Ocena: 6

The Tears

Here Come The Tears

Okładka The Tears - Here Come The Tears

[Independiente; 6 czerwca 2005]

Gdybym miał znaleźć dobry powód, dla którego pozwoliłbym sobie obciąć rękę, z pewnością byłaby to reaktywacja Suede w oryginalnym, pierwotnym składzie. Jeśli dodatkowo miałoby to oznaczać powrót do świetności z 1994, pod topór oddałbym obie nogi. Wymuszony przez chłodne przyjęcie nienajlepszego „A New Morning” rozpad formacji oznaczać mógł koniec artystycznej woli walki Bretta Andersona, ostateczny zmierzch pięknego kawałka historii brytyjskiej muzyki ubiegłej dekady. Nic z tych rzeczy: chwilę później pozornie niemożliwe stało się powszechnie obowiązującym faktem. „B” przebaczyło „A”. „A” przeprosiło się z „B”. „A” i „B” postanowili wspólnie zapomnieć o przeszłości. Na świat przyszło The Tears.

Powrót Butlera do Andersona, czy jak kto woli Andersona do Butlera, nie gwarantował powrotu weny. Wbrew przeciwnie, solowe płyty ex-gitarzysty Suede pozostawiały przecież wiele do życzenia. Nie lepiej rokował Anderson, którego ostatnie wokalne wyczyny wywracały bębenki w uszach zagorzałych fanów formacji. Ponieważ sprawa transformacji jego głosu nigdy nie doczekała się oficjalnego oświadczenia ze strony zespołu (no a co niby mieli powiedzieć?), spekulacjom nie było końca. Jedni twierdzili, że to zdrowotny skutek marnotrawnego trybu życia, drudzy mówili jedynie o utracie młodzieńczej determinacji. Alkohol czy kapcie, nieważne – choć wszystko zdawało się mówić inaczej, my wierzyliśmy. Wierzyliśmy do pierwszych dni czerwca.

„Here Come The Tears” ma bardzo adekwatny tytuł. Ilu z was wytarło oczy po pierwszym odsłuchu “Refugees”? Ilu z was w przeciągu 2:53 czasu jego trwania przeleciał przed oczami spory kawał życia, te wszystkie spędzone na katowaniu „Coming Up” chwile? Otwarcie debiutu The Tears to więcej niż udany revival, czy wykonanie niemożliwego zadania – to zagubiony w czasoprzestrzeni utwór, czyste science-fiction. „Refugees” jest niczym szalona podróż Billa i Teda do roku 1996, do młodości, beztroski, szczeniackiej miłości, czasów Bonnie i Clyde. Nie wiem czy rozumiecie. Andersonowi i Butlerowi się udało. Ten pierwszy śpiewa w sposób dorównujący swojemu nazwisku. Ten drugi gra na gitarze jak kiedyś. Razem komponują. Reaktywacja dekady stała się faktem.

No, prawie. To znaczy, ech, było blisko. „Here Come The Tears” to trochę nierówny materiał. Gdyby panowie zatrudnili w zespole kontrolera jakości, kogoś kto powiedziałby na widok „Co-Star” czy „Two Creatures”: Panowie, to się nie nadaje!, debiut The Tears z powodzeniem mógłby wypełnić lukę pomiędzy „Dog Man Star”, a „Coming Up”. Połączenie dekadencji drugiej płyty Suede, z radością trzeciej, z zachowaniem odpowiedniego poziomu songwritingu – okrojony z trzech, czterech utworów „Here Come The Tears” byłby płytą właściwie bez zarzutu. Weźmy „Brave New Century” na przykład. Jeżeli w 1995 po rotacjach personalnych w Suede Richard Oakes był reklamowany jako zdolniejszy niż Butler gitarzysta, to dziesięć lat później, w tym właśnie utworze widać dzielącą ich przepaść. Na korzyść tego drugiego. A przecież jest jeszcze „Lovers”. W niczym nie ustępujący „Beautiful Ones”. Albo „Autograph”. Wcale nie gorszy od „Lazy”. Najważniejszy utwór ukryty jest jednak pod indeksem dwunastym.

„Apollo 13”. Podniosły, monumentalny, z dramatyczną, imitującą eksplozję końcówką Butlera. Nawet jeśli więcej w tym kalkulacji niż emocji, to i tak najbardziej poruszający moment, jaki wyszedł spod paluchów obu panów od 1994. Po piętach depcze mu smyczkowy, nawiązujący do dawnej chwały „Beautiful Pain”. Wystarczający powód, żeby zapomnieć o dwóch ostatnich płytach Suede. Bernard, Brett – miło was mieć z powrotem. Zostaniecie na zawsze, prawda? Obiecajcie, że zostaniecie!

Tomasz Tomporowski (1 sierpnia 2005)

Oceny

Kuba Ambrożewski: 7/10
Przemysław Nowak: 7/10
Tomasz Tomporowski: 7/10
Kasia Wolanin: 6/10
Średnia z 11 ocen: 6,81/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także