Ocena: 9

Swans

To Be Kind

Okładka Swans - To Be Kind

[Young God; 13 maja 2014]

MW: Trudno sobie dziś wyobrazić, że Swans nie istnieli przez trzynaście lat. Między rokiem 1997 a 2010 miłość życia, jaką dla Michaela Giry jest Swans, była w stanie uśpienia. Myślę, że nic nie jest w stanie dobitniej wyrazić tęsknoty za ukochanym muzycznym dzieckiem, jak to, że od powrotu Swans pracują w szaleńczym tempie, niedostępnym praktycznie dla nikogo. Czasy, kiedy zespoły nagrywały co roku genialną płytę, skończyły się już dawno temu. Wydawanie co dwa lata płyty z tak solidnym i obszernym czasowo materiałem jest wyczynem heroicznym na miarę wydawanych rok po roku trzech pierwszych płyt Wire. To właśnie ta konsekwencja i tytaniczność pracy sprawiają, że Swans są w tym miejscu, w jakim są, czyli krótko mówiąc na szczycie piramidy współczesnej alternatywnej muzyki. Każdy element muzyki zdaje się dosłownie oddychać w równym rytmie, a to niełatwe, gdy utwory rozciągają się na dziesięć minut i więcej. Wydawało się, że monumentalne „The Seer” to zwieńczenie wszystkich ścieżek, na jakie wkraczał zespół od no-wave'owych hałasów, przez epokę z Jarboe w składzie, gdy aranże były gęściejsze i dominowało to klasyczne dla grupy połączenie ciemności i światła, aż po nocne i niepokojące granie z „Soundtracks For The Blind”, które nie okazało się nomen omen łabędzim śpiewem. Nie można oczekiwać nic więcej ponad to, co zawarli na pękającym od pomysłów „The Seer”, ale ta sprawnie działająca maszyna się przecież nie zatrzymuje, i z doskonałą regularnością produkuje po dwóch latach i mnóstwie koncertów kolejną płytę.

MC: Czysto formalnie nie są to skomplikowane kompozycje; typ cicho-głośniej-najgłośniej („Screen Shot”), klasyczny dla drugiej fali post-rocka, czasem po prostu bloki zapętlonych motywów („She Loves Us!”), dosłownie dwa fragmenty stricte piosenkowe (pierwsze części tytułowego i „Kirsten Supine”). Właściwy ambaras obecnego wcielenia Swans dotyczy zaraźliwych groove'ów z korzeniami w bluesie i funku, oczywiście przefiltrowanych przez avant-gitarową wrażliwość oraz filozofię drone'u. Potrafią one trwać nawet po kilkanaście minut, ale tutaj kończy się formalna prostota, a zaczyna wykonawcze piekło. Nie mówię nawet o zespole, który musi dogadzać Girze w jego ciągłej potrzebie intensyfikacji muzyki – z pewnością przez pięć lat wyrobili się na tyle, że rozumieją się telepatycznie. Diabeł tkwi w wielowarstwowej różnorodności nadchodzących drono-jamów; od nakładających się gitar, przez dzwony rurowe i mandoliny, hałasującą elektronikę i nagrania terenowe, aż do kilkunastościeżkowych nagrań głosu Annie Clark, rozbrzmiewających razem z gitarami. Siła tego albumu istnieje dzięki żmudnej pracy nad aranżacjami, które sprawiają, że nie jest to „your everyday drone”, ale coś, do czego chce się wciąż wracać z wielką przyjemnością. Podobnie ma się sprawa z koncertami, ale po zeszłorocznej koncertówce „Not Here/Not Now” utwierdziłem się w przekonaniu, że rejestracje występów Swans przypominają trochę jedzenie ciastka przez szybę. Nawet posiadając potężny sprzęt audio brakuje uczucia wspólnotowości oraz uczestnictwa w teraz. Szczęśliwie Gira zna ograniczenia albumów, nie próbuje oddawać atmosfery koncertów i idzie w inną stronę – poszukuje „filmowego doświadczenia”. Nie tyle historii, co pewnej podróży i spójności nastroju.

Modelowym przykładem utworu nowego Swans jest „Bring The Sun/Toussaint L'Ouvertre”, które (po nieco widowiskowym intro) rośnie w bardzo instynktowny sposób, powoli rozwijając ścieżki każdego z instrumentów. Nakładające się faktury gitar i ścielące się coraz gęściej talerze zestawione są z chóralną, stateczną wobec amoku hałasu apostrofą do Słońca – czy czegokolwiek przez Słońce symbolizowanego. Wszystko na jednym dronującym akordzie. Ktoś powie „techno!” – i będzie miał sporo racji, z tym że fizyczna odczuwalność zmian i bardziej manualna niż techniczna koncepcja napierdalania powodują, że słucha się tego fragmentu z poczuciem zbliżającego się nieba, a nie narkotycznej fazy. A, miałem unikać nastoletnich zwrotów. Nie da się – prawidłowy kontakt z „To Be Kind” wywołuje u mnie spazmatyczne tańce. Za każdym razem.

