyć z piętnowaniem, a rok 1988 przyniósł podłamanemu społeczeństwu zupełnie nowy styl życia: nową muzykę, modę i wspólne umiłowanie do zakrapianych odurzeniem, nocnych przygód. Cytując fragment „Class of 88” – literackiej spowiedzi Anthony’ego, wyglądało to następująco:

„You'd introduce yourself to everyone who walked past you, with a big smile and arms stretched out wide to give them a hug. They were your brothers and sisters and it didn't matter how you looked, dressed or danced. Nobody cared: we were all one. Integration accelerated to a new level, a new understanding, a new beginning”.

Z kolei Matthew Collin w swoim „Altered State: The Story of Ecstasy Culture and Acid House”, zwracał uwagę, że promocja indywidualizmu, związana z rządami Margaret Thatcher, sprowokowała opozycję i wzmogła społeczne dążenie do unifikacji i wspólnotowości. Ecstasy jednoczyło w hipnotyczno-ekstatycznych spazmach absolutnie wszystkich – czarnych, białych, lewicowych i prawicowych, zaś wynikające z jego zażywania zagrożenie, w postaci stopniowego uszkadzania struktury mózgu, wydawało się nie obchodzić absolutnie nikogo („Jak kopnę w kalendarz, to wśród swoich”, „Żyć szybko, umierać młodo”). Terminy E Generation i We Generation autentycznie zaczęły odnosić się do realnych desygnatów z krwi i kości.

Ramię w ramię z prasową nagonką szły regulacje rządowe i zdecydowane działania służb mundurowych. Uczestników imprez, nie mówiąc już o grubych rybach, zaczęto traktować jak zwykłych przestępców. Spowodowało to stopniowe wycofywanie się istotnych zawodników, albo niezdolnych do uzyskania licencji, albo podłamanych odgórnym, ustawodawczym matem. Wayne Anthony odpuścił w 1990 roku, świadom, że zabawa staje się niebezpieczna dla całej komuny uwikłanej w organizacyjny proceder, ale nieustanne gierki z władzą w kotka i myszkę, w wykonaniu innych promotorów i zapatrzonej w nich publiki, trwały gdzieś do roku 1992. Przymus legalizacji i rozmaite zagrywki prawne przelały czarę goryczy, a najgorszy dla rave’owych entuzjastów stał się rok 1994, w którym (jak głosi notka na Wikipedii): „Policja miała prawo aresztować obywateli przygotowujących imprezę rave (2 lub więcej osób), czekających na rozpoczęcie rave’u (10+) lub uczestniczących w imprezie rave (100+)”. Te i inne radykalne metody zepchnęły niezmordowanych środowiskowych animatorów do absolutnego podziemia. Sam Genesis ‘88 reaktywował się jeszcze na dwa eventy w 1992 roku, ale była to reaktywacja sentymentalna, zakrawająca jakościowo o anachroniczny powrót Sex Pistols z lat dziewięćdziesiątych. Nielegalne zjazdy drastycznie zepchnięto w niebyt, ale rozbudzonego popytu nie dało się zahamować, co przyczyniło się do zalegalizowania tanecznych imprez, których organizatorzy godzili się na restrykcyjne początkowo przepisy (związane głównie z bezwzględnym zakazem stosowania narkotyków na terenie, za który odpowiadają). Antycypacja kultury clubbingu i letnich festiwali, godzących dominujące do tej pory gitary z muzyką elektroniczną? Jak najbardziej, ze wspomnianym okresem mamy więcej wspólnego, niż nam się wydaje.

Biorąc w nawias kalkulacje moralne (narkotyki i spontaniczne orgie), romans Brytyjczyków z rozedrganą elektroniką przyniósł wyrazistego, rave’owego potomka, któremu przypisałbym rolę kulturotwórczą podobną tej związanej z psychodelią lat sześćdziesiątych i punkowym boomem z lat siedemdziesiątych. Toksyczność przedsięwzięcia sprawiła jednak, że bywało ono często marginalizowane przez media, a nawet krytykę. Warto mieć więc z tyłu głowy, że ten partykularny szkic z biografii jednego człowieka wiąże się z ogromem dokonań podobnych mu pasjonatów, a ich wspólne wysiłki uformowały w zasadzie współczesny kształt naszych relacji z muzyką elektroniczną w wersji live. Jak mówił Anthony przed jednym z ostatnich dancingów: „You, the people, are responsible for this progression from Disco to House, Club to Warehouse, Party to Event, Trend to Way of Life. We dedicate this event to you”. Czyż upajając się na żywo muzyką The Chemical Brothers lub Andy’ego Stotta, nie uczestniczymy tak naprawdę w nieco postmodernistyczym, opartym na bezpośredniej relacji artysty i odbiorcy, ale jednak rave’ie?

Nadmienię tylko, że przytoczone historie stanowią jedynie zalążek bogatego życiorysu Anthony’ego. Miał on też przyjemność zostać porwanym przez konkurencyjną firmę ochroniarską, niezdrowo zainteresowaną udziałami w jego zyskach, zjeździł kawałek świata zamknięty w bagażniku, odwiedził areszt, kilkakrotnie całkiem poważnie grożono mu śmiercią, a jego dziewczynie niewiele zabrakło do samobójstwa, tudzież morderstwa – eufemistycznie rzecz ujmując, jej organizm nie polubił się z ecstasy. Wszystkie te przygody są jednak tylko wisienką na torcie, gdyż największe osiągnięcie Wayne’a wiąże się z wpływem na zmianę statusu rave’ów - z undergroundowych imprez dla nielicznych, na szalone, masowe wręcz eventy na świeżym powietrzu, których, jak już wspomniałem, doświadczamy w różnej skali (i zależnie od upodobań) po dziś dzień. I pomyśleć, że facet, który w jednym z ostatnich wywiadów podkreślał, najwyraźniej zszokowany samym sobą, że absolutnie nigdy nie powtórzyłby już żadnego z rutynowych niegdyś zachowań, który wodził za nos londyńskie, manchesterskie i bóg wie jakie jeszcze oddziały policyjne, który kosztem promotorsko-organizacyjnej pasji kilkakrotnie powinien być już martwy, nie doczekał się specjalnego rozgłosu, ani nawet własnego hasła na Wikipedii. Zainteresowanym polecam więc książkę „Class of 88: The True Acid House Experience” (niestety w sieci dostępna jest tylko wersja anglojęzyczna, ale za to, w przeciwieństwie do jego imprez - legalna i darmowa), gdzie znajdziecie dużo więcej pikantnych, świetnie opowiedzianych historii.

Moja ulubiona wiąże się ze skokiem z samolotu po LSD (sic!). Wayne, prowadzony samczym instynktem, zgodził się na to w pełni świadom faktu obecności przy całym procederze włoskich modelek (nie ukrywał, że wpadły mu w oko). Skrajny idiotyzm przedsięwzięcia poraża, ale opowieści o przedziwnych stworzeniach, które wydawały mu się siedzieć na chmurach, czy walce o zachowanie przytomności tuż przed oddaniem skoku, doskonale puentują jego kompletnie nieodpowiedzialne podejście do życia, dzięki któremu uszczęśliwił tak wielu ludzi. Jak zwykle wylądował pomyślnie.

Wojciech Michalski (9 czerwca 2013)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także