Ocena: 5

Editors

The Back Room

Okładka Editors - The Back Room

[Kitchenware; 25 lipca 2005]

Krótka rekonstrukcja zdarzeń. Grupa z Birmingham zawiązała się na wzbierającej fali wskrzeszania brzmień sprzed dwóch dekad. Konkretnie chodzi o to, że w rok po olbrzymim sukcesie debiutanckiej płyty Interpolu postanowiła pomóc nowojorczykom w skonsumowaniu ich osiągnięć. Wszystko szło pięknie – wytwórnie zwietrzyły interes i zaczęły wyławiać (lub wręcz wymyślać) tego typu zespoły jak Jacek Kolendowicz sandacze na filmie „Jezioro obfitości 2”, chłopaki kupili sobie czarne koszule (plus wokalista szary prochowiec), przycięli elegancko grzywki, na zawołanie wpadli w depresję, przyjęli pozy intelektualistów-romantyków i nauczyli rzucać bardzo smutne acz zamyślone spojrzenia w kierunku obiektywów. A potem weszli do studia z egzemplarzem „Turn On The Bright Lights” i wyszli z „The Back Room”. Uprościłem trochę? No ale tylko trochę.

Jednak błoto, którym już na wstępie zostało „The Back Room” trochę obrzucone paradoksalnie nie oznacza, że ta płyta nie może się podobać. Szczególnie w Polsce, gdzie smutną, dołującą muzykę od zawsze uważa się za bardziej wartościową i treściwą niż optymistyczną i gdzie od ćwierćwiecza już z upodobaniem wynajduje się kolejne klony Joy Division, Editors mają szanse trafić w gusta wielu. I to nawet pomimo tego, że można mieć spore zastrzeżenia do każdego z poszczególnych elementów tej twórczości. Melodyka większości kompozycji jest sztampowa, motywy tego typu wydaje się, że można płodzić w tempie dziesięć na godzinę. Sekcja rytmiczna chwilami ewidentnie razi monotonią, nie wspominając już o wyjątkowo prymitywnych partiach gitar, które potrafią minutami powtarzać jedną progresję akordów albo wyjeżdżać z riffem a’la Bernard Albrecht ‘78 tudzież The Edge ‘80. To jest nudne i to jest słabe. Wokalista z kolei naturalnie stara się oddać tu swoje zagubienie i posępność, jednak specjalnej głębi w tym nie słychać. Do tego teksty zdają się jedynie dopełniać wizerunku grupy. Zespół bardzo rzadko stara się kreślić nimi szerszy obraz, zadowala się pojedynczymi, uwypuklającymi grobową stylizację, zbijanymi w przypadkowe sekwencje frazami. Z tego, co Paul Banks uczynił jednym ze znaków firmowych Interpolu, czyli introwertycznych, intensywnych emocjonalnie historii, Editors sporządzili średnio udaną karykaturę, a chwilami wręcz parodię.

Sytuację płyty ratują dwie, może trzy niezłe kompozycje. Przede wszystkim „Bullets”, gdzie w przeciwieństwie do przeważającej części materiału emocje zespołu nie sprawiają wrażenia całkiem wykalkulowanych, linia melodyczna zwrotki jawi się najładniejszą rzeczą na płycie, a sukces nagrania zostaje przypieczętowany w pełnym ekspresji refrenie z powtarzanym z curtisowską nerwowością wersem „you don’t need this disease”. „Munich”, choć podchwytuje i tak wtórny riff z „Obstacle 1”, a kompozycyjnie małpuje wszystkie trzy single z „Antics” wzięte razem i wymieszane w jednym kotle, wyróżnia się niecodzienną dynamiką. Żywiołowy „Someone Said” po drobnych retuszach mógłby uchodzić za odrzut z sesji do „Unknown Pleasures” (śpiewak Smith jest tu bliżej Curtisa niż Banks kiedykolwiek w ogóle), a „Open Your Arms” z „Closer”. Chociaż ten drugi jest zdecydowanie za długi, a Editors, jeśli już gdzieś się sprawdzają, to przede wszystkim w zwartych, szybkich kawałkach, gdzie łatwiej im zatuszować mielizny kompozycyjne.

Słuchając „The Back Room” czuję się trochę jakbym był na muzycznym Stadionie Dziesięciolecia, gdzie właśnie odbywa się przegląd najdoskonalszych rockowych podróbek sezonu. Editors widziałbym tam jako główną gwiazdę. Zasłużyli na to – brzmieniem, śpiewem, wizerunkiem. A to już wydaje się być nie lada wyczynem. Wszak nie jesteśmy w stanie podać choćby w przybliżeniu liczby zespołów, które w ciągu trzech ostatnich lat pracowały na miano najwierniejszej imitacji Interpolu. Nie umiemy też podać więcej niż kilku z ich nazw. The Stills, Prosaics, The Departure, co do których w ubiegłym tygodniu mój redakcyjny kolega wyciągnął praktycznie identyczne wnioski. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo o tych zespołach zapomina się w kilka tygodni po ich debiucie. Scenariusz jest identyczny – chwytliwy pierwszy singiel, burza artykułów w prasie obwieszczająca nowe objawienie, drugi przyzwoity singiel, pierwsza płyta. Potem wychodzi pani i mówi: „następni proszę”. Chłopaki, myślcie powoli o pakowaniu, to już niedługo.

Kuba Ambrożewski (24 lipca 2005)

Oceny

Maciej Lisiecki: 6/10
Kamil J. Bałuk: 5/10
Kasia Wolanin: 5/10
Kuba Ambrożewski: 5/10
Przemysław Nowak: 5/10
Średnia z 38 ocen: 6,52/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także