Ocena: 6

Tame Impala

The Slow Rush

Okładka Tame Impala - The Slow Rush

[Fiction; 14 lutego 2020]

Wydana pięć lat temu płyta „Currents” całkowicie zmieniła życie Kevina Parkera. Momentalnie przeskoczył on kilka szczebli prowadzących na muzyczne szczyty: status hedlajnera na takich festiwalach jak Coachella czy Primavera Sound oraz umieszczanie facjaty na okładkach popularnych czasopism coś bowiem oznaczają. Parker zyskał też kilku nowych znajomych, którzy zapragnęli z nim współpracować (m.in. Kanye West, Travis Scott czy Lady Gaga). W sumie trudno się temu dziwić. „Currents” podobała się chyba wszystkim – rodzicom i ich dzieciom, psom i kotom, tym, którzy kochają gust Mikołaja Ziółkowskiego i tym, co uważają, że w Polsce najlepiej na muzyce zna się Artur Rojek. „Let It Happen” i „The Less I Know The Better” puszczano w modnych sieciówkach ubraniowych, na weselach, studniówkach, a i nie sposób wykluczyć, że utwory znajdowały się na tych samych plejlistach, co jakieś totalnie niesłuchalne młodzieżowe rzeczy.

Po takim sukcesie kolejny krok był trudny. W zasadzie można było się spodziewać, że „The Slow Rush” spotka się z mieszanym odbiorem. Gdyby Parker postawił znów na przeboje, prawdopodobnie psioczyliby ci, którzy uważali, iż jest on kimś na kształt zbawcy rocka, a zwłaszcza jego psychodelicznej odmiany. Obranie bardziej eksperymentalnej drogi wkurzyłoby natomiast tych, którzy są zdania, że media strumieniowe czy dziennikarki radiowe najlepiej wiedzą, jak zapewnić mile spędzony czas. Tame Impala na czwartym albumie to wybór jeszcze innego kierunku, możliwe że najbardziej bezpiecznego. Niby Parker nawiązuje do „Currents”, chce zrobić sobie i słuchaczom dobrze, ale jednocześnie uznaje, że wpadające w ucho motywy nie są mu do niczego potrzebne. Nie ma więc ani przebojów, ani przecierania nowych szlaków.

Już od pierwszych sekund obcowania z „The Slow Rush” łatwo o wrażenie, że jedno Parkerowi na pewno się udało – nie sposób pomylić go z nikim innym. W dalszym ciągu korzysta ze swoich znaków firmowych, czyli pogłosów, falsetu w stylu Bee Gees oraz charakterystycznego pulsującego basu i dla niektórych zapewne jest to wystarczająca rekomendacja. Zgodnie z przewidywaniami znajdziemy tutaj coś z r&b, acid house, synth popu, disco i odrobina rocka. Doskonale słychać też, że po raz kolejny Parker doskonale bawił się w układanie klocków na monitorze. Jeśli jednak od strony producenckiej czwarty album Tame Impala to wręcz mistrzostwo świata, to już sama zawartość wywołuje nieco mieszane uczucia.

„The Slow Rush” nie słucha się źle, ale nieobce jest wrażenie, że chyba wypadałoby oczekiwać czegoś więcej. Głębszych emocji ten album we mnie nie wywołuje i nie dzieje się tak bez przyczyny. Przede wszystkim kompletnie nie rozumiem, po co większość utworów jest tak długa: tak jakby Parker postanowił sobie, że płyta ma trwać 57 minut i zamiast dorzucić kilka nagrań, rozciągnął w czasie te, które udało mu się już stworzyć. Jakby tego było mało, po kilkukrotnym przesłuchaniu raczej nie potrafiłem wskazać utworów, które chciałbym sobie włączyć jeszcze raz (może poza „Bordeline”, ale ten jest znany w odrobinę innej wersji już od dłuższego czasu, i ewentualnie „Lost In Yesterday”, ale tutaj znów ten falset mnie nieco irytuje). Wszystko zlewa się bowiem w jedno i Rihanna tym razem na pewno nie zdecydowałaby się na pożyczenie którejś z piosenek do swojego repertuaru. Trudno mi również wskazać nawet jakiś jeden wyjątkowy czy genialny moment, porównywalny do tego co działo się choćby w drugiej części „Let It Happen”. Teksty utworów, obracające się wokół tematyki pamięci, przemijania, śmierci, skomplikowanych relacji z ojcem, też raczej nie są w stanie zauroczyć (choć na szczęście nie obrażają).

Słuchając „The Slow Rush” można w sumie spędzić miło czas, a niektórym zapewne uda się nawet odpłynąć. W wielu materiałach na temat krążka padają następujące słowa: lato, wakacje, plaża itp. Komuś zdarzyło się napisać, że jest to wspaniały podkład do spotkań przy grillu. Nie jestem fanem tego rodzaju aktywności, ale jakoś trudno mi zaliczyć to określenie za wielką zaletę, może dlatego, że muzyki oczekuję czegoś innego niż miłego tła do rzucania węgielków do ognia czy rozmów o pogodzie i serialach. Na szczęście tak źle nie jest i materiał sprawdza się w innych okolicznościach. Żadna spośród nich nie jest jednak w stanie zmienić tego, iż „The Slow Rush” to zdecydowanie najsłabsza płyta w dyskografii Tame Impala: na dłuższą metę przede wszystkim dość nudna i pozbawiona błysku, do którego na trzech poprzednich albumach przyzwyczaił Parker. W „It Might Be Time” śpiewa: You ain’t as cool as you used to be – byłoby przesadą odnieść to bezpośrednio do płyty, ale mimochodem przy każdym kolejnym odsłuchaniu coraz bardziej zwracam uwagę na ten wers.

Michał Stępniak (2 marca 2020)

Oceny

Michał Weicher: 8/10
Grzegorz Mirczak: 6/10
Marcin Małecki: 5/10
Średnia z 3 ocen: 6,33/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: cwel
[14 kwietnia 2020]
"Ostatni akapit to poziom takich tuz dziennikarstwa muzycznego jak Bartek Koziczyński."
poziom takich czego? polecam przećwiczyć odmianę słowa "tuz" (dla ułatwienia podpowiem, że jest ono rodzaju męskiego)
Gość: M
[6 kwietnia 2020]
Gorzej - ja typa bardzo lubię (lubiłem?), ale po odsłuchu tego nudziarstwa to jakoś zwątpiłem i teraz się zastanawiam czy mnie nie oszukał wcześniej. No bo serio, na to pięć lat mu zeszło? Taką popelinę to mógł spod małego palca wypuścić dla zgrywy w dowolnym momencie. Tak nijakie, że aż smutne.
Gość: Arek
[6 kwietnia 2020]
No ja się niestety zgadzam. Niestety, bo moja miłość do Tame Impala jest ogromna i wszystkie trzy poprzednie albumy wielbię. Czwarty krążek nie zachęca jednak nawet do ponownego odsłuchu. Szkoda :(
Gość: Janieklame
[5 marca 2020]
Ostatni akapit to poziom takich tuz dziennikarstwa muzycznego jak Bartek Koziczyński.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także