Ocena: 3

The Ordinary Boys

Brassbound

Okładka The Ordinary Boys - Brassbound

[B-Unique; 20 czerwca 2005]

O ile dobrze sobie przypominam, jakiś rok temu The Ordinary Boys byli moim ulubionym słabym zespołem. Nawet jeśli wszystko, co wiązało się z tą nazwą zostało wcześniej uknute, w zalewie odstawionych na galowo, skrytych za wypielęgnowanymi grzywkami romantyków, sprawiali sympatyczne wrażenie nawiązującym gdzieś do środkowego Blur wizerunkiem "swoich" chłopaków z sąsiedztwa (który notabene oryginalnie był raczej anty-wizerunkiem i to w tym wszystkim najfajniejsze wydawać się mogło). Muzycznie byli siermiężni, byli wtórni, a mimo wszystko "Over The Counter Culture", ich drugoligowa wariacja w temacie "Modern Life Is Rubbish" wymieszanego z popłuczynami po klasycznym brytyjskim ska wydała mi się dość przyjemna w kategorii bezmyślnych piosenek na wakacje. "Talk Talk Talk" stał się na chwilę nawet czymś w rodzaju powerplaya, trafiając na rokrocznie, pod koniec sierpnia sporządzaną składankę z soundtrackiem mijającego lata. Nie można było z nimi wiązać większych nadziei, ale nową płytą nie spełniają nawet tych najdrobniejszych. Na kilka fajnych melodii. Na to, że będzie można ich nadal lubić.

"Brassbound" to płyta zła od początku do końca. Płyta, której mizeria na każdym froncie jest tak ewidentna, że wzgardzić powinni nią nawet ci najbardziej oślepieni fanatycy britpopu. Album w porywach na poziomie słabego wydawnictwa T. Love. Banał wyziewa tu z każdego refrenu, z każdej melodii. The Ordinary Boys zapuszczając się we właściwym sobie, beztroskim, żeby nie powiedzieć bezmyślnym stylu na terytoria zajęte przed laty przez The Smiths, Madness, The Specials czy wspominanych już Blur zwyczajnie kompromitują się wszystkim po kolei: serią riffów bez odrobiny wyobraźni, przepakowaniem bez specjalnego uzasadnienia utworów instrumentami dętymi, wciąż beztreściowymi rymowankami, ale przede wszystkim nędzą kompozycyjną. Sielankowy "On An Island", The-Specials-spotykają-Franz-Ferdinand z rapującym Jamajczykiem w "Boys Will Be Boys", "Life Will Be The Death Of Me" z przedszkolną melodią i zerówkowymi lirykami, fatalna imitacja Madness "Don't Live Too Fast" - ratunku! Mamy tu prawdziwą listę kandydatów do koszmarków roku. Poprzeplatanych pretendentami do muzycznego mydła 2005. Jest też kolejny po ubiegłorocznym "Little Bitch" cover: tym razem, na ich szczęście, zupełnie zapomnianego utworu "Rudy's In Love" zespołu Locomotive z 1968 roku. Trzymający "poziom" reszty płyty. Choć można na to spojrzeć i z innej strony: sprokurować 12 zupełnie puściutkich piosenek trwających ledwie po 2-3 minuty - to jest sztuka!

Jak to często w takich przypadkach bywa, ironia ma się na baczności i formę The Ordinary Boys najlepiej kwituje jeden z wersów z nowej płyty. "One step forward, two steps back". Jak dla mnie: o dwa za dużo.

Kuba Ambrożewski (18 sierpnia 2005)

Oceny

Kuba Ambrożewski: 3/10
Średnia z 5 ocen: 5/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także