Ocena: 8

Antony & The Johnsons

I Am A Bird Now

Okładka Antony & The Johnsons - I Am A Bird Now

[Secretly Canadian; 1 lutego 2004]

Wyobrażam sobie film amerykański: drużyna naprędce złożona gra w kosza na oczach tysięcy osób. Oprócz znanych i lubianych twarzy pojawia się jakiś dziwak, nikomu nieznany ekscentryk, na którego publika patrzy z ukosa. Ale w miarę upływu czasu, "nowy" zdobywa coraz więcej punktów i robi to z coraz większym luzem. Wszystkie piłki kierowane są do niego, a on z niemal nieludzką swoboda rzuca trójki z najbardziej niewiarygodnych pozycji. Nie ma wątpliwości: to on był MVP meczu, a cała wielotysięczna rzesza ludzi mogła jedynie rozdziawić gęby. To on odebrał chwałę swoim kolegom z zespołu, ale oni nie mają o to pretensji, tak jak pretensji nie miał Larry Bird zachwycony Jordanem, przed chwilą niszczącym jego Celtów. "Dziś Bóg grał w osobie Michaela Jordana", skomentował jego grę Bird. Tak tak, teraz zaśpiewa Bóg w ciele Antony'ego.

Stworzenie płyty, na której 40% piosenek jest wykonywanych z udziałem gości specjalnych kojarzyć się może raczej z jakimiś podstarzałymi gwiazdorami, chcącymi udziałem kolegów maskować kompozycyjne mielizny. Lou Reed, Rufus Wainwright, Boy George, Devendra Banhart - czy nie za dużo tego? Czy nie przyćmią oni właściwej gwiazdy wieczoru? Oczywiście nie. Antony w latach 90. przybył do Nowego Jorku i tam odnalazł się w miejscowym środowisku artystycznym na deskach licznych klubów. W 1998 założył Antony & The Johnsons i już dwa lata później wydali oni debiutancki album. Występując w Nowym Jorku zapoznał się z wieloma bohaterami tamtejszej bohemy, co w połączeniu z autentycznym podziwem Lou Reeda, pozwoliło Antonemu na udział w nagraniu "The Raven" oraz na udział w trasie koncertowej legendarnego lidera Velvet Underground (podobnie uhonorowała Antony'ego Laurie Anderson). Poznał tam też wymienianych wcześniej Banharta oraz Wainwrighta. Boy George natomiast, obok Niny Simone i Otisa Reddinga, należał do ulubionych artystów naszego bohatera. Nie dziwi to zważywszy na image Antony'ego, wyraźnie odwołujący się do kultury "królowych nocy". Jednak nie mówilibyśmy o Antony'm, tak jak nie mówimy o dziesiątkach wykolejeńców przybywających do Nowego Jorku w celu znalezienia swojej niszy, gdyby nie jedna rzecz - jego niepowtarzalny głos.

Owszem, często ekscytujemy się świetnymi głosami, tyle że najczęściej są to głosy charakterystyczne (by wymienić Jonsiego, Yorke'a, Albarna). A chyba od śmierci Jeffa Buckleya nie mieliśmy do czynienia z tak wybitnym męskim wokalem, w szeroko rozumianej muzyce pop. Niezwykle oryginalny tenor w rękach Antony'ego, poruszającego się po oktawach jak Jagudin po lodzie, jest bronią po prostu zabójczą. Szczególny popis daje w genialnym "Spiralling". Poza jedną partią, śpiewaną przez Banharta, pzosotałe wykonuje Antony. Czegóż on tam nie robi! W jego głosie "czarna" łagodność nagle zmienia się w dramatyczne vibratto, a spokojna zwrotka w porywający refren. I za każdym razem pozostajemy ze łzami w oczach i szczęką niecierpliwie poszukującą podłogi. Tak zresztą jest przez całe trzydzieści dziewięć minut tej fantastycznej płyty.

Kameralna muzyka Antony'ego daleka jest od formalnych fajerwerków. Owszem, niekiedy zabawi się on rytmem, ale kompozytorsko i aranżacyjnie nie odchodzi od naturalnych chyba dla niego ballad zaczepionych gdzieś pomiędzy bluesem, kabaretem czy czymś, co my moglibyśmy nazwać piosenką aktorską. "I'm A Bird Now" rozpoczyna właśnie bardzo oszczędne w wyrazie "Hope There's Someone". Oszczędne do momentu, kiedy potężny głos Antony'ego wraz z apokaliptycznym fortepianem nie wprowadzą nas na sam emocjonalny szczyt. Wątek niezbyt sprecyzowanej płciowości poruszony zostaje w "For Today I Am A Boy". Gdy po słowach when I'll grow up oczekujemy żwawej, countrowej pioseneczki, Antony śpiewa, że zostanie piękną kobietą, gdyż teraz jest jeszcze chłopcem. Zaskoczenie przeżyjemy także wtedy gdy w "Man Is The Baby" z, wydawałoby się dążącej do zakończenia piosenki wyłania się potężny finał rozegrany przez Antony'ego, klawisze i skrzypce.

Centralnym punktem albumu jest porażający duet Antony'ego z Boyem George'em, o którym sądzić można było, że od dawna jest na śmietniku historii. Nic takiego nie ma miejsca. Lider Culture Club dotrzymuje kroku swojemu młodszemu koledze i w poruszającym "You Are My Sister" zwyczajnie chwytają za serce. Rufus Wainwright wylewa łzy na bardzo krótkim "What Can I Do" ale prawdziwą moc zyskuje ta pieśń gdy do gry wchodzi Antony. Z kolei Lou Reed swój udział na albumie ogranicza jedynie do recytacji krótkiego wiersza we wstępie do "Fistful Of Love", a także do gry na gitarze w tejże piosence. Ta w gruncie rzeczy staje się najbardziej rozbujanym (także dzięki udziałowi sekcji dętej) utworem na "I'm A Bird Now". Całość kończy podniosłe "Bird Guhl" oparte o budujący napięcie motyw fortepianowy, wsparty wzruszającą linią skrzypiec.

Może drażnić manieryczność Antony'ego, a pewna teatralność irytować na dłuższą metę. Artysta jednak stworzył tak równy, zwarty materiał, że ani przez chwilę nie mamy wrażenia wyczerpania się konwencji. Antony na pewno zagości na łamach mediów na dłużej, choćby jako ciekawostka, coś a la Tiger Lillies. Być może za piętnaście lat wszystkie bilety na jego występy będą wyprzedawane, mimo że od pięciu nie będzie miał nic do powiedzenia. Ale dziś musimy się wszyscy cieszyć, że pojawiła się postać więcej niż frapująca i nawet jeżeli "I'm A Bird Now" ma być szczytem jej możliwości, to warto dopisać ten album do pozycji, które w tym roku należy uważnie przesłuchać.

Jakub Radkowski (17 lutego 2005)

Oceny

Piotr Szwed: 9/10
Jakub Radkowski: 8/10
Krzysiek Kwiatkowski: 8/10
Maciej Maćkowski: 8/10
Michał Weicher: 8/10
Paweł Anton: 8/10
Paweł Sajewicz: 8/10
Tomasz Łuczak: 8/10
Wojciech Michalski: 8/10
Kasia Wolanin: 7/10
Paweł Klimczak: 7/10
Jędrzej Szymanowski: 6/10
Kamil J. Bałuk: 6/10
Przemysław Nowak: 3/10
Średnia z 60 ocen: 7,61/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także