Ocena: 3

Odawas

Black Harmony

Okładka Odawas - Black Harmony

[Bookmaker Records; 12 maja 2015]

Czy ktoś jeszcze pamięta o Odawas, autorach świetnych albumów takich jak „The Maddening of a Raven” czy „The Blue Depths”? Gdy w nieznanych mi okolicznościach zmienili prężne Jagjaguwar na wytwórnię znacznie bardziej alternatywną, czytaj undergroundową, czyli Bookmaker Records, słuch niemal po nich zaginął. Stopień zapomnienia tej kapeli najlepiej chyba obrazuje fakt, że gdy przed miesiącem Tapscott i Edwards postanowili zrobić fanom prezent w postaci wypuszczenia w internet nowej płyty, wydarzenie to zostało z radością powitane dwudziestoma polubieniami na Facebooku. Artyści porównywani swego czasu do Fleet Foxes, a dla niektórych (no dobra, pewnie tylko dla mnie), ten zespół przewyższający, wrócili więc do poziomu popularności szkolnej kapelki, znanej szerzej jedynie krewnym i znajomym królika.

My Polacy lubimy opowieści o wielkich, zapomnianych geniuszach, których kunszt jest w stanie docenić jedynie garstka wybrańców (+ późne wnuki), ale w tym przypadku sumienie nie pozwala mi na snucie tej historii. Odawas sami są sobie winni, a dokładnie winna jest artystyczna niepowściągliwość Michaela Tapscotta oraz kurczowe trzymanie się sprawdzonych, ale bardzo spospolitowanych rozwiązań. Tę ostatnią rzecz można by jeszcze zrozumieć, gdyby pisane przez niego piosenki trzymały dawny poziom. Jak jednak miałyby tego dokonać, skoro ich autor niszczy im dzieciństwo, każe im dorastać za szybko, angażuje się w dużą ilość pobocznych projektów, wypuszcza zdecydowanie za często utwory niedoróbki, szkice, skarlałe, marne, ciosane bez zaangażowania i pasji twory piosenko i płytopodobne, patosem próbując przykrywać aranżacyjną mizerię, budując często nieznośnie wzniosły nastrój wokół dźwiękowej przeciętności.

„Black Harmony” posiada wszelkie wady projektów takich jak China czy solowego albumu „Good Morning Africa”, które sprawiły, że Tapscott z nadziei amerykańskiego psychodelicznego indie-folku powoli zmienia się w parodię samego siebie. Łączenie wokalnej maniery z ambientowym tłem i klimatem à la Angelo Badalamenti eksploatowane niemal dziesięć lat po premierze „The Maddening of a Raven” robi fatalne wrażenie. Niechlujność brzmieniowa, nieznośny patos piosenek oraz wyraźnie gorszy niż na zeszłorocznym, jeszcze w miarę solidnym „Reflections of a Pink Laser” poziom kompozycji – wszystko to powoduje, że spadek zainteresowania twórczością Odawas wydaje się w pełni zrozumiały.

Dlaczego więc w ogóle o nich piszę? Po pierwsze, wciąż mam nadzieję, że nastąpi jakieś przełamanie, otrząśniecie się, a raczej wzięcie się w garść. Po drugie, na omawianej produkcji można znaleźć kilka dowodów na to, że wciąż mamy do czynienia z muzykami o naprawdę sporym potencjale. Weźmy chociażby świetne, przemyślane, liryczne, ale niedrażniące „Me and Harold” czy naprawdę udaną wycieczkę w stronę muzyki filmowej, czyli „Duck, You Fucker”. Po trzecie, gdyby dokonać selekcji materiału z dwóch ostatnich albumów Odawas i kilku pobocznych projektów tworzących go muzyków, można by zmontować naprawdę dobrą płytę, na której ewidentnymi highlightami byłyby takie utwory jak: cudowna w swej prostocie piosenka „Marlene Left California”, doskonały, transowy, niepokojący „Paul Klee in Damascus”, piękna, psychodeliczna miniatura ”Flow My Tears”. Micheal Tapscott wciąż więc bywa naprawdę inspirującym artystą. Szkoda, że tylko bywa.

Piotr Szwed (15 czerwca 2015)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także