sxnada? screenagers.pl - recenzja: Bagheera - Twelves
Ocena: 5

Bagheera

Twelves

Okładka Bagheera - Twelves

[Asian Man Records; 17 lutego 2004]

W Stanach Zjednoczonych takich zespołów jest po kilka w każdym, nawet niewielkim ośrodku akademickim. Stąd nazwa całego nurtu – college rock. Istnieje on trochę poza czasem, z dala od aktualnych trendów i globalnych telewizji muzycznych, podtrzymywany przy życiu przez studenckie rozgłośnie radiowe i niewielkie grupki znajomych-fanów. Do tego właśnie nurtu należy duet Bagheera z St. Louis, w którego skład wchodzą Heather Dallape i Theodore Moll. Powiedzmy sobie szczerze, nie jest to muzyka wybitna. Ani wokalnie, ani kompozycyjnie ta dwójka nie imponuje. Doskonale zdają sobie sprawę, że grają muzykę niszową, która nigdy nie stanie się popularna na całym świecie. I wydaje się, że nie mają o to do świata pretensji. Bo w tych ramach, w jakich funkcjonują, radzą sobie całkiem nieźle.

Głosy wokalistów są trochę nijakie, brak w nich jakichś charakterystycznych wibracji czy choćby specyficznej maniery. Śpiewają bardzo czysto, może nawet zbyt czysto jak na mój gust. Nie da się jednak odmówić racji, że oboje świetnie się rozumieją i doskonale uzupełniają. Jak w „Long Division”, bardzo melodyjnym, idealnym na otwarcie. Kompozycja pulsuje naturalnym rytmem, tworząc wzorcowy wręcz przykład beztroskiego college rocka. Większość piosenek z „Twelves” to właśnie takie bujające, niezmuszające do szczególnej uwagi utwory. Kilka z nich cierpi nawet na chorobę zwaną „bez wyrazu”. Co nie znaczy, że jest nudno. Zespół stara się trochę urozmaicić płytę krótkimi, kombinowanymi utworami, takimi jak „Halted By The Source” czy „Admission – Concession”. Są też momenty szybszej, niemal punkowej jazdy: w „True Silver” i „Better At Night”, brzmiącym trochę jak... Belly. To wszystko jednak niezbyt wysokie loty i byłoby raczej kiepsko, gdyby nie trzy naprawdę dobre momenty. „H For Halloween” - część zaśpiewana przez Molla tylko z towarzyszeniem gitary wzbudziła moje zdecydowane uznanie. „Not Chasing Ghosts” – ta wyjąca gitara, jako żywo przypominająca szaleństwa Joeya Santiago, to coś, co tygrysy lubią najbardziej. „Solstice” – zaskakujący mnóstwem nałożonych na siebie gitarowych ścieżek, od ekstremalnie przesterowanych po delikatne, ledwo słyszalne. Końcowa recytacja na tle jęczących, sprzęgających gitar robi piorunujące wrażenie. I to właściwie wszystko. Więcej zapierających dech w piersi fragmentów na płycie Bagheery nie znajdujemy.

„Twelves” nie jest płytą wybitną. Może nawet przynieść rozczarowanie komuś, kto wierzył, że indie to niewyczerpalna kopalnia świeżych pomysłów na przeboje. Bagheera gra chwytliwe melodie, ale nie ma w nich nic nowego. Jedyne, co może się podobać, to staranna produkcja i kilka niezłych patentów aranżacyjnych. Ale to wszystko już było. Jednak znajomi i rodziny i tak będą zachwyceni.

Marceli Frączek (4 maja 2005)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także