sxnada? screenagers.pl - recenzja: A Trillion Barnacle Lapse - Black Lava
Ocena: 6

A Trillion Barnacle Lapse

Black Lava

Okładka A Trillion Barnacle Lapse - Black Lava

[Sound Virus; lipiec 2003]

Wyobraźcie sobie, że do końca życia pozostało wam dwadzieścia pięć minut. Nie mniej, nie więcej. Na co byście je wykorzystali tak, aby nie uronić ani kropli? Moja mamuśka zapewne obejrzałaby tysięczny z kolei odcinek popularnej telenoweli polskiej. Ojciec przeznaczyłby ten czas na jakiś serwis informacyjny - martwiłby się losem innych ludzi na chwilę przed własną śmiercią... Gdybym miała siostrę pedantkę, odkurzyłaby mieszkanie, bo wyliczyłam, że 25 minut wystarczy na sprzątnięcie M5. Ale moja siostra nie ubóstwia porządku i zapewne przeczytałaby jakąś nowelkę - może "Katarynkę"? Ja natomiast wysłuchałabym płyty A Trillion Barnacle Lapse "Black Lava".

Bo "Black Lava" trwa dokładnie dwadziecia pięć minut, które, niestety, zlatują w mgnieniu oka. Jest to druga, po "The Elemental Gearbot", długogrająca płyta tego czteroosobowego zespołu z Rhode Island. To jedna z tych niszowych, ukrywających się po lokalnych pubach, kapel. Ta trudna do zapamiętania nazwa powoduje śmiech, ale na pewno nie będzie czynnikiem nakręcającym sprzedaż płyt zespołu... ATBL porównywani są do Spoon, The Faint czy do My Bloody Valentine, a ich muzyka określana jest mianem synth-heavy electro melodrama - jeśli robicie teraz wielkie oczy, bo nie macie pojęcia, o co chodzi, to rozłóżcie tę nazwę na czynniki pierwsze.

"Black Lava" zaczyna się świetnym "In Virto Culture". Kiedyś wymyślono termin piosenki, o której można napisać oddzielną recenzję i "In Virto Culture" jest właśnie takim utworem - bardzo zróżnicowany, zaskakujący, chwilami szokujący, idealnie połączona elektronika z gitarami i perkusją. Ta pieśń przykuwa uwagę i jest dobrym prognostykiem na następne 21 minut. Natomiast "Beowulf...King of the Anglosaxons" oraz "Iron Lung" są całkowitym przeciwieństwem i nie wiem, co one robią na tej płycie - to utwory czysto instrumentalne. "Marathon Man" (13. minuta płyty; bohaterowie telenoweli dochodzą do momentu, kiedy w końcu trzeba zrobić coś więcej niż płakać, w serwisie informacyjnym czas na wydarzenia, o których niewiedza nie byłaby przejawem ignorancji, niewidoma bohaterka "Katarynki" próbuje zaprzyjaźnić się z nieczułym staruszkiem...) jest najbardziej "połamaną" piosenką na "Czarnej Lawie". Zaczyna się... dyskotekowo (to chyba żart, prawda?), przyspiesza, robi się głośniej, rockowo, by zwolnić, a no koniec powtórzyć te okropne beaty... Można pomyśleć, że to fatalny utwór, ale tak samo jak "Attention" Gus Gus, trzeba dać mu szansę. Założę się, że "Marathon Man" będzie królował na waszych imprezach!

Muzyka ATBL nie byłaby taka specyficzna gdyby nie wokal Mikey Lams. Jego głos jest trochę infantylny, niedbały. Mikey akcentuje każdą sylabę, leniwie ją przeciągając. Słuchając płyty wyobrażałam go sobie jako rockandrollowca w obszarpanych dżinsach, który wykonuje dziki taniec à la Moloko (och, jak ta kobieta się rusza!), potem dopada mikrofonu, od niechcenia wyrzuca kilka nieskładnych fraz, po czym wraca do swoich orgiastycznych pląsów. Nic bardziej mylnego! Tak naprawdę ten facet na koncerty ubiera koszulę, krawat i sweterek w serek! Zdecydowanie nie nadaje się na idola nastolatek...

To nie jest tak, że ta płyta jest dobra tylko na ostatnie 25 minut życia... Fajnie się jej słucha w każdy pierwszy piątek miesiąca, w każdy czwartek po południu, a nawet w poniedziałkowy ranek! To płyta dobra do puszczenia sobie w tle i dlatego szkoda, że taką muzykę gra tylko jedno znane mi radio...

Dominika Chłopicka (28 stycznia 2004)

Oceny

Przemysław Nowak: 6/10
Średnia z 2 ocen: 6/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także