Ocena: 5

New Model Army

Carnival

Okładka New Model Army - Carnival

[Sonic; 5 września 2005]

Ludzi uczciwych się szanuje. Bo jakbyście nie uważali jest to pewne osiągnięcie żyć w świecie wartości powszechnie uważanych za zanikające. Justin Sullivan nie jest moim kolegą, więc nie znam go zbyt dobrze, ale obserwując jego zachowanie na koncertach, słuchając lub czytając wywiady których udziela, obserwując go poza sceną wydawać się może iż to wszystko o czym śpiewa od grubo ponad dwudziestu lat to nie jest jakaś tam artystyczna tożsamość wymyślona na potrzeby tylko i wyłącznie muzycznego świata artysty, lecz ten facet naprawdę swoją życiową postawę światopoglądową z godną pozazdroszczenia konsekwencją przenosi w muzyczną twórczość rockowego zespołu New Model Army. "Człowiek z misją" powiedział niegdyś mój kolega i coś w tym jest, bez względu na to czy sam zainteresowany zgodził by się z takim nazwaniem sprawy. Przez ponad dwadzieścia lat wydał 10 płyt z premierowymi utworami i kilka rejestracji występów na których te nagrania interpretował. Na przestrzeni tych lat zmieniła się muzyka ("nieznacznie") - z początku punkowa, bardzo surowa, z wiodącą rolą gitary basowej i bardziej zaciekła tekstowo, z czasem przeobraziła się w bardziej konwencjonalną rockową twórczość, a i słowa były dowodem pewnych zmian światopoglądowych Sullivana. Właściwie jedyne co się nie zmieniło zupełnie to owa pasja, którą dotychczas zawsze było słychać z jego nagrań. I nie chodzi tu bynajmniej o pasję interpretowania własnoręcznie napisanych słów, sama muzyka miała w sobie coś co mimo jej ogromnej prostoty i umówmy się, że jednak - "niezmienności" i ram punk-rockowej konwencji – potrafiło porwać w mniejszym lub większym stopniu. Zawsze był w niej coś takiego co docierało do romantycznej części naszego jestestwa i pozwalało wyciągnąć ją oraz wyzwolić choćby na chwilkę taki romantyczny bunt i chęć walki z tym wszystkim z czym Sullivan się nie zgadzał. Ostatnim razem mieliśmy okazję przeżywać to wszystko 5 lat temu gdy New Model Army wydało udaną i równą płytę "Eight". Potem (2002 rok) był solowy album Justina - "Navigating by the Stars" - na pewno jedno z jego najważniejszych dokonań, a w rok później płytowa dokumentacja występów z europejskiego tournee będącego następstwem tego dzieła. A teraz jest wrzesień 2005 roku i dostajemy pierwszą od dawna, a zatem bardzo wyczekaną płytę New Model Army.

Słuchając „Carnival” nie można oprzeć się wrażeniu, że tym razem zbyt często coś jest nie tak. W odróżnieniu od poprzedzającej „Eight”, która sprawiała wrażenie szalenie spontanicznej, a przez to niedopracowanej i odrobinę chaotycznej, ale równocześnie – co było jej atutem – różnorodnej, nowy album to właściwie produkcyjny i aranżacyjny monolit. Jednakże owa realizacja rozczarowuje - słuchamy albo utworów, w których zbyt dużą przestrzeń zajmują masywne gitary albo utworów, w których zbyt dużą rolę odgrywa wyjątkowo tu agresywny głos Sullivana. I może nie byłoby w tym nic złego, ale Sullivan coraz częściej forsuje swoje interpretacje. Posłuchajcie „Water” lub „Prayer Flags” - jeśli na koncertach będzie wykonywał te utwory z taką wymęczoną zaciekłością, to niebawem pęknie mu tętnica szyjna. Jeszcze dwa lata temu nie musiał uciekać sie do takich zabiegów – zaciekłość w jego głosie zdawała się być czymś naturalnym i niewymuszonym. Wracając do realizacji - brzmienie płyty jest zbyt jednorodne, cała płyta brzmi niezmiennie: zbyt masywnie i zbyt gitarowo. Niby NMA to gitarowy zespół i powinniśmy się cieszyć, ale wcale nie: w tym gąszczu gitar, obniżonego stroju, utwory brzmią topornie i kwadratowo, a w kontekście chęci wysłuchania płyty od początku do końca może to być przyczyną lekkiej irytacji. Brakuje lekkości i swobody, znanej choćby z „Eight”. Wszelkie ciekawe zabiegi aranżacyjne - choć niestety jest ich niewiele (melotron, dzwonki harmoniczne, harmonijka, klawiszowe tła) - tracą na znaczeniu gdy chwilę po pojawieniu się zostają zmiecione masywnym gitarowym dźwiękiem. Bas Nelsona? Musiałem posłuchać tej płyty specjalnie dla niego żeby sobie uświadomić, że jednak nie przespał całkowicie tej płyty - w „BD3”, „Another Imperial Day”, „Island” słychać że w NMA gra świetny basista o niewykorzystanym potencjale i łezka w oku się kręci na myśl o początkach zespołu, gdy znaczna część kreatywności kompozytorskiej miała swoje źródło w tym instrumencie, a i później, mimo zmian na stanowisku basisty, był to tak znaczący element stylistyki NMA. Przeszkadza realizacja nagrań i aranżacje, ale przecież możnaby to przeboleć gdyby chociaż znajdowały się tutaj świetne piosenki, na tyle świetne i zapamiętywalne, że mimo obecności tych wszystkich rozczarowujących elementów nic nie zakłócałoby odbioru świetnych melodii czy motywów. I świetne piosenki „się trafiają”, choć niestety nie często i niestety większość z nich nie jest na tyle wyrazista żeby od pierwszego przesłuchania zachwycić.

