sx screenagers.pl - recenzja: Nick Cave & The Bad Seeds - Abattoir Blues/The Lyre Of Orpheus
Ocena: 7

Nick Cave & The Bad Seeds

Abattoir Blues/The Lyre Of Orpheus

Okładka Nick Cave & The Bad Seeds - Abattoir Blues/The Lyre Of Orpheus

[Anti Records; 26 października 2004]

Nick Cave jest ostatnio na fali wznoszącej. Nadmiar energii twórczej postanowił skanalizować w postaci albumu zawierającego aż dwie płyty. To prawdziwa uczta dla fanów Australijczyka o nieprzeniknionej twarzy. Pierwszy krążek zawiera muzykę zaskakująco mocną w porównaniu z ostatnimi dokonaniami Cave’a, które ciążyły ku smutnym miłosnym balladom. Kilka nagrań aż kipi od elektryczności, a gitarzysta Mick Harvey, który zastąpił Blixę Bargelda, gra w nich jak młody zbuntowany punkowiec. Kompozycje zdecydowanie poszły w kierunku uwypuklonej rytmiki. Mocny bas, przytłaczające chwilami uderzenia w bębny – jakby ktoś tchnął nowe życie w zespół The Bad Seeds. Czyżby Nick wreszcie przypomniał sobie o tym, że nie tylko on tworzy oblicze tego zbioru wybitnych jednostek?

„Abattoir Blues” to zdecydowanie najlepszy zestaw od czasów „The Murder Ballads”. Otwiera go „Get Ready For Love” – ekspresyjny, hałaśliwy kawałek z szalejącym na gitarze Harveyem. Dawno nie słyszeliśmy takiego Cave’a. W warstwie tekstowej jest to... hymn religijny. Gdyby w naszych kościołach tak śpiewano, pewnie religia byłaby równie emocjonująca, jak koncerty rockowe. „Cannibal’s Hymn” intryguje łagodnym wstępem, zaś kiedy Nick wyśpiewuje wersy And your heart that is bruised but unbeaten/And beating like a drum, wchodzi potężnie brzmiąca perkusja. W „Hiding All Away” mamy mnóstwo gitarowego brudu, niemal jak w czasach pierwszego zespołu Cave’a, The Birthday Party. Kompozycję unosi ciężki bas i gospelowy chór. Mroczną opowieść cedzoną przez zęby przez Cave’a przecinają eksplozje sprzęgających gitar, niczym wybuchy iskier na trakcji elektrycznej. Po tak dynamicznym wstępie musiała przyjść pora na balladę - i jest - „Messiah Ward”. To jedna z tych piosenek, która w pierwszej chwili całkowicie zatrzymuje czas. Obezwładniająca melodia, jednocześnie słodka i gorzka. Utwór unosi się na eterycznym motywie fortepianowym, a towarzyszą mu chór i zmysłowy wokal Nicka.

Na pierwszej płycie wyróżnia się jeszcze utwór tytułowy z intensywną sekcją rytmiczną i „Fable Of The Brown Ape” – groteskowa opowieść o farmerze Emmerichu, jednej z postaci rodem z powieści Cave’a „Gdy oślica ujrzała anioła” (tłum. na język polski Jan C. Kruk). Zwracają uwagę potężne wejścia chóru dośpiewującego swoje kwestie niczym chór starców w greckiej tragedii. Jest tu też „Nature Boy” – najbardziej popowy kawałek, jaki napisał Cave. Piosenka idealnie nadaje się do radia, ma miłą linię melodyczną, nie drażni przegadanym tekstem ani dźwiękowymi niespodziankami. Taki Cave dla gospodyń domowych.

Drugą płytę otwiera tytułowy „The Lyre Of Orpheus” – stylowa pieśń oparta na monotonnie powtarzanym wezwaniu do matki, czyli Cave wywołujący ciarki grozy na kręgosłupie. Potem jest już znacznie mniej ciekawie. Pojawiają się piosenki, które moim zdaniem można z czystym sumieniem pominąć, jak „Breathless” czy „Babe, You Turn Me On”. To głównie smętne ballady, wśród których błyszczą niczym oszlifowane diamenty „Easy Money” i „Carry Me” – obie zagrane głównie na fortepianie. Wspomnijmy jeszcze o „Supernaturally”. To dość energetyczny numer nasączony gitarowymi brzmieniami, dający oddech od cave’owego smucenia; jednak refren rozczarowuje. Hey-ho, baby don’t you go. Hm, to na pewno napisał Cave? Pewnie sporo wysiłku go to kosztowało. Na szczęście więcej wpadek nie ma. Teksty jak zwykle poruszają do głębi i przynoszą garść gorzkiej prawdy o życiu. The air grows heavy/ I listen to your breath/ Entwined together in this culture of death/ Do you see what I see, dear?. Czym bylibyśmy wobec świata bez miłości?

Dwupłytowe wydawnictwo Nicka Cave’a i jego zespołu potwierdza fakt, że jest to wciąż artysta w pełni zasługujący na swoją opinię jednego z najoryginalniejszych pieśniarzy. Kilka mocnych, energetycznych piosenek wprowadziło trochę ożywienia do nowego repertuaru, jednak znalazło się tu też kilka zupełnie niepotrzebnych piosenek. Gdyby zebrać te najlepsze na jednym, trwającym około godziny krążku, powstałaby płyta doskonała. A tak tę doskonałość musimy sobie sami dozować za pomocą pilota.

Marceli Frączek (8 czerwca 2005)

Oceny

Kasia Wolanin: 8/10
Tomasz Łuczak: 8/10
Marceli Frączek: 7/10
Piotr Szwed: 5/10
Średnia z 10 ocen: 8,5/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także