Ocena: 8

Matana Roberts

Coin Coin Chapter 2: Mississippi Moonchile

Okładka Matana Roberts - Coin Coin Chapter 2: Mississippi Moonchile

[Constellation Records; 1 października 2013]

Druga część monumentalnej sagi „Coin Coin” – „Mississippi Moonchile” – to jednocześnie naturalne przedłużenie „Gens de Couleur Libres”, ale również interesująca wolta stylistyczna, której cechy różnicujące zdają się przenikać ponad warstwą subtelnych, nasyconych pietyzmem struktur. Z jednej strony nadal słyszymy Matanę deklamującą swoje monologi, jak zwykle doskonale panującą nad instrumentem. Z drugiej strony to kompletna nowinka – Roberts wyzbyła się trawiącego gniewu, żałości, wzbrania się przed pamiętną z części pierwszej brutalnością. Nie chodzi jednak o ubytek pasji czy utemperowanie. Część druga zbudowana jest na innym pomyśle, koi zranione serca łagodzącym balsamem. Miksturą fixe jest tutaj „odziedziczona nostalgia” – wcale nie za jakimiś 90’sami czy 80’sami, lecz za słodko-gorzkim życiem przodków Matany Roberts w świecie segregacji rasowej i niewolnictwa, i jego wymiarem duchowym.

Album przypomina konstelację połączonych linearnie punktów, z których kilka promienieje silniejszym światłem. Wyobraźcie sobie „Mississippi Moonchile” jako zodiakalny układ rozciągnięty na nocnym niebie, gdzie każda z jaśniejących kropek to wspornik całości i jednocześnie marker orientacyjny. Takimi markerami są według mnie indeksy: #9 („Amma Jerusalem School”), #13 („Is The Sacred Day”), #15 („Woman Red Racked”), #16 („Thanks Be You”) i #18 („Benediction” – outro płyty). Nie jest przypadkiem, że każdy z wymienionych utworów zawiera głos Matany przy akompaniamencie akustycznego kwintetu. Głos Roberts i teksty już od czasów „Chapter One” stanowią najbardziej sugestywne narzędzie w rękach artystki, coś, co sprawia, że saga „Coin Coin” nie jest regularnym albumem post-bopowym tudzież free, nie jest też jedynie wariacją na temat różnorodnych konwencji jazzowych, jak choćby (świetne zresztą) albumy zespołu Mostly Other People Do The Killing, lecz częścią większego kompleksu fabularnego. (Wielkiego jak cały boży świat).

Utwory „Amma Jerusalem School”, „Was The Sacred Day” i „Thanks Be You” zasługują na osobny akapit jako najjaśniejsze gwiazdy konstelacji oparte na jednym, doskonałym pomyśle formalnym. Otóż wszystkie wymienione wzrastają na pożywce z fraz saksofonu altowego – najpierw Matana gra na przestrzeni kilku taktów krótki motyw, który następnie porzuca na rzecz pianisty i proponuje kolejny, który następnie porzuca na rzecz basisty by zaproponować kolejny w wyższej tonacji, który porzuca na rzecz trębacza, i następny, który podaje dalej by odłożyć saksofon i rozpocząć melorecytowany monolog, podczas gdy w tak zwanym muzycznym tle motywy łączą się i powstaje przepiękna akustyczna struktura, dopełniająca historię opowiadaną przez narratorkę, a same słowa tych opowieści i obrazy, jakie kwitną w wyobraźni, nierzadko wzbudzają olśnienia. Subtelne to monologi, przerywane błogimi zaśpiewami wyjętymi jakby ze szkółki niedzielnej baptystów, i nawet jeśli niekiedy traktują o cierpieniu, przynależą raczej „logice przebaczenia” niż „resentymentu”, co najlepiej obrazuje spuentowanie gorzkiej historii werbalnego poniżania i przemocy wobec czarnoskórej dziewczyny słowami „I sing because I’m happy, I sing because I’m free”, które to słowa w prosty sposób korespondują z frywolnością „(…) Bid Em In” z „Gens de Couleur Libres”. Cytowana kwestia wraca również w innym miejscu płyty, jest jednym z najwyraźniejszych powidoków po lekturze „Mississippi Moonchile”. Tym samym Matana na naszych oczach ulega przemianie – z agitatorki w gawędziarkę, snującą przypowieść o latach młodości swojej matki, babki, prababki, z afirmacją i rozrzewnieniem. Czy to nie kłóci się głęboko ze skandowaniem pełnym bólu, na granicy rozpaczy, z „Chapter One”? Według mnie ta opozycja bynajmniej nie wywołuje spięcia w układzie zwanym „Coin Coin”. Te recytowane momenty „Mississippi Moonchile” przenika w całości poczucie sakralności, atmosfera czasu świątecznego, odnalezionego dziedzictwa, a muzyka sekstetu akustycznego oddaje ten nastrój z celującą precyzją. To najlepsza muzyka w dorobku Roberts.