Zawodzi utwór otwierający – „Water”, a jak być może wiecie zawsze była to mocna strona tego zespołu. „The Hunt”, „I Love the World”, „Here Comes the War” - niezapomniane utwory dla dorobku NMA zwykły otwierać wydawnictwa tego zespołu. „Water” w tym kontekście jest przeciętną piosenką z motorycznym i nieciekawym riffem oraz zapamiętywalnym, ale bardzo wymęczonym refrenem. W dodatku irytuje tu przesadnie wściekła maniera Sullivana i nieciekawa próba urozmaicenia z wykorzystaniem akustycznego fragmentu. Ów fragment może i mógłby być urozmaiceniem, ale zanim pomysł zacznie się ciekawie rozwijać wkracza wściekły Sullivan i po sprawie. Podobnie w agresywnym i zapewne mającym wywoływać dużo napięcia finale. Gitarzyści próbują zagrać przekonującą pełną zgiełku codę, ale brak jakiegokolwiek pomysłu pozostawia nas z wrażeniem, że perkusista NMA potrafi grać na dwie stopy. Z mojego punktu widzenia średnio to ciekawe, ale może jakiś metalowy zespół zauważy ten atut. Od „BD3” mogłaby się ta płyta rozpoczynać. Szybsze tempo, prosty klawiszowy motyw przechwycony przez gitarę, basowy pochód nadający tempo utworowi i przyjemna melodia w refrenie. Tylko czy zapamiętamy ten utwór na dłużej? I nawet jeśli po „BD3” pojawi się u kogoś nutka nadziei, to szybko zostaniemy sprowadzeni na ziemię przez „Prayer Flags”. Może i ten utwór posiada dobry tekst, ale „Carnival” to płyta rockowa, a nie rejestracja wieczorku poetyckiego i oceniać należy piosenkę, a nie poezję Sullivana. A słyszymy najgorszą piosenkę autorstwa Sullivana od wielu lat. Wymęczony riff i takiż refren. Toporność. Nie poprawia sytuacji kolejny w zestawie „Carlise Road”, chociaż - o dziwo - słuchając sztampowej solówki gitarowej, która rozpoczyna utwór poczułem jakiś dreszcz. Niestety, utwór nie posiada w ogóle melodii i żadnego innego punktu zaczepienia. A gitarzystom brakuje inwencji by w kolejnych solowych wejściach, które pojawiają się tam gdzie powinien pojawić się refren, zagrać coś co przekroczyłoby granice rockowej sztampy i zostało z nami na dłużej. Gdy rozpoczyna się utwór piąty – „Red Earth” u słuchacza może pojawić się widmo klęski. Pierwsze 3 minuty jeszcze to wrażenie pogłębiają. Prosta klawiszowa figura i plemienne bębenki - przez całe 3,5 minuty tworzą niemrawą i pozbawioną jakiejkolwiek wizji nudną przygrywkę do... wreszcie!... porywającego finału. To co zaczyna się dziać na wysokości 3:33 (19 minuta płyty!, blisko połowa albumu!) to pierwsze takty, które przypominają że NMA przez blisko dwadzieścia lat dostarczyli sporą dawkę porywających utworów i mimo upływu lat wiele z nich ma w sobie nieprzemijającą siłę, mimo poruszania się w dość schematycznej konwencji. Finał „Red Earth” dostarcza takiej energii jakiej kiedyś dostarczały „Here Comes the War” czy gitarowe ataki w „The Archway Towers”. I chwała zespołowi za to, że następującemu kolejno na płycie „Too Close to the Sun” nie udaje się tego chwilowego poczucia odrodzenia zepsuć. Co więcej, ta umieszczona w centralnym punkcie płyty kompozycja wyróżnia się w kontekście całego albumu. Po pierwsze – jest to jedyny utwór, w którym zespół całkowicie zrezygnował z tego topornego i gitarowego brzmienia. Po drugie - w utworze rzeczywiście znalazły się ciekawe pomysły i nawet jest ich sporo jak na jedną piosenke NMA. Melotronowy wstęp, (wreszcie!) naturalnie brzmiący głos Sullivana i po chwili elementy które często wykorzystywali i jeśli robią to z właściwym skutkiem to wcale nie należy im mieć tego za złe: rozpędzona perkusja, akustyczne gitary (wykorzystywane na płycie tak rzadko) apokaliptyczne klawiszowe tło i skandowany refren - zapamiętywalny od pierwszego razu. I właściwie od pierwszego razu wiadomo, że jeśli jakiś utwór z „Carnival” ma dołączyć do tych najlepszych utworów w dorobku zespołu, to będzie właśnie ten.

