Ocena: 8

Animal Collective

Feels

Okładka Animal Collective - Feels

[Fat Cat; 18 października 2005]

Pierwsza wzmianka u Radkowskiego na temat Animal Collective pojawia się w jego „Wprowadzeniu do muzyki amerykańskiej 1999-2005”. Autor pisze: „nim zasłużenie zostali pupilkami niezależnej sceny w Stanach, członkowie zespołu mieli już dwa albumy nagrane jeszcze pod innym szyldem. W 2000 Avey Tare i Panda Bear spłodzili, przez niektórych okrzyczany ich największym dziełem, »Spirit They’re Gone, Spirit They’ve Vanished«. Faktem jest, że album definiuje ich styl na lata, dodajmy: zupełnie nowy styl w muzyce”. Radkowski nie poprzestanie na tych uwagach. W wielotomowym wywiadzie-rzece, ukazującym się przez szesnaście lat na łamach tygodnika Screenagers.pl Radkowski wyznaje: „najbardziej podniecające jest zawsze zetknięcie z tym, co usuwa nam spod stóp grunt, z tym co każe nam spojrzeć z zażenowaniem na naszą kruchość, wręcz galaretowatość wobec muzyki. Jak wiele tych momentów było, sam już nie wiem, ale niechybnie zaliczam do nich sekwencję Untitled-Penny Dreadfuls-Chocolate Girl… a może właściwie całą płytę, jednak ze szczególnym naciskiem na pierwszą część - „Untitled”. Gwizdy, jęki, syntezatory, pianino, gitara - wszystko to razem w apokaliptycznym pochodzie. Dzieło przerosło własnych twórców, do tego stopnia, że nawet nie mieli odwagi go nazwać”. Bohater poniższego szkicu miewał egzaltowane wypowiedzi, lecz już w przypadku następnego dzieła Aveya Tare, Pandy Beara i dodatkowo Geologista zachowywał niebywały umiar: „Bez komentarza. Nie ma tematu »Manitee Dance«”. Poświęcił temu albumowi jedynie drobny akapit we „Wspomnieniach”. „Kiedy ktoś w towarzystwie wypowiadał tę nazwę, na twarzach rozmówców pojawiały się wykrzywione w grymasie zmieszania miny, głowy wędrowały w dół, wzrok przesuwał się z jednego krańca stołu w drugi. Tego dziwacznego, niesłużącego żadnej ziemskiej sile, atonalnego zbioru pokracznych dźwięków nie potrafiliśmy ocenić. A skoro nie wiedzieliśmy czy to dobre, czy wręcz przeciwnie to milczeliśmy, bowiem o niczym innym nie było już sensu mówić”.

Wydane w 2003, sygnowane już nazwą Animal Collective wydawnictwo „Here Comes The Indian” Radkowski skomentuje następująco: „Rzecz dwuznaczna: z jednej strony płyta wobec popu niekonwencjonalna, z drugiej - nie poszerza wizerunku kapeli nawet o milimetr. Tylko na pierwszy rzut oka, bo jednak po stokroć pętle rodem z pierwszego »Ambientu« wraz z tymi plemiennymi odgłosami frapują”. Przytoczmy jeszcze fragment recenzji „Sung Tongs” autorstwa Radkowskiego: „Ha! W końcu musiało się to stać! Psychodelia debiutu złączyła się z tradycyjną psychodelią a la Beach Boys i The Beatles, a może należałoby powiedzieć: Circulatory System, owocując jedną z najciekawszych popowych płyt ostatnich lat. Nie jest to jeszcze genialne, ale przypomina, że ci sami ludzie tworzyli »Spirit«. Ekscytujące, bo obok tak piosenkowego »Who Could Win A Rabbit« mogło znaleźć się dwunastominutowe »Visiting Friend« – złożyli światu pokojową propozycję, żeby ten niezwłocznie się rozwiązał”. Jak już wspominałem, nasz bohater miał skłonność do pretensjonalnych zwrotów (więcej w „Księdze cytatów Britannica”).

