sxnada? screenagers.pl - recenzja: Frank Black Francis - Frank Black Francis
Ocena: 8

Frank Black Francis

Frank Black Francis

Okładka Frank Black Francis - Frank Black Francis

[Cooking Vinyl; 18 października 2004]

Pixies legendą jest i basta. Z tego założenia wychodzą i chyba wydawcy „pośmiertnych” płyt tego inspirującego ciągle nowe pokolenia artystów zespołu, gdyż liczba różnego rodzaju „beściaków”, odrzutów z sesji, b-side'ów itp. przekroczyła liczbę oficjalnych studyjnych albumów Pixies. Na fali ponownego zainteresowania czwórką z Bostonu, związanego z informacjami o reaktywacji i nowej płycie, dostaliśmy kolejną – chyba już ostatnią – porcję archiwalnych nagrań, tym razem firmowanych nazwiskiem lidera Franka Blacka. To dwupłytowe wydawnictwo będzie na pewno wielką gratką dla wiernych fanów Pixies, ale zainteresować może również tych znających zespół tylko z popularnych składanek.

Pierwsza płyta związana jest, podobnie jak niedawno wydana tzw. „Purple Tape”, z pierwszą sesją nagraniową Pixies, w wyniku której powstał minialbum „Come On Pilgrim”. Tym razem mamy do czynienia ze swego rodzaju dźwiękowym notesem przygotowanym przez Franka Blacka vel Black Francisa przed wejściem do studia. Na prośbę menedżera Gary’ego Smitha, któregoś wieczora Black usiadł w jego apartamencie z gitarą w rękach i w pół godziny zarejestrował szkice utworów, które potem zespół wykorzystywał na wszystkich swoich studyjnych płytach. Ponieważ jest to „notes”, nie ma tu miejsca na nic ponad to, co niezbędne. Słyszymy głos Blacka, jego gitarę, czasem wybijanie rytmu o pudło; gdzieś w tle słychać nawet dźwięk dzwonka do drzwi lub telefonu. W paru nagraniach artysta zaznacza – niczym markerem na tekście – że w tym właśnie miejscu ma się wydrzeć, a tu wejdzie solówka. Te brudy nie przeszkadzają jednak cieszyć się piosenkami Pixies, tak dobrze znanymi, a mimo to ciągle brzmiącymi świeżo i nakręcającymi pozytywnie do życia. Wśród nagrań demo znalazły się oprócz największych – późniejszych - przebojów także utwory nigdy nie publikowane na dużych płytach, jak „Boom Chickaboom”, „Rock A My Soul” czy „Build High”. Fani na pewno ucieszą się z akustycznych wersji czadów „Isla de Encanta”, „Broken Face” oraz „Vamos”. Płyta brzmiałaby całkiem dobrze – mimo iż nagranie pochodzi z prostego magnetofonu czy wręcz dyktafonu - gdyby nie pogłos zastosowany we wszystkich nagraniach. Rozumiem, że w czasie rekonstrukcji taśmy realizator chciał zapełnić jakoś przestrzeń w tych surowych nagraniach, ale na dłuższą metę efekt echa jest dość uciążliwy i psuje przyjemność słuchania.

Druga płyta miała być – według słów Blacka – prezentem dla fanów, dodatkiem do króciutkiej, zaledwie półgodzinnej, płyty nr 1. Znów mamy do czynienia ze znanym materiałem, lecz w jakże innej postaci! Piosenki Pixies nagrywało wiele zespołów w bardzo różnych wersjach, jednak to co zaproponował sam ich twórca we współpracy z duetem The Two Pale Boys przechodzi najśmielsze oczekiwania. Co powiecie na „The Holiday Song” brzmiące jak „górniczo-hutnicza orkiestra dęta”? Albo oniryczno-elektroniczny „Where Is My Mind”? Czy też dyskretnie elegancką, spowolnioną „Velourię”? Nowatorskie podejście do tych – wydawałoby się – nienaruszalnych kompozycji onieśmiela, zaskakuje i szokuje. Trąbki, puzony, elektronika – i Pixies? A jednak te wersje brzmią świetnie, zupełnie jak nowe! Będziecie zaskoczeni, słysząc elektroniczne wydanie „Cactusa”. Poniesie was mroczny cave’owski „Nimrod’s Son”, ogłuszy agresywny czad „Into The White” (utwór do tej pory zarezerwowany dla Kim Deal), rozbuja śliczna impresja w „Monkey Gone To Heaven”. Płyta nr 2 jest genialna. Nawet pomimo tego, że „Planet Of Sound” trwa dziesięć minut – dziesięć minut, których nie zniesie nawet najwytrwalszy fan Pixies. Frank Black udowodnił malkontentom i niedowiarkom, że jest jednym z najbardziej twórczych artystów naszych czasów. I basta.

Mamy rok 2005, rok, w którym ma się pojawić pierwsza od 12 lat premierowa płyta Pixies. Wydawnictwo, które macie przed sobą, wróży temu comebackowi znakomicie. Wszystko wskazuje, że to będzie rok Pixies. O formę lidera jestem spokojny. Kim Deal też pokazała, że wkroczyła w najlepszy twórczy okres („Title TK” z The Breeders). A Joey Santiago i David Lovering są tak głodni grania i rozgłosu, że wykrzeszą z siebie wszystko, co mają najlepszego. Zaczynamy odliczanie!

Marceli Frączek (23 lutego 2005)

Oceny

Marceli Frączek: 8/10
Średnia z 4 ocen: 8,75/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także