Ocena: 7

Tyler, The Creator

Goblin

Okładka Tyler, The Creator - Goblin

[XL; 10 maja 2011]

Wrzawa wokół Odd Future i samego Tylera jest niesamowita. Programy telewizyjne, magazyny (od skaterskiego Thrashera po Rolling Stone’a), tysiące blogów i setki portali – wszyscy zachłysnęli się niełatwą (często amatorską) i kontrowersyjną twórczością nastoletnich swaggerów. Bardzo często w oceanie hype’u ginęła merytoryczna ocena tego, co Tyler i OF robią przede wszystkim – muzyki. Obawiam się, że „Goblin” będzie dla wielu jeśli nie zawodem, to przynajmniej nie tym, czego się spodziewali.

A czym miałby być drugi album Tylera? Ci, którzy stawiali znak równości między Odd Future, a dawnymi hip-hopowymi supergrupami (na czele z Wu-Tangiem, co moim zdaniem jest sporym nieporozumieniem), widzieli w „Goblinie” coś na kształt manifestu lidera, który swoją ekipę wprowadza w ciepłe objęcia rapowego mainstreamu. Nic bardziej mylnego – Odd Future to nie supergrupa, a jeżeli przyjrzeć jej się bliżej, okazuje się, że i trop hip-hopowy może być zwodniczy.

Czasowa odległość między „Bastardem” i „Goblinem” jest niewielka i to rodzi pytanie – skąd ten pośpiech? Czy Tyler, przywiązany do skaterskiej szkoły DIY i punkującego etosu, ma przypadłość ciągłego tworzenia (ilość mixtape’ów OF skłania do takiej odpowiedzi), czy może drugi album to korzystanie z pomyślnych wiatrów medialnego zainteresowania, które w każdej chwili mogą zmienić kierunek? Ciężka sprawa, bo paskudne brzmienie „Goblina” może być argumentem zarówno dla jednej, jak i drugiej odpowiedzi.

Wolałbym mieć to za sobą – drugi album Tylera jest wyprodukowany koszmarnie, czasami odnoszę wrażenie, że gorzej od debiutu. Nie chodzi tylko o miks/mastering (którego jakość utrudnia dotarcie do samej muzyki), ale i o dziwne decyzje głównodowodzącego. Nawet w tak genialnym numerze, jak „Yonkers” werbel brzmi z tyłu, z lewej strony, co jest wbrew wszelkiej hip-hopowej logice. Zdarzają się momenty, kiedy cały bit rozchodzi się od lewej do prawej strony, co kłuje w uszy i po prostu odrzuca. „Radicals” to radykalny model złego brzmienia – i to zarówno bitu, jak i wokali. Trzecia zwrotka „Yonkers” brzmi jak nagrana gdzie indziej niż pozostała część numeru i doklejona bez żadnych studyjnych poprawek. Takie przykłady można mnożyć jeszcze długo. Rodzi się kolejne pytanie – czy to zamysł Tylera? Czy to rozbicie komfortu słuchacza to świadomy zabieg artystyczny, mający podkreślić undergroundowy czy wręcz awangardowy charakter Odd Future? Przecież płytę wydaje dość duży label, którego spece mogli spokojnie wygładzić brzmienie. Sam Tyler potrafi wyprodukować coś słuchalnego – west coastowy „She”, czy np. rozmarzony „Nightmare”. Jest też kilka bitów, które ciekawie interpretują stylistyki, na których Tyler żeruje (czyli głównie te, którymi posługuje się mainstreamowy/południowy rap) – „Tron Cat”, „Analog”, czy jeden z moich ulubionych – „Transylvania”, z dobrym groovem (choć brzmieniem o naprawdę kiepskiej jakości). Dochodzimy do kwestii hip-hopowości Tylera. Na dobrą sprawę tylko „Yonkers” w jakikolwiek sposób wpisuje swój bit w rapową tradycję, pozostałe, pomimo środków wyrazów zaczerpniętych z południa/mainstreamu/ew. g-funku (Roland 808 i syntezatorowe warstwy), stoją zupełnie obok niej. Pytanie kolejne – czy Tyler jest nowatorem czy amatorem? Szacunek, jakim cieszy się wśród uznanych muzyków (choćby u Pharella, Eryki Badu, czy nawet u Chaza Bundicka) każe bardziej się wsłuchać w niejednokrotnie piekielne podkłady. I rzeczywiście, lider Odd Future ma pomysł na siebie, co więcej – łamanie konwencji odbywa się u niego czasami bardzo zaskakująco jak na (ciągle) nastolatka. Wystarczy posłuchać numeru tytułowego, który ma pomysłową i oryginalną strukturę, a do tego w rewelacyjny sposób wrzuca sampel w rozwiązania fraz. Tyler to utalentowany dzieciak, ale chowa swój talent za niechlujną produkcją – tutaj niestety odpadnie część słuchaczy, którzy spodziewali się po nim odnowienia hip-hopu. Tyler, jak i całe Odd Future pozostanie w orbicie zainteresowań hipsterów i indie-dzieciaków – ich muzyka jest raczej nie do zaakceptowania przez publikę hip-hopową. Co ciekawe Tyler nad oboma faktami ubolewa w swoich tekstach, co jest albo figlami, albo czymś doprawdy zastanawiającym.

