Ocena: 6

Hot Hot Heat

Elevator

Okładka Hot Hot Heat - Elevator

[Sire; 25 kwietnia 2005]

Można się spierać, czy sprawcami dzisiejszego revivalu lat osiemdziesiątych byli rzeczywiście Hot Hot Heat. Faktem jednak jest, że dla dzisiejszych klonów The Killers wydany w 2002 „Make Up The Breakdown” zdaje się być czymś w rodzaju przedskoczka. Zawodnika, który wyśrubował rekord skoczni na poziomie nieosiągalnym dla tegorocznych, coraz bardziej rozmieniających się na drobne bandów. Wychodząc z punktu średnioprzyswajalnego młócenia, Hot Hot Heat postanowili uporządkować swoje podejście do muzyki, podążając w kierunku dziewiczych dla nich terytoriów przyjaznej radiu melodii. Brawurowe połączenie post-punkowej zadziorności, klawiszowego chaosu, garażowego brudu i kapitalnych, beachboysowych melodii dało piorunujący efekt. I kiedy oni triumfowali z wypracowania brzmienia, my nie mogliśmy się uwolnić od obłędnego „Bandages”. To było trzy lata temu.

Od tego czasu trochę się zmieniło. Do pracy nad następcą „Make Up The Breakdown” grupa wybrała słoneczną Kalifornię. Przesyt pozytywnych wibracji (bądź też inny prozaiczny powód) doprowadził gitarzystę Dante DeCaro do opuszczenia szeregów formacji, zostawiając resztę Hot Hot Heat z niedokończonym albumem. Efekt wzlotów i upadków, czasu spędzonego przy nagrywaniu nowej płyty znajduje swoje odzwierciedlenie w tytule. Będący debiutem dla dużej wytwórni „Elevator” to zrodzone w trudach wydawnictwo, którego zawartość nie wywinduje kanadyjskiego kwartetu na pozycję lidera. Nie tym razem. Tegoroczny Hot Hot Heat może co najwyżej próbować dogonić uciekający peleton.

W niepamięć odeszły czasy wycofywania „Bandages” z playlist radiowych, z uwagi na kojarzący się z wojną w Iraku refren. Słuchając „Elevator” nie sposób uwierzyć, że coś takiego kiedykolwiek miało miejsce. Hot Hot Heat to dziś zespół niezwykle przezroczysty, którego sposobem na utrzymanie się na rynku wydaje się być masowa produkcja przebojów. Niedawna radość z eksplorowania zastąpiona została automatycznym powielaniem wypracowanych patentów, co połączone ze znacznym złagodzeniem gitarowej zadziorności jest niebezpiecznym zdryfowaniem w stronę schematyczności amerykańskiego college rocka. Niektóre z nowych kompozycji są tak nieskomplikowane, że gdyby nie głos Steve’a Baysa mówilibyśmy o nowej płycie Weezer. Czasami jest jeszcze gorzej - „You Owe Me An IOU” przekracza granicę dobrego smaku, urastając do rangi konkurenta hitów Smash Mouth. Zdecydowanie nie ta plaża panowie.

Jednego „Elevator” odmówić nie można – przebojowości, przynajmniej tej powierzchownej. Wybrany na pierwszy singiel, reprezentatywny dla większości materiału, „Goodnight Goodnight” wpada w ucho niemal natychmiast, niestety nie ma wystarczającej magii, by utrzymać się tam dłużej niż wynosi czas jego trwania. Najlepszy na płycie, nawiązujący do The Rapture ”Island Of The Honest Man” jest jednym z nielicznych, w których można zauważyć próby kombinowania. O wielkim rozczarowaniu nie może być mowy. „Elevator” to ciągle udany album, a niektóre z jego kompozycji z pewnością poskaczą po środkowych rejonach list przebojów. Po prostu od pewnych zespołów oczekuje się trochę więcej.

Tomasz Tomporowski (11 czerwca 2005)

Oceny

Marceli Frączek: 7/10
Przemysław Nowak: 7/10
Witek Wierzchowski: 7/10
Tomasz Tomporowski: 6/10
Kasia Wolanin: 5/10
Średnia z 15 ocen: 6,6/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także