Ocena: 8

Zomby

Dedication

Okładka Zomby - Dedication

[4AD; 12 lipca 2011]

Zomby do tej pory dał się poznać jako wyśmienity muzyczny erudyta, stąd nikt się chyba nie spodziewał tego, co zastał na „Dedication”. Owszem „One Foot Ahead Of The Other” momentami skrzyło się niebanalnością i prawdziwym talentem, ale z drugiej strony pozostawiało poczucie lekkiego niedosytu, szczególnie w kontekście „Where Were U In 92?”, które z miejsca stało się klasykiem, wskrzeszającym ducha dawnych rave’ów. Zomby zamilkł na kilka lat, zostawiając słuchaczy ze świadomością, że nagrywa dla tego 4AD.

Najwyraźniej włodarze legendarnej wytwórni wyczuli, że Zomby to diament, który woli ukryć się pod warstwą kurzu melancholii i największy blask ma dopiero przed sobą. Jak bardzo mieli rację, można usłyszeć na „Dedication”, który jest najbardziej zwartym kompozycyjnie albumem, jaki słyszałem od dłuższego czasu. Rzadko które numery przekraczają tu granicę trzech minut, a mimo to bogactwo motywów przewijających się przez „Dedication” wręcz oszałamia. Zomby zaprezentował niesamowitą inwencję, stosując pełną gamę szkieletów rytmicznych oferowanych przez ostatnie lata w muzyce klubowej. Od funky w „Mozaik”, garage w „Natalia’s Song”, dubstepu rozsianego po całym LP, aż po jungle we „Florence”. Nie jest to jednak zwykła żonglerka, bo „Dedication” to konsekwentna, z doskonale rozłożonymi akcentami emocjonalnymi, narracja. Wystarczy posłuchać jednego z kilku interludiów, chyba mojego ulubionego utworu na płycie, „Black Orchid”, by dostać gęsiej skórki. „Dedication” to album, którego należy słuchać koniecznie w całości, choćby po to, by śledzić, w jak płynny sposób wynikają z siebie kolejne utwory. Przejście między „Lucifer” i „Digital Rain” niemal straszy mnie po nocach. „Where Were U In 92?” to mixtape, „Dedication” to już opowieść, dodatkowo obudowana kontekstem śmierci ukochanego ojca Zomby’ego, który był sławnym brytyjskim muzykiem i miał niebagatelny wpływ na jego karierę.

Choć Zomby operuje znaną rytmiką, to wypełnia ją bardzo oryginalnym wnętrzem. 8 bit może się trochę przeterminował, ale autor „Dedication” wyciska z niego, co się da. Kiedy sampling i analogowość, będąca przez jakiś czas znakiem firmowym Ninja Tune, znudziły słuchaczy wręcz do granic przyzwoitości, Zomby reinterpretuje tę stylistykę w mistrzowski sposób. Witch house wytracił impet, co zupełnie nie przeszkodziło brytyjskiemu producentowi twórczo podejść do zagadnienia. Taką wyliczankę można wzbogacić o kilka kolejnych gatunków, niemniej uniwersum stylistyk jest dla Zomby’ego polem nawet nie tyle zabawy, co budowy. Wielopłaszczyznowe faktury melodii muszą mieć jakiś fundament i tym fundamentem są około elektroniczne gatunki, które niejednokrotnie mają swoje najlepsze – nawet bardzo krótkie, jak witch house – chwile za sobą. Zomby nie jest wyłącznie reinterpretatorem, to wizjoner, który tworzy z pełną świadomością skończoności muzycznych schematów i w świecie „post-wszystkiego” próbuje znaleźć stabilną i mimo wszystko emocjonalną przystań. Osobistość i intymność „Dedication” balansuje techniczne mistrzostwo i sprawia, że słuchacz, nawet najbardziej cyniczny, jednak mięknie i w pełni angażuje się w narrację albumu.

„Dedication” zraziło tych, którzy w Zombym widzą jedynie kolejną postać sceny klubowej. Jak błędne jest to podejście widać nie tylko w fakcie wydania albumu w 4AD czy obecności Panda Beara w jednym z utworów. Zomby tym albumem awansował do grona najbardziej intrygujących muzyków naszych czasów. Właśnie – muzyków, a nie producentów, bo jak sam mówi sampluje dużo mniej, niż się ludziom wydaje. Na pewno chciałbym, żeby „Dedication” osiągnęło status „Cosmogrammy”, której bez wątpienia dorównuje, i nie jestem pewien, czy miejscami nawet nie przewyższa.

Paweł Klimczak (22 lipca 2011)

Oceny

Marta Słomka: 7/10
Paweł Gajda: 7/10
Kasia Wolanin: 5/10
Średnia z 5 ocen: 5,4/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: TTTT
[6 sierpnia 2011]
Długo nie mogłem się przekonać do tego albumu całościowo, zbyt miałem ochotę na poczucie mniejszej kontroli tego co się dzieje w utworach tak jak na epkach Zomby'ego, niedopracowania, ale dopiero kiedy w pełni zgodziłem się na traktowanie tego jako postmodernistyczny album o taneczno popowym brzmieniu biorącym garściami z mnóstwa mniej świadomie tworzonej muzyki (m.in. Eski beats) doceniłem go naprawdę.
Porównując z Cosmogrammą, nasuwa mi się myśl że Fly Lo dużo więcej szukał utworami z "C" niż Zomby na Dedication, lecz wysiłki nie były współmierne do efektów (szczególnie porównując z "Los Angeles") i Zomby stosunkowo do ilości użytych środków znalazł znacznie więcej.
Gość: mateusz b nzlg
[22 lipca 2011]
CGM słynie z tego, że w tytule tekstów mają literówki, nawet w nazwach własnych.
marta s
[22 lipca 2011]
brawo, Paweł!
Gość: koala
[22 lipca 2011]
Heh, niezla wariacja w temacie nazwy, stad juz tylko krok do ScreenAngels.
kuba a
[22 lipca 2011]
"pisuje na blogach Lineout.pl i Screenangers.pl"

Nie no gratulacje dla autora notki - nie dość, że jesteśmy "blogiem", to jeszcze nazwa zbyt trudna żeby napisać ją poprawnie.
Gość: A coś więcej na temat?
[22 lipca 2011]
http://www.cgm.pl/aktualnosci,17058,reprezentant_polski_na_red_bull_music_academy_w_madrycie,news.html

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także