sx screenagers.pl - recenzja: The Broken Family Band - Welcome Home, Loser
Ocena: 8

The Broken Family Band

Welcome Home, Loser

Okładka The Broken Family Band - Welcome Home, Loser

[Track & Field; 14 lutego 2005]

Happy days are here again/ whoo hoo, wołają już od samego początku The Broken Family Band. Chwilę później wizja beztroskiej letniej przygody zostaje zmącona: so why don’t we all get down/ and play in the scum/ on the banks of the river/ we could fuck each other over/ just for fun. Takie właśnie jest „Welcome Home, Loser”. Drugie pełnowymiarowe wydawnictwo zespołu z Cambridge to podnosząca na duchu płyta pełna czarnego humoru, mrocznych treści i życiowej goryczy.

The Broken Family Band wydają się być najlepszą jak do tej pory odpowiedzią Wielkiej Brytanii na amerykańskie Wilco. „Welcome Home, Loser” interpretuje muzykę spod znaku alt-country na lekko depresyjną nutę, sporadycznie psując pogodne linie melodyczne muzycznym rozgardiaszem Pavement. Czasem wyciszenie osiąga poziom grupy Sparklehorse („Oh Princess”), innym razem czuć wyraźne echa Radiohead. Co ciekawe, zbieżność z tym ostatnim nie jest osiągnięta przez nawiązania muzyczne, lecz pewną specyficzną nastrojowość. Zarówno „A Place You Deserve”, jak i „The Last Song” zbliżają się do „The Bends” tak blisko, jak tylko można do tamtej płyty przyrównać alt-country. Największą równoległą na linii Oxford-Cambridge słychać zaś w „Yer Little Bedroom”, gdzie żywiołowe dziabnięcia gitary wraz z wieńczącymi utwór, dwoma minutami akustycznej, mikrodźwiękowej melancholii tworzą jeden z najjaśniejszych punktów wydawnictwa.

Czarny humor. „Living In Sin” opowiada o fascynacji niezwykle ponętną przedstawicielką innej subkultury: You’re a devil woman/ you’re heart is black/ but your body drives me crazy/ you’re a 666 satanic lady/ you’re full of hate/ and I just love that. “Where The Hell Is My Baby” to z kolei monolog lekko wstawionego faceta szukającego zdradzającej go dziewczyny: I’m ready to fight him/ with my fists/ and my feet… Dźwięk tłuczonej butelki potwierdza tylko determinację głównego bohatera. Niezwykle żywiołowy, choć lekko głupawy „Honest Man’s Blues” serwuje nam kilka pisanych z przymrużeniem oka sentencji: If you work in a whorehouse/ you’re gonna get fucked/ if you sleep in a river/ you’re gonna get ducked, po czym ginie przygnieciony nieoczekiwanym zwrotem akcji (patrz: Pavement).

Wracamy na ziemię. Bardziej życiowa strona “A Place To Deserve” oprócz jednego z najsmutniej zaśpiewanych tekstów płyty: Won’t you come back and live in the city/ come and live in the city with me/ change the dirt under your fingernails/ see how happy we can be, traktuje nas niezwykle finezyjną i minimalistyczną, opartą jedynie na akustykach linią melodyczną. Żywy dowód na to, że w dobie supremacji Bright Eyes, także i Brytyjczycy mogą próbować powalczyć w tej klasie. Co innego epickie zamknięcie. Wchodzący jedną nogą na terytorium Muse, „Coping With Fear” na wysokości trzeciej minuty rozlewa się szeroko ścianą przesterowanego hałasu. Nie mam wątpliwości, „Welcome Home, Loser” to pod względem wyrazistości liryków, ogólnego poziomu songwritingu, oraz medialnego pominięcia formacji, tegoroczny odpowiednik „Tragedy Rocks” The Crimea. Innymi słowy, jazda obowiązkowa.

Tomasz Tomporowski (21 marca 2005)

Oceny

Tomasz Tomporowski: 8/10
Kuba Ambrożewski: 7/10
Średnia z 8 ocen: 6,25/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także