Ale jest jeszcze inny, nawet silniejszy „powidok”. To słowa „There’s some things I just can’t tell you about, honey”, powtarzające się kilkukrotnie. Cytowane słowa usłyszała Matana najpewniej z ust swojej babki, dziadka lub matki, których opowieści złożyły się na warstwę liryczną albumu. Dlaczego tak mocno je podkreślam? Ponieważ oddają wszystko, co w „Mississippi Moonchile” najbardziej ukryte i doniosłe. To poczucie, że osobistej biografii nie da się odtworzyć w słowach, tak jak nie jesteśmy w stanie relacjonować snów z zachowaniem właściwej im głębi. Są sprawy tego świata odklejone od języka. W opowieści, w mowie, nieuchronnie giną najcenniejsze szczegóły – obrazy, odczucia złączone z drobnostkami, stany ducha. Roberts jest narratorką świadomą tej tragedii języka, co czyni z niej znakomitą artystkę. Muzyka natomiast służy jako „dopełnienie życia”, jest próbą redukcji tego niedostrzegalnego, nieuchwytnego dystansu między słowem a przeżyciem.

Pozostaje mi tylko konkluzja, że „Mississippi Moonchile” w porównaniu do „Gens de Couleur Libres” to płyta mniej chwytliwa, mniej efektowna i porywcza, lżejsza, co znaczy: mniej tu wyraźnych i dobitnych fragmentów, takich jak początek „Song For Eulalie” czy „Pov Piti” z „Chapter One”. Jednak co rusz między free-jazzowymi strukturami znaleźć można doskonałe rozwiązania dynamiczne, sprawne kulminacje, łączące np. silną puentę tekstu z podbiciem muzyki w tonie podniosłym, co stanowi technikę stosowaną już na „Gens…” („Pov Piti”, „Kersalia”), mimo to dopiero tutaj Matana zachowuje idealne proporcje i całkowicie panuje nad rozwojem muzyki.

Michał Pudło (4 listopada 2013)

Oceny

Karol Paczkowski: 8/10
Michał Pudło: 8/10
Wojciech Michalski: 8/10
Jędrzej Szymanowski: 7/10
Średnia z 4 ocen: 7,75/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
MichałPudło
[10 listopada 2013]
Na Scr. jest miejsce dla obu wymienionych pań.

„było po prostu wiadomo, czego się spodziewać” – say what? Czytałem podobną opinię u Bartka Chaciński i kompletnie mnie dziwi. Przecież tonacja tego albumu to całkiem spore zaskoczenie po „Chapter 1”. Spodziewałem się po Roberts kolejnej porcji gniewu, ona natomiast przepracowała emocje i proponuje dojrzalsze odczytanie przeszłości. Doceniam fakt, że nie poszła drugi raz z rzędu w „shock value”. Zamiast tego mamy gładko płynący free-jazzowy strumień ozdobiony kapitalnymi opowiadaniami.
Gość: brt
[6 listopada 2013]
zdecydujcie się: Miley Cyrus czy Matana Roberts?
czyżby zaczątek ewolucji portalu od popu do awangardowego jazzu?
byłoby miło..

a tak a propos Matany to Coin Coin part 2 to jednak delikatne rozczarowanie w stosunku do jedynki (choć płyta jest dobra), nie ma tutaj juz takich emocji i było po prostu wiadomo czego się spodziewać, podczas gdy 1sza część była wręcz szokiem

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także