Ze zdecydowanie najbogatszym materiałem badacz ma do czynienia gdy analizuje stosunek Radkowskiego do „Feels”. Ciekawostką jest, że w 2005 roku grupa wydała też epkę z Vashti Bunyan, ale w tym przypadku krytyk był powściągliwy. Raz jedynie skomentował fakt wydania owego albumu i uczynił to w wywiadzie dla „Gali”: „Popieprzona kapela z popieprzoną babką nagrywają sobie płytę. Albo będzie spoko, albo będzie popieprzona i też będzie spoko. Tak czy siak będzie spoko i ona jest spoko”. Ale wróćmy do „Feels”. Jak napisze w książce „10000 płyt mojego życia”, „Feels” było dla niego formą terapii. „Byłem znużony ówczesnym indie. Oferowało ono płyty ubogie pod każdym względem. Uciekałem w muzykę tzw. eksperymentalną, często trafiając na twory trochę jarmarczne. Chyba na zmianę z »Feels« zasłuchiwałem się w »Prepared Piano« Hauschki, a kto dziś o czymś podobnym pamięta [na pewno nie ja – mój debilny przypisek]? »Feels« pozwoliło mi na bezpieczne skumulowanie emocji z obu światów, w których żyłem, a jednocześnie znosiło obsesje wynikające z przynależności do tych innych kręgów”. Dużo jednak o „Feels” lubił Radkowski mówić innym. We „Frankfurter Allgemeine Zeitung” w rubryce „Single roku” znajdziemy taką oto jego wypowiedź: „Wszyscy oczywiście wymienią »Grass«, więc i ja to zrobię. To trzyminutowe cudeńko zaczyna się niczym dziełko jednego z tych kanadyjskich zespolików. A co potem się dzieje! Niby oczywista współgra tych zblazowanych wokali, niby znamy już te histeryczne dźwięki, ale temat jest tak znakomity, tak par excellence akceptowalny. No i jest to namiastka geniuszu dzięki perkusji Misia Pandy”. Zajrzyjmy jeszcze raz do eseju z wyżej wymienionej książki. „»Grass« to oczywiście nie wszystko. Jak nie wzruszyć się przy subtelnej powtarzalności wewnątrz »Loch Raven«? Dłuższe medytacyjne fragmenty to z kolei prawdziwy »Laughing Stock Of Indie Rock«, bo chyba z trzema ostatnimi płytami Hollisa mają one najwięcej wspólnego. Mnie do gustu przypadło zwłaszcza »Daffy Duck«, przywołujące w krzywym zwierciadle »Song To The Siren« Tima Buckleya (gitary), choć skojarzenie jest niezwykle dalekie i czytelne chyba tylko dla inicjalnie go odczytującego. Całość wieńczy »Turn Into Something«, które mogłoby śmiało stanąć w szranki z Wolf Parade i Clap Your Hands Say Yeah – taki deseń wybrali na deser (...) Gdzie było Animal Collective anno domini 2005? Kapela z Nowego Jorku chciała brzmieć zarówno ponadczasowo jak Talk Talk i Tim Buckley i być jednocześnie tak cool jak Wolf Parade i CYHSY. Wielkości raczej zabrakło, ale to był zły rok [Radkowski miał manię »złego roku 2005«. W co drugiej recenzji przewija się ten motyw – przyp. mój] i takie połechtanie mojego podniebienia wystarczyło bym należycie docenił, co czynię”. Tu chyba Radkowski najwłaściwiej podsumował podłoże swojego związku z Animal Collective – romans zrodzony na nieurodzajnej glebie muzyki z czasów sprzed „Animal Mountmilk Head”, jednorazowego projektu z 2007 roku, burzącego całą tradycyjną popkulturę.

Poniższy szkic zbliża się do końca, warto wszakże, jak sądzę, przywołać jeszcze jeden mało znany epizod z historii współżycia Radkowskiego z Animal Collective. W liście otwartym do prawicowych publicystów z programu „Warto rozmawiać”, Radkowski w ostatnim zdaniu pisze, parafrazując słynną myśl Jacka Cygana z programu Idol: „Zamiast tyle gadać lepiej posłuchajcie Animal Collective lub Animals On Wheels. HAHAHAHA”. O sens ostatniego słowa kłócono się wtedy zażarcie, mimo że współcześni Maksowie Brodzi stawiali proste diagnozy. Ale to już temat na inną pracę...

Jakub Radkowski (17 grudnia 2005)

Oceny

Piotr Szwed: 10/10
Jakub Radkowski: 8/10
Kasia Wolanin: 8/10
Piotr Wojdat: 8/10
Kamil J. Bałuk: 7/10
Krzysiek Kwiatkowski: 7/10
Kuba Ambrożewski: 7/10
Paweł Klimczak: 7/10
Paweł Ćwikliński: 5/10
Średnia z 29 ocen: 7,48/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także