sxnada? screenagers.pl - recenzja: The Detroit Cobras - Baby
Ocena: 6

The Detroit Cobras

Baby

Okładka The Detroit Cobras - Baby

[Rough Trade; 1 listopada 2004]

Lubicie stare przeboje? Dwuminutowe kawałki z obowiązkowo wpadającym w ucho szlagwortem? Te, których dziś nie można już słuchać, bo stare adaptery Bambino odtwarzające kwadratowe pocztówki dźwiękowe już dawno wylądowały na śmietniku? Nic nie szkodzi, na ratunek śpieszą The Detroit Cobras, nazywani najlepszym coverbandem świata. To, co dla większości muzyków jest zaledwie wstępem do rozpoczęcia kariery, czyli odtwarzanie cudzych piosenek, oni uczynili sposobem na życie, stając się dzięki temu jednym z najoryginalniejszych zespołów niezależnych. Ale czy można lubić zespół, który bezczelnie żeruje na cudzej twórczości, nie dając nic od siebie, zespół, który nie powinien przekraczać progu kiepskiej knajpy czy sali biesiadnej, gdzie muzyka jest tylko podkładem do konsumpcji? Ano można i już spieszę wyjaśnić dlaczego.

Po pierwsze Kobry preferują dość specyficzny repertuar: wybierają tylko utwory z lat 50. i 60., takich artystów, jak Otis Redding, Ike Turner czy Marvin Gaye. Gwiazdy i piosenki sprzed pół wieku, największe przeboje tamtych czasów, dziś zagubione w archiwach wytwórni i stacji radiowych, ginące w zakurzonych pudłach pełnych czarnych płyt. Pierwszy powód jest więc natury edukacyjnej. Na jednej płycie DC dostajecie kilkunastoutworowy zestaw archaicznych przebojów, które brzmią dziwnie znajomo... Pokolenia artystów bazowały przecież na tych pomysłach tworząc zupełnie nowe gatunki muzyczne. Kolejny powód to wokalistka Rachel Nagy, charyzmatyczna, obdarzona zachrypniętym, nieco matowym głosem. To nie jest głos grzecznej, wychuchanej dziewczynki, która kładzie się spać przed dziesiątą. Ten głos kojarzy się z whisky, tysiącami wypalonych papierosów i zadymionymi klubami czynnymi do ostatniego klienta. Wreszcie na koniec: The Detroit Cobras nie są sztywnymi facetami we frakach grającymi z zapisem nutowym przed nosem piosenki Skaldów czy Beatlesów. Kiedy trzeba potrafią przyłożyć szorstkim brzmieniem gitar, zagrać z prawdziwym ogniem. Nie wydziwiają, nie zmieniają przesadnie aranżacji, trzymają się kanonu, jednak w porównaniu z całym współczesnym rynkiem muzycznym wypadają bardziej alternatywnie niż Sonic Youth...

Na najnowszej płycie „Baby” nie ma żadnych niespodzianek, jeżeli ktoś zna poprzednie albumy DC. Trzynaście kawałków świetnie nadających się na prywatkę (tak to się kiedyś nazywało, prawda?), do tańczenia w parach i solo. Mogą się podobać dynamiczne „Slippin’ Around”, „Everybody’s Going Wild” (wybaczam to okropne jodłowanie w refrenie), „Hot Dog”, „Just Can’t Please You”, wreszcie ognista wersja „Cha Cha Twist”. Przepiękny utwór „Now You’re Gone” poruszy każdego - melancholijna gitara, cudownie zaśpiewany refren. Niespełna dwie minuty pełnego szczęścia. Szkoda, że nie ma więcej takich kawałków. Brakuje tu porządnego bluesa, a takie już przecież DC grali. Intrygujący nastrój wprowadzają zwrotki w „Weak Spot” - monotonny bas i niski głos Rachel dają nadzieję na coś więcej niż banalną melodię w refrenie. Nieco sztampowe „It’s Raining” i „Baby Help Me” powinny zadowolić wielbicieli Jerzego Połomskiego. Panie proszą panów...

Płyta „Baby” trwa nieco ponad pół godziny. To wystarczająco długo, by przypomnieć sobie parę archetypowych rockandrollowych kawałków i wystarczająco krótko, by nie zamienić się w starego pryka odkurzającego z czcią starożytne porysowane winyle. W karnawale na pewno warto mieć tę płytę pod ręką. Byłaby siódemka, gdyby materiał zawierał oryginalne kompozycje zespołu.

Marceli Frączek (13 stycznia 2005)

Oceny

Średnia z 2 ocen: 7,5/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także