Ocena: 5

Mari Boine

Eight Seasons

Okładka Mari Boine - Eight Seasons

[Northside; 22 kwietnia 2003]

Mari Boine mieszka na północy Norwegii, jednak nie jest Norweżką; przynależy do plemienia Sámi. Jak na nią trafiłem? W jakimś plebiscycie na płytę roku postawiono ją obok ( ) Sigur Rós. I do tego większość jej płyt wydano w Polsce, a to już największe zaskoczenie.

Mari Boine ma unikalny głos, niezwykle silny, a jednak delikatny i zwiewny. Na całej płycie instrumenty nie tuszują żadnych wokalnych niedoskonałości. Takim głosem można malować krajobrazy. Czasami niczym nóż, czasami niczym puch. Charakterystyczny i wyjątkowy.

Ale muzyki nie ma tu wiele, a już na pewno nie wysuwa się na pierwszy plan. Inspirowana motywami ludowymi, Mari pokusiła się o wykorzystanie sporej ilości trudnych do zidentyfikowania tradycyjnych instrumentów i, co wzbudziło najwięcej kontrowersji w jej rodzinnych stronach, wprowadziła perkusję.

Uwagę przykuwa już pierwszy utwór, „Boaðan Nuppi Bealde”. Radosny, optymistyczny, nieco podszyty jazzem, jak większość tych piosenek. Naprawdę niesamowitym popisem wokalnych możliwości Mari jest „Song For The Unborn” – jakże łatwo jest wyobrazić sobie tę piosenkę a capella; każda nuta jest idealnie czysta, głos powoli wznosi się, to znów opada. Czołowa ballada płyty. Niepewność wprowadza dużo lepiej zaaranżowany „Guovssahasaid Ájagáttis”, a bardzo klasycznie robi się dzięki akustycznemu brzmieniu „Mu Váibmu Vádjul Doppe”, które jest niezwykłym odwołaniem do kultury Sámi. „Liegga Gokčas Sis’” brzmi, jeśli możemy rozpatrywać muzykę Mari w takich kategoriach, jak kawałek do barowy. Dużą niespodzianką jest też lodowate brzmienie „Silba Várjala”. Płytę kończy, może nieco przesłodzone, „Bottoľa Dáhtun”, z ciekawą solówką na flet.

Ktoś może powie, że Eight Seasons jest monotonne i na jedną nutę. Zastanówmy się jednak, czy ta dziewczyna z plemienia Sámi, o którym mało kto słyszał, nie ma naprawdę wiele do zaoferowania, skoro wybiła się ponad innych i znalazła swoją niszę w muzyce. Język Sámi ściera się z nowoczesnością, czyli wykorzystaniem nietradycyjnych instrumentów, i dla tego właśnie konfliktu warto usłyszeć tę płytę w jakiś ponury, jesienny wieczór. Bo chyba tylko na dalekiej północy potrafią tworzyć taką muzykę, a i w Polsce mamy długie, zimne noce…

Qaanaaq (7 października 2003)

Oceny

Średnia z 1 oceny: 6/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także