Ocena: 7

Dreamend

As If By Ghosts

Okładka Dreamend - As If By Ghosts

[Graveface; 1 grudnia 2004]

Magiczna płyta. Pełna dysonansów, kontrastów, słodkich melodii i bezwzględnego hałasu. Rozmyte brzmienie zespołów z 4AD spotyka się na niej z postrockową kontestacją Explosions In The Sky, a melodyjność Smashing Pumpkins zderza z dziką energią Mogwai. I tu rodzi się pewna trudność z zaszufladkowaniem muzyki Dreamend. A wiadomo, recenzenci uwielbiają szufladki. Jak więc klasyfikują chicagowski Dreamend zachodni pismacy? Dreampop, postrock, shoegaze, space rock. Skoro pewne definicje mamy już za sobą, czas posłuchać „As If By Ghosts”. Niech będzie głośno...

„Of Raven And Winds” mówi wiele o zawartości całej płyty. Wyciszony, łagodny początek z bajkowym wokalem kojarzącym się ze Sparklehorse czy nawet Mercury Rev. Rzewne dźwięki gitar i leniwe tempo w okolicy czwartej minuty przeradzają się w ostre łojenie i prawdziwą kanonadę perkusyjną. Takich drastycznych przejść spodziewajcie się jeszcze nie raz. To pewien schemat, który Dreamend lubią powielać. Na szczęście robią to na tyle inteligentnie, że płyta nie nudzi. Budują ją monumentalne utwory pozbawione wokali. Całe szczęście, bo Ryan Manon chyba zdaje sobie sprawę, że wybitnym wokalistą nie jest i ogranicza swoje wejścia do niezbędnego minimum. Z takich „prawdziwych” piosenek należy wyróżnić „Can’t Take You” – to surowa, oszczędna ballada, kojarząca się z płytą „Pisces Iscariot” Smashing Pumpkins. Szkoda, że Billy Corgan już takich piosenek nie potrafi nagrywać... I jeszcze „Slide Song” – zgodnie z nazwą zagrana w technice slide, leniwa, relaksująca, jedna z ładniejszych na płycie, choć refrenowe „la la la” może irytować. W „Murmur” z kolei głos Manona przypomina młodzieńcze dokonania... Artura Rojka. Jednak to nie piosenki stanowią o sile „As If By Ghosts”. Liczą się instrumentale. Baśniowy „Ellipsis”, „The Almighty” – dyszący pierwotną, wściekłą energią, postrockowy „The Old House And Its Occupants”, soniczny „Ten Guitars From Salem”. I oczywiście „Passing” – kapitalne zakończenie. Pełne pasji i prawdziwego oddania. Tą muzyką można się upić, partie gitar dosłownie odurzają, wynoszą świadomość w wyższy wymiar. Jaka szkoda, że to nagranie trwa tylko 6.23...

Opowiadanie o muzyce Dreamend nie jest zadaniem łatwym, bo operuje ona trudnymi do nazwania odcieniami i subtelnościami. To gra emocji i zmiennych nastrojów. I choć składa się z powtarzalnych elementów, to jednak wciąga z nieodpartym urokiem w otchłań wspaniałej muzycznej opowieści. Są tu naprawdę wielkie utwory – te instrumentalne historie, do których słowa musimy sobie ułożyć sami. Wystarczy przymknąć oczy, by ujrzeć barwne obrazy. Tylko od nas zależy, jakie kolory zobaczymy.

I jeszcze ciekawostka. Każdy egzemplarz oryginalnie wydanej płyty ma inną okładkę. Zdobią je autentyczne zdjęcia z początku XX w. ilustrujące codzienne życie amerykańskiej prowincji. Ekscentryczne.

Marceli Frączek (10 sierpnia 2005)

Oceny

Marceli Frączek: 7/10
Średnia z 2 ocen: 7,5/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także