Kolejny fragment trochę rozmywa to pozytywne wrażenie. „Bluebeat” jest po prostu przeprodukowany. Kanciaste gitary, cymbałkowy motyw przewijający się przez cały utwór, harmonijka, orkiestrowe tło z klawisza w finale, który niepotrzebnie przedłuża utwór. Natomiast rytmicznie wyskandowane zwrotki „Another Imperial Day” przerywane gitarowymi atakami z orientalnie brzmiącymi klawiszami w tle sprawiają naprawdę świetne i całkiem świeże jak na ten zespół wrażenie. Dwoi i troi się Nelson, którego głęboki bas napędza tę sullivanowską „rapowankę”. Do końca płyty zostają 3 utwory i jest to udany finał. „LS43” i „Fireworks Night” to najspokojniejsze fragmenty płyty. I choć nie są to wybitne osiągnięcia zespołu i melodycznie mogą wydawać się odrobinkę banalne, to i tak wywołują pozytywne wrażenie. Naturalnością przypominają najświetniejsze utwory grupy, a i dawka nadziei przepełniająca te piosenki nie pozwala im tak łatwo odejść w niepamięć. Rozumiem singlowy wybór „Island” - to obok „Too Close to the Sun” najmocniejszy akcent płyty, choć niekoniecznie od pierwszego przesłuchania ma się takie wrażenie. Oparty na rozpędzonym dialogu basu i perkusji oraz charakterystycznym, pełnym złości refrenie z brawurowym finałem jest po prostu reprezentantem tego wszystkiego co w twórczości NMA najbardziej lubią ci, którzy tę twórczość akceptują.

New Model Army to zespół z dorobkiem i zespół, który konsekwentnie porusza się w obrębie pewnej założonej konwencji i nie próbuje się zmieniać. A dorobek ów dotychczas dowodził, że mimo tej planowej niezmienności można tworzyć udane i równe płyty, które może nigdy do wybitnych nie należały, ale które wyjątkowo dobrze znoszą upływ czasu. Jednakże jak długo można trwać niezmiennie w pewnej stylistyce i tworzyć znakomite utwory oraz wydawać je na dobrych płytach? To pytanie przyszło mi do głowy po zapoznaniu się z nową propozycją New Model Army. Nie znam na nie odpowiedzi. Może ten album to oznaka chwilowego kryzysu twórczego Justina Sullivana po wydaniu solowego opus magnum. Może to znak, że nie ma możliwości kreatywnego istnienia jeśli artysta porusza się w obrębie granic wyznaczonych przez przyjętą konwencję, nawet jeśli dotychczas – tak jak Sullivanowi – udawało się to przez ponad 20 lat. Może to po prostu wina realizacji nagrań, która skutecznie zniszczyła wszystkie zalety tych jedenastu utworów. A może jest zupełnie inaczej. W każdym bądź razie „Carnival” to jak dla mnie – najmniej warta polecenia pozycja w dorobku NMA i w mojej opinii płyta tylko dla zagorzałych sympatyków zespołu. Chyba tylko oni będą mieli wystarczająco dużo siły i cierpliwości by osłuchać się i wyłowić to co w niej rzeczywiście interesujące.

Paweł Kubiak (11 września 2005)

Oceny

Średnia z 4 ocen: 7,5/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Jac.
[22 grudnia 2015]
Fajnie, że są różne zdania. Po 10 latach wróciłem do tej płyty i brzmi dalej fascynująco, jak kiedys. Polecam z czystym sumieniem. Jedna z lepszych pozycji w dorobku NMA.
Gość: AK
[2 października 2013]
Niezła recenzja :)

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także