Ocena: 8

Ian Brown

Solarized

Okładka Ian Brown - Solarized

[Polydor; 13 września 2004]

- Ian?

- Tak, słucham?

- Tu John! Dawno nie rozmawialiśmy, pomyślałem, że się odezwę. Co u ciebie?

- Wszystko w porządku, akurat wydaje płytę.

- No właśnie, bo słyszałem już tę płytę, Ian. Jest naprawdę świetna. Gratuluję.

- Dzięki.

- I słuchaj Ian, tak w ogóle to pomyślałem, że skoro grasz ostatnie te nasze stare kawałki na koncertach...

- No tak, i co?

- No że może moglibyśmy znów, wiesz... Ludzie daliby dużo kasy, żeby znów nas obejrzeć razem. Obiecuję, że nie będę już strzelał fochów, że nie chcę grać "Fools Gold" i...

odgłos odrzucanej słuchawki

Powyższa rozmowa być może nigdy nie miała miejsca, jednak tak właśnie w osiem lat po rozwiązaniu The Stone Roses prezentuje się kondycja jego obu liderów. W momencie, kiedy Squire coraz bardziej goni w piętkę, czwarte solowe dokonanie Iana Browna można śmiało uznać za jego najlepszy album. Ci, którzy mieli okazję zapoznać się z "Unfinished Monkey Business", "Golden Greats" i "Music Of The Spheres" w tej chwili łapią się za głowy, bo wcześniejsze wydawnictwa Janka były regularnie nad wyraz intrygujące i świeże. A jednak "Solarized" zdaje się ustawiać poprzeczkę dla swoich następców jeszcze wyżej.

Brown konsekwentnie kroczy od kilku lat własnymi ścieżkami, dlatego nowa płyta brzmi jak naturalna kontynuacja muzyki sfer. Nie znaczy to jednak, że nie obserwuje tego, co aktualnie rządzi w światowej muzyce. A rządzi, jak wiadomo, to co Ian lubi, czyli muzyka taneczna. "Solarized" jest więc jego najbardziej parkietowym albumem. Taneczność ta jest jednak nieoczywista, może poza iście klubowym "Kiss Ya Lips". Posiadający refren wymarzony do chóralnego odśpiewywania "Longsight M13" charakteryzuje specyficzny rodzaj rozbujania, znany z wcześniejszych dokonań artysty. "Time Is My Everything" to już z pewnością Brown, jakiego wcześniej nie słyszeliśmy. Przede wszystkim z uwagi na partie instrumentów dętych, z naciskiem na trąbki. Zresztą, brzmienia te opanowały sporą część utworów na "Solarized", z korzyścią dla całokształtu. W kontekście paru świetnych melodii z pierwszej połówki płyty dziwi tylko wybór singla. "Keep What Ya Got" wyróżnia się bowiem na omawianym albumie co najwyżej gościnnym udziałem Noela Gallaghera, która to zresztą współpraca nie rzuca się zbytnio w uszy.

Tym jednak, co podnosi wartość "Solarized" są przede wszystkim fragmenty nastrojowe. Prym wiodą tu klimatyczny, powolny "Upside Down", a także "Destiny Or Circumstance", który w świeży i nowoczesny sposób wskrzesza brzmienia sprzed kilkunastu lat, odnajdując się gdzieś w połowie drogi między nagraniami My Bloody Valentine, a numerami Roses w stylu "Don't Stop" czy "Full Fathom Five", gdzie dowcip polegał na puszczeniu regularnego kawałka od tyłu. Do grupy tych intrygujących, lekkich psychodelików zaliczymy też obdarzony ciężkawym, monotonnym rytmem utwór tytułowy i dwie kompozycje z drugiej części albumu, spośród których wybija się "One Way Ticket To Paradise" z niemal hardrockowym riffem gitary. Całość finalizuje instrumentalny "Happy Ever After".

Prawdopodobnie znów będzie to album niezauważony. Szkoda, bo Janek Brown jest dzisiaj chyba najciekawszym artystą ze sporej grupy legend nagrywających solo. W przeciwieństwie do przesadnie lansowanych Morrisseya czy Grahama Coxona, jego twórczość poza oferowaniem inteligentnej rozrywki, wciąż bardzo często dostarcza dźwięków, które zaskakują.

Oby tak dalej Jasiu. A jeśli zadzwoni John - wiesz już co masz robić.

Kuba Ambrożewski (26 września 2004)

Oceny

Kuba Ambrożewski: 8/10
Kasia Wolanin: 7/10
Marceli Frączek: 7/10
Kamil J. Bałuk: 6/10
Przemysław Nowak: 5/10
Średnia z 17 ocen: 7,11/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także