MW: Podobnie jak na poprzedniej płycie wyróżniłbym utwory, które są najbardziej graniczne. Na dwugodzinnej płycie wypełnionej po brzegi ekstremalną ekspresją jest tego oczywiście pełno, ale jednak da się wyróżnić momenty, kiedy ta intensywność staje się wręcz nie do zniesienia, i przez to przenosi nas do jakiegoś innego wymiaru doświadczania muzyki. Na „The Seer” tę rolę pełniło przede wszystkim kończące całość „The Apostate”, zbudowane na ciągnących się jak ocean dronach, przemieniając się w opętańczy trans w drugiej połowie. W przypadku „To Be Kind” wyróżniłbym zaś „Oxygen”, które ze swoim świdrowaniem jest jak „Beautiful Child”, tyle że zagrane sto razy szybciej i ciężej. Dosłownie traci się oddech. Oprócz tego też dość niepozorny na trackliście „Kirsten Supine”, który początkowo jest przyjemną, choć niepokojącą kołysanką, a potem przepoczwarza się w powolny i konsekwentny sposób w jedną z najbardziej epickich swansowych ścian hałasu. Ta konsekwencja w przetaczaniu w krwiobieg utworu coraz większych dawek intensywnego dźwięku jest godna podziwu.

Wspominałem już o dualizmie ciemność-światło, który zdominował pierwszą wielką płytę Swans, czyli „Children Of God” z 1987 roku. Słuchając tej płyty miało się wrażenie, że układa się ona jak sinusoida – po najczarniejszych utworach następowały wyciszone. Taka filozofia grania była w zasadzie normą dla Swans przez wiele lat. Jarboe wprowadzała łagodność (choć były wyjątki, chociażby najwścieklejsze na „Soundtracks…” „Yum-Yab Killers”), a Gira zajmował się opętańczym kaznodziejstwem. Jeszcze na „The Seer” funkcjonował podobny estetyczny podział. O „To Be Kind” już tego jednak powiedzieć nie można. Nowy album Swans jest zdecydowanie bardziej monolityczny, jakby wszystkimi siłami dążyli do tej jednej totalnej ekspresji. To skupienie i precyzja grania, to celebrowanie każdej chwili na albumie, przypomina mi jedną z moich ukochanych płyt, mianowicie „Red” King Crimson.

Teksty na „To Be Kind” to także spory postęp, choć mówimy paradoksalnie o absolutnej oszczędności słów, prymitywizmie wręcz. Gira powraca tutaj w sposób zdecydowany do religijnych wątków i z wrodzoną klasą przeplata słowa „hallelujah” i „fuck”. Wymiar tekstowy płyty jest wstrząsający. Ten prymitywizm ma ogromną siłę oddziaływania – jest transowy, powtarzane wielokrotnie frazy podkreślają napięcia między poszczególnymi słowami. Gira śpiewając tworzy atmosferę jednocześnie apokaliptyczną, jak i katartyczną. W takich sytuacjach słowa „love”, „fuck”, „amen” mogą rzeczywiście występować jako krótkie komunikaty, które rozumiemy na poziomie fizycznym – wystarczy posłuchać przeciągłego jęku „I need love” w „Just A Little Boy” by zrozumieć ogrom bólu, ale też i ekstazy.

MC: „The Seer” było troszeczkę zbyt rozchwiane w swoim eklektyźmie, „To Be Kind” tego drobnego błędu nie powtarza. Aura albumu jest znacznie lepiej dopracowana – jest gorąco, ale przestrzennie. Dość strasznie, ale nie gotycko. W dużej części bardzo erotycznie. Najniższy wspólny mianownik – przyjemnie. To bardzo oczywista muzyka z oczywistym ładunkiem emocjonalnym (jak już wszyscy zauważyli, słowo „miłość” pojawia się w niemal każdym utworze), ale jej cel to prawdopodobnie jedynie ekstatyczna przyjemność. Czyli – tak, nic się nie zmieniło od czasów „The Seer”, jest jednak lepiej wykonawczo. Czy ktoś się obrazi, jeśli będzie to ostatni album Swans? Ja nie.

Miłosz Cirocki, Michał Weicher (30 maja 2014)

Oceny

Michał Pudło: 7/10
Średnia z 1 oceny: 7/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: hm
[10 czerwca 2014]
W jaki sposób 'Bring The Sun / Toussaint L'Ouverture' jest wybitne?
Gość: kuba
[9 czerwca 2014]
a ja się nie zgodzę, że nowy album lepszy od "The Seer". oczywiście też wybitny i spokojnie znajdzie miejsce w moich albumach dekady, jednak na "The Seer" czułem więcej pasji i autentycznego transu. choć na pewno trzeba czasu, żeby z odpowiedniej perspektywy spojrzeć na tak wielkie dzieło.
Gość: nikolson
[8 czerwca 2014]
Zgadzam się w 100%ach z tekstem. Rewelacyjny album. Dla mnie zdecydwanie lepszy(bardzie spójny) od "The Seer".
Gość: jeden
[3 czerwca 2014]
nie no, ten lead totalnie mnie zniechęcił. cała ta recenzja jest pisana na kolanach?
Gość: Galaktyczny Rolmops
[1 czerwca 2014]
Zróbcie przegląd dyskografii Swansów.
Gość: ale ze mnie hejterka
[31 maja 2014]
bo męczenie giry hehe haha
Gość: gira taka noga
[31 maja 2014]
męczenie gruchy (kosmetycznej)

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także