Właśnie, teksty. Idąc za oficjalną wykładnią samego Tylera (która co prawda dotyczyła „Yonkers”, ale wydaje mi się, że można spokojnie przenieść ten koncept na cały album), na „Goblinie” spotykają się dwie osobowości – wrażliwiec Tyler i psychopata Wolf Haley. To rozdarcie między wrażliwym chłopakiem, który ubolewa nad faktem rozbitej rodziny, ma problemy z własną emocjonalnością, co więcej – przeżywa prawdziwą (choć rzecz jasna zawiedzioną) miłość, wreszcie – jest dobrym kumplem (dba o swoich ziomków, ubolewa nad tym, że są niedoceniani i przysłonięci przez jego osobowość), a psychopatą, który chce gwałcić, mordować, uprawiać wszelką możliwą perwersję („zgwałcę ciężarną dziwkę/powiem kumplom, że miałem trójkąt”) doprowadza głównego bohatera na skraj szaleństwa. W „Window” morduje swoich ziomków, a w ostatnim kawałku rozpacza nad samotnością, która go dotyka. Ciekawa jest tu figura psychoterapeuty (cały album jest spięty klamrą sesji terapeutycznej), którym może być Wolf Haley właśnie, albo i inna osobowość Tylera. Oczywiście, „Goblina” nagrał nastolatek, więc i nie wszystkie pomysły są realizowane w tak dobry sposób, jak wyglądają na papierze – przy słuchaniu zdarzają się zgrzyty wywołane niedojrzałością Tylera. Rzecz do przełknięcia, przy założeniu, że młody wiek usprawiedliwia pewną pretensjonalność i skłonność do przesady wykraczającej ponad konwencję. O ile w emocjonalność albumu mniej więcej wierzę (oczywiście przy usprawiedliwiającym założeniu) i Tylerowi udało się stworzyć przekonujące obrazy osamotnienia i powolnego tracenia poczytalności, o tyle część kontrowersyjna czasami jest po prostu zbędna. Choć trzeba oddać „Goblinowi”, że obfituje w rewelacyjne punchline’y, a sam Tyler ma naprawdę dobre flow (czego nie można powiedzieć o jego kumplach, z których tylko Hodgy Beats się wyróżnia, brak Earla jest bardzo dotkliwy). Podobnie dychotomia między Tylerem, który nie chce sławy i wprost ją odtrąca (symbolicznie niszcząc stos gazet z artykułami o sobie), a Wolfem, który żyje tylko dla swag, kasy i standardowego wyposażenia rapera na szczycie (dziwki, koks – tutaj w wydaniu prochów Hitlera) jest rozegrana zaskakująco dobrze jak na nastolatka. Ponownie – Tyler to utalentowany dzieciak, który swoje emocjonalne koncepty ukrywa pod stosem wulgaryzmów i tekstów o gwałtach na ciężarnych (i dinozaurach). Choć nie wszystkie pomysły zazębiają się ze sobą tak, jak powinny i „Goblin” ostatecznie rozchodzi się miejscami w szwach (zupełnie zbędne podkreślanie fikcji i asekuranctwo przed atakami „białej Ameryki”), to jest mniej więcej spójną narracją, którą uwiarygodnia końcówka albumu, gdzie studium szaleństwa i samotności znajduje swoje ujście („Window”), drugi oddech (osamotniony, instrumentalny „AU79”) i finał (jednak przeholowany w ekspresji „Golden”). W przeżywaniu rodzinnego dramatu i użalaniu się nad sobą Tyler nie jest pionierem (piewcom jego absolutnego nowatorstwa polecam przypomnieć sobie choćby klasyków Definitive Jux z Cage’em na czele), ale w całościowym oglądzie jest powiewem świeżości.

