Ocena: 6

Luomo

Plus

Okładka Luomo - Plus

[Moodmusic; 18 września 2011]

Naprawdę miałem niemały problem z ustosunkowaniem się do najnowszego wydawnictwa Sasu Ripattiego, głównie ze względu na silne emocje, jakimi darzę „Vocalcity”. Można byłoby powiedzieć, że jedenaście lat to szmat czasu, zwłaszcza w kontekście muzyki elektronicznej, zatem temat pierwszej płyty Luomo ostygł już dawno temu. Jednak z uwagi na jakość tego dzieła, do albumu się wraca, a w moim przypadku wraca się dość regularnie. Dodajmy, że poziomu debiutu-nie-debiutu nie powtórzył żaden następny krążek fińskiego elektronika, więc nietrudno jest się domyślić, co stało się moim podświadomym punktem odniesienia podczas słuchania „Plus”.

Zmian, okazuje się, jest sporo. Sasu postawił wyłącznie na męski głos, dał więcej szans wykazania się analogowym syntezatorom, przez co kompozycje, choć na dobrą sprawę nieprzeładowane aranżacyjnie, nabrały większej masywności. Same utwory pod względem konstrukcji są przejrzyste, a ich punkt ciężkości jest mocno osadzony na groovie. I paradoksalnie, to bezwzględne uproszczenie stylu, sprawiło mi, jako recenzentowi, niemało problemów.

Wszystko bowiem na płycie wydaje się być jak najbardziej przyzwoite, zarówno pod względem produkcyjnym, jak i kompozytorskim. Nie ma tu jednoznacznie słabych numerów, a znajdą się i takie bezapelacyjnie dobre, zwłaszcza pod koniec albumu (mój faworyt to podjarany Junior Boysami „Immaculative Motive”). Jednak pośród tej poprawności udało mi się znaleźć detale, które choć pozornie wpisują się w estetykę krążka, to po dokładniejszym przyjrzeniu się ujawniają swoją niepewną jakość. Weźmy np. taki drugi track. Może to wyłącznie moje odczucie, ale figurka basu jest tak tania, że odstaje na tle tego i tak już prostego grania. Czwarty indeks, w oczywisty sposób zainspirowany Depeche Mode, też do mnie nie trafia. Na całej długości płyty uderza krótkie frazowanie męskiego wokalu. Zabieg raz wkurza, a raz trafia w środek tarczy. I to w obrębie kilku sekund jednego numeru. „Twist”, „Good Stuff” czy „Happy Strong” zwyczajnie dłużą się, gubiąc zainteresowanie słuchacza.

Czytając bardzo pozytywną prasę tego albumu, chciałbym również podzielić entuzjazm dziennikarzy, głównie ze względu na „stare dobre czasy”. Zgodzić się mogę ze stwierdzeniem, że jest to najlepsze wydawnictwo Luomo od czasów „The Present Lover”, jednak na nic więcej mnie nie stać. Z małą tęsknotą wracam do nieoczywistości stylistycznej „Vocalcity”, która to została zamieniona na nieoczywistość jakościową. A to Z PEWNOŚCIĄ zmiana na gorsze.

Paweł Szygendowski (24 października 2011)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także