Ocena: 7

UL/KR

Ament

Okładka UL/KR - Ament

[Thin Man Records; 12 kwietnia 2013]

Przed napisaniem tej recenzji dokonałem szczegółowego researchu na temat recepcji debiutanckiego albumu UL/KR, który w zeszłym roku przyszedł niepostrzeżenie, i o którym stało się z czasem bardzo głośno w polskim okołomuzycznym internecie. Z większości opinii zdaje się bić bezradność przy próbach uchwycenia fenomenu tej odrealnionej, nieoczywistej muzyki. Ciężko było cokolwiek napisać o tamtym dwudziestominutowym zbiorze impresji elektroakustycznych, osnutych wokół całkiem błyskotliwych piosenek. Czuło się coś wyraźnie w powietrzu, ale pozostawał niedosyt, więcej było pytań niż odpowiedzi. Na pewno zaś można było mieć wrażenie, że skromny projekt Błażeja Króla i Maurycego Kiebzak-Górskiego to najlepiej obecnie łapiący współczesne trendy w muzyce polski act.

UL/KR zdawał się być krajową fantazją na temat zatomizowanej i przepuszczanej wciąż przez echa zarówno nostalgii, jak i zniekształceń technicznych muzyki hautologicznej. Blisko mu było w duchu do efemerycznych nurtów nowego dziesięciolecia, takich jak chillwave, witchhouse czy hypnagogic pop. Brzmi to tak, jakby były to zaginione szlagiery z dawnych czasów polskiej piosenki, które całe lata leżały gdzieś skrzętnie ukryte i czekały, obrastając w tym czasie w zawiesiny zmieniających się mód. Wszystkie te nurty, które przychodziły i odchodziły: art rock, industrial, synth pop, 4AD czy minimal techno, pozostawiły swój ślad na kruchych szkieletach utworów duetu.

Drugi album ukazuje się dość szybko, może nawet za szybko. „Ament” brzmi tak, jakby utwory na nim zawarte wciąż nie mogły złapać optymalnej formy, jakiej oczekiwałoby się od muzyków. Dalej są to szkice innych światów, do pojęcia których nie mamy pełnego oglądu. Ulotność debiutu dalej rezonuje w dźwiękowych widmach, skrzy się wciąż w tle, ale to rytm jest tutaj zdecydowanym liderem. Czasem jest cykający, pozytywkowy jak w „Magii”, a czasem gęsty, mazisty jak w „Głupio”. Zaczyna się on nocnym, złowieszczym stukotem, by następnie zbierać okruchy rytmu i do końca dojechać na intensywnym pulsie, w akompaniamencie rozwibrowanych organów. Niesamowicie transowy efekt wywołuje chyba najlepszy w zestawie i słusznie rzucony jako pierwszy singiel „Anonim”, gdzie między miarowe stuknięcia wkradają się niepokojące elektroniczne pogłosy, natężające tylko nastrój nerwowości.

Wszystko na „Ament” zdaje się zresztą być podrasowane o ten hipnotyczny nerw. Również wokal Błażeja Króla wpisuje się w repetycyjną monotonię podkładów – nakłada on mniejszą emfazę na śpiew, przez co głos staje się bardziej matowy i zgnuśniały. Lepiej to na pewno służy tekstom piosenek, które zwykle ciężko wchodzą, ze względu na ich enigmatyczny (z serii „co poeta miał na myśli?”) charakter. Niestety nieco ubogie w stosunku do reszty są dwa (nie licząc intra) utwory instrumentalne, które w kontakcie z podobnie minimalistyczną resztą, tracą na jakości przez brak szerszej palety elektronicznych barw. Wydają się być ambientami, na które nie starczyło już pomysłów. Przy odrobinie dobrej woli można się co prawda doszukać w „Bagnie” nie tak wcale dalekich spowinowaceń z mistrzami IDM, Autechre.

Całość materiału jest niewątpliwie spójna i przemyślana. To bardziej mroczna i intensywna inkarnacja specyficznej już maniery duetu. Chciałoby się jednak czasem, żeby ten monolit, jakim jest „Ament” rozpadł się na moment, żeby się choć trochę rozjechał. Ileż spontaniczności daje ten wyciągnięty niespodziewanie, groteskowy krzyk na koniec „Piekła”. Solidny gmach oczywiście nie byłby tym samym, gdyby stracił swoje fundamenty, ale tu chodzi o taki wyłom w strukturze, który przerwałby krystaliczną, ale jednak oczywistość i sprawiłby, że muzyka zyskałaby głębszy oddech.

Michał Weicher (18 kwietnia 2013)

Oceny

Marcin Małecki: 6/10
Wojciech Michalski: 6/10
Jędrzej Szymanowski: 5/10
Michał Pudło: 5/10
Sebastian Niemczyk: 5/10
Średnia z 5 ocen: 5,4/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Dhvddfgxzd
[18 kwietnia 2013]
10/10

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także