sxnada? screenagers.pl - recenzja: Le Tigre - This Island
Ocena: 6

Le Tigre

This Island

Okładka Le Tigre - This Island

[Universal; 19 października 2004]

Chciałoby się napisać, że „This Island”, trzecia duża płyta nowojorskiego trio Le Tigre, to prawdziwy elektropunkowy dynamit. I gdyby album kończył się na trzecim utworze, można by śmiało to zrobić. Bo zaczyna się dokładnie tak, jak do tego nas przyzwyczaili: całość otwiera charakterystyczny samplowany riff i chóralne refreny w „On The Verge”. Potem następuje agresywna jazda z krzykliwym wokalem w „Seconds” (You make me sick/sick/sick!). I wreszcie zimna elektronika z breakbeatowym rytmem i przetworzonymi partiami wokalnymi pań Kathleen Hanna i Johanny Fateman w „Don’t Drink Poison”. Początek wyborny, utrzymany w świetnym tempie, mocny i bezkompromisowy, jak na ich debiucie „Le Tigre” z roku 2000. Niestety, później już tak dobrze nie jest.

Z grubsza można podzielić „This Island” na trzy kategorie numerów: 1) te w starym stylu, 2) „pokombinowane”, w których zespół flirtuje z różnymi odmianami muzyki tanecznej, wreszcie 3) ciążące w kierunku popu, ryzykownie przebojowe, nawet ocierające się o kicz. Pierwsza grupa jest dla starych fanów Le Tigre, ale ci będą rozczarowani, bo oprócz wspomnianego wstępu, naprawdę mocnych numerów jest jak na lekarstwo. Na pewno na uwagę zasługuje „Punker Plus”, z powalającym, szorstkim gitarowym riffem, którego korzeni należy szukać w punkowej rewolcie końca lat 70. oraz „Viz” z połamanym rytmem a’la Breakbeat Era, mocnymi gitarami i agresywnym śpiewem.

Eksperymenty na ogół wypadają bardzo udanie, jak w „Nanny Nanny Boo Boo”, w którym syntetyczna sekcja dęta i rapowane wstawki genialnie przechodzą w potężne uderzenie perkusji, a chóralny refren skontrastowany jest przez delikatne brzmienie cymbałek. „Tell You Now” – ciekawe, ale kojarzy się z „In The Cold, Cold Night” The White Stripes śpiewanym przez Meg White. Podobna linia wokalna, podobne brzmienie basu, chociaż rozwinięcie idzie już w zupełnie innym kierunku. Gorzej, kiedy Tygrysy biorą się za manifesty polityczne. Wielu wykonawców, zwłaszcza amerykańskich, ostatnio popełniło takie nagrania, więc i Le Tigre dorzuciło swój kamyczek do tego ogródka. Pewnie to nikogo nie zdziwi, bo to zespół, który tematyki politycznej nigdy nie unikał. Jednak numer o monotonnej konstrukcji, z posklejanymi fragmentami wieców protestacyjnych i komentarzy spikerki telewizyjnej, nie przekonuje.

No i trzecia grupa. Kawałki, które śmiało mogłyby się znaleźć na drugiej płycie The Sounds, bezczelnie inspirowane modą na lata 80., chwilami tak tandetne (te klawiszowe efekty!), że aż nieznośne. Najgorszym knotem okazuje się kandydat na murowany hit, cover The Pointer Sisters „I’m So Excited”. W wydaniu Le Tigre brzmi jak parodia, jakieś koszmarne kuriozum. Nie wiadomo, czy to miał być żart, czy też próba zwrócenia się w kierunku masowej publiczności – wyszło nie wiadomo co, którego nie ratuje nawet niezły dubowy „dół”. Przebojowe, już w pozytywnym znaczeniu, są „After Dark” i „TKO”.

Nowa płyta Le Tigre nie jest zła. Więcej, jest naprawdę niezła. Ale jeśli ktoś spodziewał się rewolucji, będzie rozczarowany. Czasy, kiedy muzyka takich zespołów, jak The Rapture, !!! czy właśnie Le Tigre wyznaczała nowe trendy w popkulturze, już minęły. Elektropunk został oswojony i wszedł do kanonu. Pozostaje czekać na coś nowego.

Marceli Frączek (27 grudnia 2004)

Oceny

Średnia z 4 ocen: 5,25/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także