Ocena: 7

Tirzah

Devotion

Okładka Tirzah - Devotion

[Domino; 10 sierpnia 2018]

Zabierała się Tirzah Mastin do swego długogrającego debiutu dość długo. Artystka pochodząca z Essex przez pewien czas ograniczała się do EP-ek i singli („I’m Not Dancing”, „No Romance”, „Make It Up”), przyjmowanych wprawdzie przez odbiorców dość ciepło, ale nie ma co ukrywać - grono to nie było specjalnie liczne. Niemniej, zdążono ją już zaliczyć do kategorii nadzieja czy artists to watch. Nic szczególnie konkretnego jednak się z tym nie wiązało, a prace nad pierwszym długogrającym albumem trwały i trwały. W konsekwencji artystce stuknęła trzydziestka i być może ten właśnie fakt sprawił, iż uznała, że nadszedł odpowiedni moment na przyspieszenie działań. Nie była w tym osamotniona. Oto bowiem w muzycznych przedsięwzięciach Tirzah stawia od lat kolejne kroki pod czujnym producenckim (i nie tylko) okiem długoletniej przyjaciółki Mica Levi znanej też jako Micachu. I tak jak wcześniej panie starały się zaproponować coś, co mogło się sprawdzać na parkietach, tak „Devotion” raczej będzie podkładem do niedzielnych skacowanych poranków. Ci co zachwycali się jej poprzednim obliczem, mogą poczuć się w rezultacie troszkę oszukani. Ale to już ich problem.

Na „Devotion” pojawia się sporo inspiracji, więc ciężko tę płytę zaszufladkować. W wielu miejscach można się natknąć na określenie alternative r&b i od biedy przy tym bym pozostał (jeśli założyć, że pod słowem „alternative” upchniemy przede wszystkim wariacje na temat muzyki elektronicznej). Wszystko to brzmi momentami, jakby Mastin i Levi próbowały na rozmaite sposoby pogodzić swoje pomysły i odnaleźć nić porozumienia. Sprawdzają się więc idealnie słowa wypowiedziane w jednym z wywiadów – Levi niesie pewien chaos, Tirzah spokój. Biorą się stąd pewne minusy (niekiedy dźwięki sobie, a wokal sobie), lecz należą one do tych minusów, które przeważnie nie przesłaniają plusów i szybko tracą na znaczeniu. Zwłaszcza gdy pogodzimy się z tym, że to jednak wokal tutaj rządzi.

Choć to doskonale znany banał, to płyta zyskuje z każdym przesłuchaniem. Wiele jest też uzależnione od dobranej scenerii. Zdecydowanie bardziej intymne warunki wydają się odpowiedniejsze. Łatwiej wtedy być otwartym na rzeczy urzekające i nietypowe, pojawiające się gdzieś w tle i znienacka. Utwory pozbawione są zbędnych ozdobników i to właśnie zasada „mniej znaczy więcej” staje się wielkim pozytywem. Takie „Do You Know” jest w stanie wejść głęboko do głowy niczym najbardziej udane przeboje muzyki pop, ciekawie rozwija się „Gladly”, miło hipnotyzuje tytułowe „Devotion” (nagrane z gościnnym udziałem Coby’ego Sey’a), a zapętlone dźwięki w „Go Now” fajnie współgrają ze zmieniającym się wokalem. Niestety, nie wszystko jest tutaj trafione. Na drugim biegunie są utwory, do których przekonać się nie potrafię. „Guilty” to całkiem dobra piosenka, którą jednak totalnie psuje nałożony na wokal auto-tune. Czasami jest też po prostu nudnawo („Say When”) czy niespójnie, gdy coś niezwykle ciekawego nagle niepotrzebnie się urywa (końcówka „Basic Need”). Nie mogę pozbyć się też wrażenia, że zabrakło chociaż jednego utworu wywołującego wszechogarniające ciarki, trafiającego w większą ilość czułych punktów i każącego otworzyć szeroko paszczę z wrażenia.

Wypada napomknąć też coś o samym wokalu - mimo barwy, przywodzącej na myśl przygnębienie czy zmęczenie, głos Tirzah robi wrażenie, choć inaczej można go odbierać, gdyby wniknąć w teksty. „Devotion” jest o uczuciach, rozterkach, tęsknotach, pragnieniach Natężenie banałów i naiwności zbliża się tutaj niekiedy do granic przyzwoitości (I just want you to know that I’m here for you), ale w sumie opakowane jest to w taki sposób, że nie zwraca się na te pewne niedociągnięcia większej uwagi. Tirzah przy pomocy Levi stworzyła coś na swój sposób unikalnego. Surowego, dziwnego, a jednocześnie przebojowego. Nie ma mowy o przeroście ambicji i panie nie zaproponowały czegoś, co cieszyłoby przede wszystkim je same i kilku muzycznych snobów. Słucha się „Devotion” całkiem przyjemnie, a nierzadko rodzi się wrażenie obcowania z czymś naprawdę pięknym. Z padaniem na kolana bym się jednak jeszcze wstrzymał.

Michał Stępniak (27 listopada 2018)

Oceny

Michał Weicher: 7/10
Średnia z 1 oceny: 7/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także