„Goblin” początkowo był dla mnie zawodem, ale im dłużej grzebałem w konstrukcji bitów i wsłuchiwałem się w niejednokrotnie rewelacyjne linijki Tylera, tym bardziej przekonywałem się do tego, że wobec tego albumu nie można mieć żadnych oczekiwań. Po prostu trzeba dać mu czas i odrobinę wyrozumiałości, której wymaga warstwa produkcyjna. Nie jest to album genialny, ale jak się okazuje – można go słuchać wiele razy i długo o nim rozmawiać/pisać – wciąż mając wrażenie, że coś umknęło. Na pewno nie można do „Goblina” podchodzić na kolanach, nie powinno się na nich od niego wracać. „Jestem emocjonalnym rollercoasterem” deklaruje Tyler w utworze otwierającym – wsiąść można, mając na uwadze, że tę przejażdżkę funduje nastolatek (o czym świadczy nawet jakość tej metafory). Zastanawiam się tylko, co dalej? Czy mainstream przyjmie go jak swojego i czy to w ogóle jest cel lidera Odd Future Wolf Gang Kill Them All?

Paweł Klimczak (11 maja 2011)

Oceny

Marta Słomka: 5/10
Średnia z 1 oceny: 5/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: porcy$
[12 maja 2011]
@ŁŁ: zróbta koniobijkę na 4 głosy na porcysiu, dajta ~3,14 i po kłopocie.
Gość: Łukasz Łachecki
[12 maja 2011]
Istnieją jakieś kryteria dla siódemek tutaj? :) Bo z recenzji wynika, że równie dobrze mogłaby to być płyta na 4. Autorowi nie podobają się bity, czasem odrzuca hip hopowy puryzm, innym razem sięga po argument "braku hip-hopowej logiki", teksty właściwie się podobają, ale z drugiej strony bywają pretensjonalne, ale właściwie to typ ma 19 lat, to mu wolno... No i dowcip o Cage'u jest zbyt hermetyczny-trzeba było chyba z 10 lat temu czytać "Klan", żeby zaśmiać się z nietrafności tej parareli, podobnie jak nietrafne było porównywanie Cage'a do Eminema. (Bo stylistycznie mają się nijak, a stwierdzenie, że Tyler nie jest pionierem "w przeżywaniu rodzinnego dramatu i użalaniu się nad sobą" zakrawa na groteskę, równie dobrze można wskazywać na powinowactwa z "Broken Home" Papa Roach, Rogerem Watersem albo z co trzecim raperem). Ogółem- najbardziej zachowawczo przyjęta płyta od dawna, recenzja wpisuję się w szerszy trend.
Gość: tele morele
[12 maja 2011]
za pierwszym razem takoż byłem trochę zawiedziony- album brzmi nie tyle źle (to znaczy brzmi okropnie, ale jestem osłuchany z lo-fi i brak dobrej produkcji mi nie przeszkadza), co potwornie posępnie, co czyni ogromny rozdźwięk między \"goblinem\" a koncertowym wizerunkiem odd future. nawet \"bastard\" był stosunkowo sympatyczny, mimo szokujących momentami tekstów, tu jest naprawdę \"brooding\". tutaj odpowiednik swaggerskiej \"tiny\", czyli \"bitch suck dick\" jest ciężki jak cholera (i toporny, taco mógłby dalej jeść czipsy przez 90% zwrotki).

