Ocena: 8

Tom Waits

Alice

Okładka Tom Waits - Alice

[Anti-; 7 maja 2002]

Tom Waits to postać - legenda. Muzyk, aktor, gawędziarz, od ponad 30 lat czyni świat barwniejszym. Jako jeden z nielicznych utrzymuje poziom, pomimo 53 lat na karku wydaje płyty nieodstające od jego najlepszego okresu. I nie jest to regularność, jaką prezentował Wojciech Skupień, którego największą zaletą było to, że oddawał dwa równe skoki...

Co nam zostanie po Waitsie? Dziesiątki najlepszych na świecie anegdot, wybitne powiedzonka, świetne role filmowe, kilka genialnych i kilkanaście bardzo dobrych płyt. Zostanie też wizerunek - knajpianego balladzisty lat 70-tych, wielkiego innowatora lat 80-tych. I prawdziwego guru dla poszukujących w rocku (szeroko rozumianym) nie trącącego anachronizmem powiewu przeszłości. Waits od początku płynął pod prąd. Gdy zaczynał się ruch hipisowski, Tom zafascynowany był Bukowskim i Kerouakiem. Kiedy w Wielkiej Brytanii królował rock progresywny, on czerpał z muzyki lat 50-tych, jazzu i bluesa. By zobaczyć, jak różnorodną muzykę tworzy Waits, wystarczy spojrzeć na listę jego ulubionych wykonawców: The Temptations, Frank Sinatra, Miles Davis, Thelonious Monk, Bruce Springsteen, Elvis Costello, The Pogues, The Replacements.

W zeszłym roku ten "ostatni beatnik" postanowił wydać dwa albumy: "Alice" i "Blood Money". Zwykło się recenzować je wspólnie, ale ja zupełnie tego nie rozumiem. Obie płyty dzieli naprawdę bardzo wiele, a przede wszystkim, to, że jedna jest znacznie lepsza od drugiej. Dziś zajmiemy się tą lepszą.

"Alice", bo o niej mowa, to dla mnie pewna forma rekompensaty. Rekompensaty za to, że w latach 70-tych niektórzy mogli mylić autora z Eltonem Johnem i Barrym Manillowem, a w latach 80-tych fani jego ballad musieli przełknąć gorzką pigułkę, gdy ich idol pogrążał się w otchłani eksperymentów. Owszem, jest to pewna generalizacja, ale czy taka teza nie brzmi smakowicie?

Na "Alice" Waits mistrzowsko połączył to, co najlepsze z lat 70-tych ze swoim późniejszym okresem. Album nurza się w klimacie jazzu, swingu, przedwojennej kinematografii, piosenki aktorskiej, folku. "Alice" jest muzyczną ilustracją do sztuki wystawionej na początku lat 90-tych przez Thalie Theater w Hamburgu. Spektakl opowiadał o uczuciu jakie do Alice Lidell, pierwowzoru "Alicji z Krainy Czarów" czuł Lewis Caroll.

Znakiem rozpoznawczym Waitsa jest jego niepowtarzalny i fascynujący głos. Nieważne, czy brzmi jak zbity pies ("Barcarolle"), knajpiany bard ("Alice"), wieszcz snujący swoje niezwykłe wizje ("Flower's Grave"), odrażający kaleka z prawdziwie przerażającego horroru ("Watch Her Dissapear") czy jak karzeł przemawiający przez zepsuty megafon do wielkoludów rodem z książki o Guliwerze ("Kommienezuspadt"). Zawsze wypada przekonująco.

Jeśli chodzi o stronę instrumentalną, można powiedzieć jedno - cały Waits. Nastrój tworzą fortepian, wiolonczele, smyki, saksofon i najróżniejsze przeszkadzajki. Ale czy to nie jest idealne połączenie?

Osobną sprawą są teksty, które, jak wiadomo, Waits ma doskonałe. Pokuszę się o stwierdzenie, że to mój ulubiony tekściarz. Nic nowego, na "Alice" i w tym względzie pokazuje wielką klasę. Czasem nas wzrusza, czasem śmieszy (ale jest to naprawdę czarny humor), czasem przeraża, zawsze fascynuje. Weźmy tekst z Table Top Joe:

Well my mama didn't want me

On the day I was born

I was born without a body

I got nothing but scorn

But I always loved music

All I had was my hands

I dreamed I'd be famous

And I'd work at The Sands

Czyż to nie zwiastuje rzeczy wielkich?

Gdybym miał już koniecznie wybrać najlepsze momenty na płycie to na pewno zdecydowałbym się na przeszywające serce "Alice", fascynujące "Poor Edward" i na utwory w starym dobrym stylu Waitsa - "Fish & Bird" i "Flowers Grave".

Programowo jestem przeciwny muzykom, tworzącym od nie wiadomo ilu lat, bo z reguły ich ostatnie propozycje uwłaczają poczuciu estetyki. Waits jest wyjątkiem. 30 lat po debiucie wydaje płytę dorównującą swoim największym dziełom, mogącą śmiało konkurować z takimi arcydziełami jak "Swordfishtrombones", "Rain Dogs" czy "Small Change". Do tego zdolni są tylko wielcy artyści. Takim na pewno jest Waits. Wielkim, o ile nie największym...

Jakub Radkowski (13 października 2003)

Oceny

Jakub Radkowski: 9/10
Krzysiek Kwiatkowski: 8/10
Piotr Szwed: 8/10
Piotr Wojdat: 8/10
Tomasz Łuczak: 8/10
Średnia z 9 ocen: 8,55/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Wojciech Świderski
[25 marca 2011]
ja oceniam ten album 7/10

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także