sxnada? screenagers.pl - recenzja: Therapy? - Never Apologise Never Explain
Ocena: 9

Therapy?

Never Apologise Never Explain

Okładka Therapy? - Never Apologise Never Explain

[Spitfire; 28 września 2004]

Stara indiańska prawda głosi, że kiedy nie wiadomo co zrobić, należy wrócić do swoich przodków. Widać Irlandczycy mają w sobie coś z Indian, bo tę maksymę czuć w każdej niemal nucie nowej płyty Therapy? Efekt jest powalający. Jednak przed omówieniem albumu, ostrzeżenie i prośba. To nie jest płyta dla każdego i na pewno nie na każdą okazję. Jeżeli znacie Therapy? i nie lubicie – włączcie co innego. Jeżeli macie ochotę posłuchać muzyki podczas gotowania obiadu lub prania skarpetek – włączcie co innego. Jeśli chcecie zrelaksować się przy muzyce – bezdyskusyjnie włączcie co innego!

Że Therapy? jest świetnym zespołem wiadomo od zawsze. Wydawało się jednak, że nie będą już w stanie tak porwać słuchaczy, jak na swoich starych płytach: „Nurse”, Troublegum” czy „Semi-Detached”. Dwa poprzednie albumy, owszem, były dobre, czegoś jednak w nich brakowało. Teraz już wiem czego. Irlandasy się wściekły. Tak najkrócej można opisać tę płytę. Dawno nie słuchałem grania tak pełnego pasji. Tak pełnego złości i agresji. Ostatnie lata nie były dla kapeli zbyt wesołe. Kłótnie o muzykę, nienajlepsze stosunki między członkami zespołu, przepychanki personalne. „Never Apologise Never Explain”, podejrzewam, jest formą odreagowania tego wszystkiego. Czasy były ciężkie, to i płytę nagrali ciężką. Chyba nigdy jeszcze Therapy? nie brzmiało tak przytłaczająco. Już pierwszy numer, „Rise Up”, wbija w ziemię, kolejny, „Die Like a Motherfucker”, tylko potęguje to wrażenie. Zresztą i później nie ma przebacz. Od dawna nie było w ich muzyce tyle z metalu: takich dołów, takich wgniotów. To po pierwsze.

Po drugie, płyta jest ciężka w odbiorze. Nie można jej słuchać jednym uchem, podając drugie ukochanej osobie do ugryzienia lub pocałowania. W ten sposób tylko znudzi lub wkurzy. To granie wymaga zaangażowania, także emocjonalnego. Potrafi jednak sowicie wynagrodzić za poświęconą uwagę. Na „Never Apologise Never Explain” nie znajdziemy nic, czego jeszcze byśmy w Therapy? nie słyszeli. To nadal ten sam wściekle warczący i gryzący rockowy brytan. Pełna kontrastów mieszanka punk rocka, metalu, industrialu i popu. Cóż, zespół ma własny styl i nie ma ochoty na żadne wolty. Co więcej, dużo na tej płycie odwołań do... samych siebie. Do swoich wczesnych albumów. Do „Troublegum”, „Semi-Detached” i przede wszystkim do „Nurse” i „Babyteeth”. Czyli absolutnych korzeni kapeli. Z drugiej jednak strony, nagrania tchną świeżością, jakąś ożywczą energią. Muzycznie jest to powrót do trio. Wbrew pozorom, to spora zmiana w stosunku do ostatnich płyt. Inne jest brzmienie, inne aranżacje. Wszystko brzmi bardziej oszczędnie, a z drugiej strony wszystko to bardziej zwarte i klarowne. Każdy instrument ma dużo miejsca i potrafi z tego skorzystać.

