Ocena: 8

Andrew Bird

Andrew Bird & The Mysterious Production Of Eggs

Okładka Andrew Bird - Andrew Bird & The Mysterious Production Of Eggs

[Righteous Babe; 8 lutego 2005]

Kim do cholery jest Andrew Bird? Takie pytanie zadawałem sobie w momencie pierwszego kontaktu z muzyką tego pana. To był utwór pod tytułem „A Nervous Tic Motion Of The Head To The Left” – najlepszy moment z jego ostatniej, przepełnionej naprawdę pięknymi dźwiękami płyty. Okazuje się, że - wliczając nagrania popełnione wraz z Bowl Of Fire - „Andrew Bird & The Mysterious Production Of Eggs” jest szóstym albumem jego autorstwa. Sam muzyk pochodzi z Chicago i w połowie lat dziewięćdziesiątych współtworzył tamtejszą scenę retro-swingu. Współpracował m. in. z członkami folkowego The Squirrel Nut Zippers.

Nie dziwię się, że u nas jego muzyka jest praktycznie nieznana. Takie dźwięki nigdy nie cieszyły się w Polsce jakąś szczególną popularnością. Andrew – opowiadacz historii - w pozornie niezobowiązujących piosenkach umieszcza tyle smaczków, ciekawych rozwiązań i pomysłów, że aby je rozpracować trzeba poświęcić naprawdę sporo czasu. To nie jest płyta, która chwyta od razu, choć są też momenty unoszące słuchacza po pierwszym przesłuchaniu. Taki jest choćby następujący po krótkim „Intro”, introspektywny „Savoy” czy też wspomniany już „A Nervous Tic Motion Of The Head To The Left” przepełniony specyficznym luzem oraz eksperymentalnym i beztroskim klimatem późnych nagrań The Beatles, bazujący zarazem na świetnym, skrzypcowym motywie. Zresztą ten instrument odgrywa na płycie bardzo ważną (jeśli nie najważniejszą) rolę. Bynajmniej nie jest to jakieś amatorskie, nieudolne rzępolenie. Z tego co udało mi się wyczytać Bird jest postrzegany jako prawdziwy wirtuoz. Można się o tym przekonać samemu, słuchając np. „Fake Palindromes”, „Tables And Chairs” lub swoistej skrzypcowej solówki w „Banking On A Myth”. Skrzypce rozbrzmiewają w większości utworów na tym albumie i świetnie współgrają z dźwiękami gitary akustycznej czy wibrafonu, stając się jednocześnie znakiem rozpoznawczym tego wykonawcy.

Wokalnie Bird sytuuje się gdzieś pomiędzy mniej zaangażowanym emocjonalnie Thomem Yorke’iem, a Rufusem Wainwrightem. Myślę, że jego głos może przypaść do gustu także tym, którzy pokochali trzy płyty Eda Harcourta. W „Opposite Day” brzmi natomiast jak mniej egzaltowany Oberst. Właśnie brak nadmiernych uniesień, wyczucie czy wręcz swoisty dystans do tego o czym śpiewa, to jeden z największych atutów tego artysty. Gość ma po prostu wiele muzycznego smaku i bardzo sprawnie porusza się między powagą, a ironią. W tym sensie Bird podobny jest do Lennona czy McCartneya. Oczywiście nie znaczy to, że jego wokalne popisy nie mogą brzmieć naprawdę przejmująco, o czym przekonuje choćby „Mx Missiles”. Poza tym często korzysta on z pomocy śpiewającej gitarzystki - Nory O’Connor.

Całość cechuje swoista lekkość i swobodne poruszanie się między różnymi stylistykami. Zresztą gdy spojrzymy na muzyczne umiejętności i doświadczenia Andrew, a także kolejne modyfikacje stylu, od swingu poprzez folk, rock i ambitny pop, uświadomimy sobie, że wszechstronność ta nie jest przypadkiem. W tym sensie przypomina to wczesne dokonania Dave’a Matthewsa. Na przykład utrzymany w południowym klimacie „Skin, Is My” sprawia wrażenie jakby za chwilę do artysty miał dołączyć Carlos Santana, by wysmażyć tu kilka solówek. Na szczęście nic takiego się nie dzieje, a utwór jest znakomitym urozmaiceniem całości i jednym z najmocniejszych punktów albumu. Najpiękniejszy moment? Gdy pod koniec „Opposite Day” Andrew przy akompaniamencie gitary śpiewa beztrosko:

But if you think there’s something else

Well you’re right, there is

There’s something else

But if you thing I’m gonna tell you, think again

Why should I even think of telling what there is

To nie jest płyta dla każdego. Tak jak napisałem, brak tu taniego efekciarstwa. Jest za to prawdziwe serce do muzyki, są świetne pomysły i odkrywane przy każdym nowym przesłuchaniu nowe dźwięki. Jest wreszcie wrażenie, że znowu coś przespaliśmy. Bird podobnie jak Sufjan Stevens czy Conor Oberst nagrywa i cieszy się szacunkiem krytyków od lat. Cóż z tego jeśli większość z nas dowiaduje się o nich dopiero dzisiaj, a media i wytwórnie płytowe w naszym dziwnym kraju skutecznie utrudniają dostęp do ich nagrań? „Andrew Bird & The Mysterious Production Of Eggs” jest albumem, o którym nie wolno zapomnieć w podsumowaniach 2005 roku, więc jeśli tylko znajdziecie na nią trochę czasu między nowymi dokonaniami White Stripes, Oasis i Coldplay to gorąco polecam. Ja tymczasem uruchamiam kontakty za Wielką Wodą, by jak najszybciej dotrzeć do wczesnych nagrań artysty. Czego i Wam życzę.

Przemek Skoczyński (24 czerwca 2005)

Oceny

Kuba Ambrożewski: 8/10
Maciej Maćkowski: 8/10
Piotr Wojdat: 7/10
Kasia Wolanin: 6/10
Średnia z 21 ocen: 7,80/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także