drugi raz słuchałem z innym nastawieniem oraz z pomocą rapgeniusa i \"chyba\" ogarniam istotę albumu: tyler, tyler, i tylko tyler, co zostało zresztą w recenzji dokładnie wyjaśnione. of to tylko jeden z wątków dopełniających sens \"goblina\". zgadzam się z opinią, że to \"prawie nie hip-hop\": znajomi mi fani siedzący bardziej w rapie krytykują flow, bity i generalnie to że pan creator nie za bardzo robi cokolwiek żeby sprostać ich oczekiwaniom. to duszą jest nihilistyczny, mizantropiczny punk, nie liczy się jakość, bujanie, technika (uh, beznadziejni nie-raperzy taco i jasper sami przyznają że gówno umieją w tej materii, a występują na albumie z racji przynależności do of- punk as fuck?). przede wszystkim przekaz- wykoślawiony, egzagerowany w chuj za bardzo (tyler beksa pod koniec albumu- wtf), niejednoznaczny, przez to całkiem fascynujący.

dałoby się oczywiście nawet zrobić ten album lepiej, ale nie wiem, nie oczekiwałbym po rozchwianych dzieciakach totalnych arcydzieł. of przebili się dzięki kurewskiej intesywności koncertów i buntowniczemu nastrojowi muzyki. (oczywiście nie każdemu musi to pasować- i dobrze, nie chciałbym żeby rape-humor się przyjął na szerszą skalę.) bez odpowiednich umiejętności, których jakiemukolwiek członkowi of brakuje, nie da się nigdy odwzorować studyjnie intensywności *otoczki*. odd future = lady gaga? ta ekipa to niesamowicie ciekawa sprawa do poważnej dyskusji. było w mainstreamie coś bardziej wyrazistego od nich w ostatnim czasie?

tak więc totalna zgoda z oceną i kwestią \"żadnych oczekiwań\".

poza tym: FREE EARL! na blogu of niedawno był kawałek \"dat ass\", sprzed czasów wolf gangu jeszcze, chłopaczyna zupełnie niszczy na przestrzeni 1:15...
Gość: siema
[12 maja 2011]
SWAAAG KURWA
Gość: alebeka
[12 maja 2011]
yednak menczy gróche zdeqa
Gość: krzysiek
[12 maja 2011]
*mam na myśli teksty utworów, nie tekst recenzji lub komentarze
Gość: krzysiek
[12 maja 2011]
Jezuuu, jakie teksty. Precz.
Gość: Marley, The Sreator
[12 maja 2011]
no raczej Bob, deep shit.
Gość: marley marl
[12 maja 2011]
brzmi jak gówno
Gość: SWAG
[11 maja 2011]
FREE EARL
Gość: suag/słag
[11 maja 2011]
MOC
Gość: ja1
[11 maja 2011]
ocena odpowiednia ale nie za dużo podkreślania wieku tylera?
Gość: propozycja
[11 maja 2011]
miesiąc bez siódemki?
Gość: nareszcie
[11 maja 2011]
płyta pokazuje że Tyler jest wielkim paradoksem 10/10
Gość: przepraszam, musiałem
[11 maja 2011]
SWAAAAAG

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także