Ocena: 6

Alcest

Kodama

Okładka Alcest - Kodama

[Prophecy Productions; 30 września 2016]

Z tym nieszczęsnym post-black metalem to jest taki problem, że naprawdę ciężko znaleźć w nim coś miłego dla ucha i pisząc to, wcale nie żartuję. Bo ileż można katować się tymi artystowskimi i do bólu powtarzalnymi wyziewami z pogranicza dark ambientu? Dlatego właśnie ogromny, ogromny szacunek należy się kapelom, które konsekwentnie rozwijają warsztat i szukają nieprzetartych szlaków, nie rezygnując przy tym z niewyobrażalnie wręcz topornego rzępolenia. Jednymi z takich mesjaszy mrocznej muzyki są właśnie francuscy blackgazeowcy z Alcest, zaś ich tegoroczne wydawnictwo w piękny sposób utwierdza zespół w ścisłej czołówce wrażliwej ekstremy. Jednocześnie jednak każe pytać, w jaką stronę tak naprawdę to granie zmierza?

Co znajdziemy na samej „Kodamie”? Tytuł i hipnotyzująca okładka zdradzają nam, że spodziewać się możemy naleciałości i wpływów ze sztuki orientalnej (smaczku nadaje fakt, że jest to album inspirowany głośną „Księżniczką Mononoke”, klasycznym reprezentantem japońskiej animacji), ostatecznie zaś odsłuch pokazuje nam, z jak bardzo eklektycznym albumem mamy do czynienia. Podobać się może to, jak Alcest z powodzeniem zderzył ze sobą dwa kulturowe światy, wschodni i zachodni - egzotyczne skale stoją tutaj obok tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli potężnej gitarowej ściany dźwięków i pełnego angstu darcia mordy. Pomimo pewnej dozy tradycjonalizmu, brzmienie albumu jest zgoła inne od np. wcześniejszego, bardziej folkowego wydawnictwa zespołu, „Souvenirs d'un autre monde”. I o ile jednak przez większość czasu tego longpleja bawić się można wybornie, o tyle w pewnym momencie entuzjastyczny banan na twarzy słabnie, bo zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, jak rozpaczliwie ta muzyka stoi pomiędzy black metalem a cukierkowym rockiem. Alcest w pewien sposób zrywa z tradycją swojej niszy gatunkowej, jednocześnie wciąż w niej tkwiąc, a powstały w ten sposób misz-masz działa dezorientująco. Wszystko tu wpakowali – mamy progresję typową dla gitarowej awangardy („Oiseaux de proie”), mamy wrzaski w sosie iście deafheavenowym („Je suis d'ailleurs”), mamy dream popowe melodyjki („Untouched”), zabrakło za to w tym wszystkim miejsca na spójność.

Brak tejże spójności budzi obawy o przyszłość blackgaze’u jako gatunku stosunkowo jeszcze nowego. Przykrą wiadomością byłoby przecież to, gdyby dotarł on do swojego szczytowego punktu i zabrakłoby miejsca na dopowiedzenie czegoś jeszcze, wprowadzenia choćby niewielkiej nowinki. Tymczasem to, co słyszymy na nowym albumie Alcest to już niemalże post-post-black metal i, pomimo niezaprzeczalnie solidnej muzy, zatracenie pewnej świeżości. Francuski duet postawił na rozwleczoną progresję, ale… po co im to było? W ten właśnie sposób magiczna i z lekka ezoteryczna aura ich wcześniejszych wydawnictw wyparowała na rzecz gatunkowego bałaganu, a usprawiedliwianie tego, bądź co bądź, osłabienia kondycji twórczej eksperymentowaniem z konwencją wydaje się niczym innym jak głupią wymówką. Wydaje mi się również, że dużym problemem zarówno „Kodamy”, jak i samego zespołu (mającego wszak renomę jednego z najbardziej poważanych reprezentantów gatunku) jest ciekawa koncepcja, której obecności na albumie zupełnie nie czuć. Jeśli muzyka ma stanowić swojego rodzaju obraz uczuć i przedstawienie perspektywy, z jaką twórca patrzy na świat, to muszę z przykrością zawiadomić, że Alcest sprawę zawalił. Zapowiadanego przez Neige’a „powrotu do natury” na albumie jest niewiele. Tutaj nie ma miejsca na dialog ze słuchaczem, jest głucha przestrzeń, zaś zespół zapełnia efektownymi dźwiękami, które „tylko” bawią, pozwalają przez 40 minut pokiwać z zadowoleniem głową, bo rytmiczne to i ładne. W żaden sposób jednak wizjonerskie.

Znajduje się jednak na tej płycie utwór, który zasługuje na miano prawdziwie wspaniałego, a jest nim wieńczący całość instrumentalny „Onyx”. Syntetyczny sound gitary został tu zastąpiony fenomenalną aranżacją - gęstym dronowym buczeniem, sprawiającym wrażenie drgającego w powietrzu. Brzmi to niczym pradawna pieśń jakiegoś wymarłego plemienia, która trwa przez wieki. I to jest właśnie esencja, sedno blackgaze’u, ta uduchowiona nastrojowość mająca swój niepowtarzalny urok, która Alcestowi gdzieś umknęła we wszystkich wcześniejszych utworach.

Narzekam, narzekam, ale byłbym nieszczery gdybym nie powiedział, że ten album mi się momentami cholernie podoba. Tylko że niestety, pomimo zauważalnych starań, sporo zabrakło do poziomu pozwalającego powalczyć o miano najlepszego albumu metalowego 2016. Dobra robota, panowie Neige i Winterhalter, niemniej jednak trochę się pogubiliście.

Paweł Ćwikliński (30 grudnia 2016)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: szwed
[16 stycznia 2017]
Od niego zaczniemy podsum.
Gość: dakapo
[16 stycznia 2017]
A tegoroczne postscriptum do recenzji?
Gość: szwed
[16 stycznia 2017]
Płyta roku już wybrana, teksty się piszą. Już za momencik...
Gość: pszemcio
[16 stycznia 2017]
Tu ktoś jeszcze żyje? Przeciez trzeba podsumować rok :)

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także