To, co zrobiła na płycie sekcja rytmiczna, to mistrzostwo świata. Bas Michaela McKeegana wrócił na swoje miejsce, takie jak na „Nurse” lub „Troublegum”. Już nie chowa się za gitarami, ale pcha się do przodu ile wlezie. Jego ostre, dudniące brzmienie wywraca bebechy. Kapitalnie współpracuje z gitarą i perkusją, tworząc znakomity fundament dla muzyki. Przykłady? Proszę bardzo: „Panic”, „Polar Bear”, „Rock You Monkeys”. Neil Cooper natomiast pokazał jak znakomitym nabytkiem jest dla zespołu. Z jednej strony odrobił pracę domową i kiedy trzeba potrafi świetnie przywołać charakterystyczne dla pierwszych płyt technologiczne, industrialne zagrywki. Z drugiej strony słychać jego metalowe korzenie. Wali mocno, głośno i agresywnie, a jednocześnie bardzo finezyjnie. Znakomicie napędza muzykę, chociażby w „Here Be Monsters”, „Long Distance” czy „The Ship Is Sinking”. Mniej natomiast w tej muzyce gitar. Nie ma już kontrapunktowych zagrywek między gitarami. Prawie nie ma nakładek, a często bywa i tak, że to bas prowadzi muzykę, a gitara bądź tylko dogrywa szczegóły, bądź nie ma jej w ogóle. Kiedy jednak jest – brzmi tak charakterystycznie dla zespołu. Jest histeryczna, świdrująca, chora. Wkręca się w mózg niczym wiertarka dentystyczna, albo wgniata w ziemię niczym walec drogowy. Głos Andy’ego Cairnsa nadal jest wielkim atutem grupy. Wokalista płynnie przechodzi od delikatnego śpiewu, przez przejmujący krzyk do psychopatycznych recytacji. Może tylko więcej w tym pasji niż na ostatnich płytach.

Jak zwykle w przypadku tej kapeli, warto wgryźć się w teksty. Opowiadające o samotności, zakłamaniu, głupocie, świetnie dopełniając nastroju płyty. Uprzedzam, wsłuchiwanie się grozi przygnębieniem. Ale jakże przyjemnym. Kto zna Therapy? ten wie czego się spodziewać po utworach kapeli. Jazgotu, melodii i bardzo inteligentnego kombinowania. Nie inaczej jest na „Never Apologise Never Explain”. Aranżacyjnie zespół potrafi wręcz zachwycić. Nie wiem jak oni to robią, że potrafią w trzyminutowych utworach zmieścić tyle świetnych patentów. Dzięki temu jednak płyta przyciąga na długo. Po wielu bowiem przesłuchaniach nadal można w niej odkryć coś nowego, jakiś drobiazg, jakiś niewielki smaczek, który wcześniej umknął. To, co dzieje się chociażby w „Polar Bear” powinno stanowić materiał poglądowy dla niemal wszystkich kapel grających ostrą muzykę. Temat lekcji: jak stopniować napięcie i jak kompletnie zmieniać dynamikę nie tracąc ani grama nastroju. „Rock You Monkeys” z kolei już w tej chwili ma miejsce wśród klasyków zespołu. To kawałek z gatunku tych, dla których kupuje się całą płytę. Ostre, choć melodyjne akordy, wpadająca w ucho zwrotka i „wszyscyrazowy” refren. Kapitalna rzecz. Świdrujący i gorzki „Dead” natomiast spokojnie mógłby znaleźć się na „Semi-Detached”. Świetnie pasowałby do tamtej, bardzo smutnej, płyty. Powiem szczerze, na taki album czekałem od dawna. Z jednej strony jest świetny muzycznie – finezyjny, inteligentny, ciekawy. Dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Z drugiej, pełen emocji i pasji. Wściekły, smutny, poruszający. Choćbym i chciał, nie mogę napisać inaczej. Dla ludzi lubiących ostre granie i jednocześnie szukających czegoś głębszego niż podkład do machania głową – konieczność.

Piotr Mikołajczyk (26 lutego 2005)

Oceny

Krzysiek Kwiatkowski: 8/10
Marceli Frączek: 7/10
Przemysław Nowak: 7/10
Tomasz Tomporowski: 7/10
Średnia z 8 ocen: 7,75/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także