Ocena: 6

Yuck

Yuck

Okładka Yuck - Yuck

[Fat Possum; 15 lutego 2011]

Historia Yuck zaczyna się kilka miesięcy po rozpadzie Cajun Dance Party. Jeśli nie kojarzysz, Twoje szczęście. Nie sprawdzaj na YouTube! Po prostu „prezent dla wroga”, jakby to napisali w naszym ulubionym magazynie. Kapela ta, będąca jakimiś okropnymi, niestrawnymi popłuczynami po okropnych, niestrawnych popłuczynach w stylu The Kooks, zawiesiła działalność po wydaniu jednej płyty. Nie polały się rzewne łzy. Fani nie zapychali ich skrzynki pocztowej prośbami o reaktywację. W listach samobójców nie pojawiała się ich nazwa. Glastonbury nie zaproponowało pięciu milionów dolarów za ponowny występ na festiwalu.

Max Bloom i Daniel Blumberg, członkowie wspomnianej formacji, nie wytrzymali jednak długo bez prób, list przebojów i koncertów w salach wypełnionych piszczącymi nastolatkami. Wywiesili nową banderę, na której wypisali koślawe Yuck, dokooptowali pociesznego Jonny’ego na perkusję i Azjatkę Mariko na bas. Można było spodziewać się najgorszego: kolejnych mdłych przebojów nieudolnie naśladujących The Kinks, nudnej płyty i Tent Stage na Openerze. Byłem przygotowany na krążek, który wyłączę po trzecim kawałku z poczuciem zażenowania albo ewentualnie dokończę i wystawię pół gwiazdki na Rate Your Music.

Po wysłuchaniu albumu, poczułem się nieco zbity z tropu. Nie byłem pewny czy mi się podobało, czy nie. W sumie nie jestem do teraz. Po pierwsze, chłopcy zupełnie zerwali z muzyczną przeszłością – nowy materiał nawiązuje do starego, dobrego indie. Tylko że znowu coś w tym wszystkim nie gra. Zespół chyba troszeczkę za bardzo wczuł się w rolę i zapomniał, że mamy rok 2011, a nie 1991.

Yuck popełnili masę ciężkich, rockowych grzechów. Kompozycje sklejone są z nazbyt czytelnych inklinacji. Trudno nie pomyśleć o Dinosaur Jr., kiedy z głośników leci „Get Away”, o Elliocie Smith circa „Figure 8” przy numerze trzecim i piątym, czy Beat Happening przy „Georgii”. Gorzej jest jednak, gdy inspiracje zamieniają się w nietaktowne mini-plagiaciki. Słuchając „Operation” wciąż miałem wrażenie, że w kolejnej zwrotce Thurston Moore dorzuci swoje: Everybody’s talking ‘bout the stormy weather. „Suck” to nic innego jak „Here” ze „Slanted & Enchanted”, a początek „The Wall” to kłujące w uszy zapożyczenie z „Web In Front” Archers Of Loaf, by tylko na tym skończyć wyliczankę.

Zdaję sobie sprawę, że w miejscu, w którym znajduje się dzisiejsza muzyka, wymyślenie czegoś innowacyjnego graniczy z cudem. Grupa przekracza jednak momentami pewne granice dobrego smaku. Nie mówię już o nachalnej lo-fi produkcji, która była ekstra, kiedy Guided By Voices nagrywali „Bee Thousand”, a teraz jest już po prostu nużącym zabiegiem, dzięki któremu piosenki wcale nie stają się lepsze. Przerażająco dosłowna wtórność kilku kompozycji na albumie po prostu męczy, drażni, uwiera.

Mógłbym właściwie wypunktować jeszcze inne, mniejsze niedoskonałości tego albumu, trochę poobśmiewać grupę i jej wypociny, a na koniec wystawić jedną z najniższych ocen. Tylko że byłbym trochę jak chłopiec z podstawówki, który rzuca śnieżkami w koleżankę z klasy, mówi jej, że jest głupia i brzydka tylko dlatego, że nie potrafi przyznać przed sobą, że jest nią zauroczony. To co, że słyszałem już setki utworów takich jak „Get Away”? I tak mam ochotę puszczać to sobie na okrągło. To co, że są setki takich kawałków jak „Stutter” i „Holding Out”? Ja i tak wymiękam, słuchając wokali w zwrotce pierwszego, vaselinesowskiego refrenu w drugim. To co, że są setki utworów takich jak „Sunday”? Lekkość, z jaką ten kawałek sączy się powolnie z głośników, z pewnością będzie długo chodziła za miłośnikami grania tego typu.

Stwierdzenie, że odgrzewany kotlet już dawno nie był tak smaczny, byłoby idealne do podsumowania tego wydawnictwa, ale poświęciwszy dwa akapity beznadziei naśladownictwa, niestety nie mogę go zastosować. Wraz z moim odtwarzaczem, trochę się tego wstydząc, dajemy rozgrzeszenie debiutowi londyńskiego zespołu. Już nawet nie liczę, który to odsłuch. My przecież doskonale rozumiemy, że dotyk indie boli przez całe życie.

Szymon Wigienka (16 lutego 2011)

Oceny

Maciej Lisiecki: 5/10
Paweł Klimczak: 5/10
Średnia z 7 ocen: 6,85/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: sw
[24 lutego 2011]
"Po prostu „prezent dla wroga”, jakby to napisali w naszym ulubionym magazynie". - czyżby złośliwa aluzja do Teraz Rocka? Można wiedzieć co nie tak z tym czasopismem? Jeśli oczywiście nawiązanie było ironiczne. pzdr
Gość: koala
[21 lutego 2011]
Tyle klasycznych zespolow wymienionych w powyzszej recenzji - tymczasem posluchalem dzis tego albumu i pomyslalem ze to jakis split Teenage Fanclub z Urusei Yatsura. Jezeli to jest nowa nadzieja na gitarowe granie z UK, to Pszemcio powinien czym predzej odzyskac sprzedane plyty Seafood. :)
Gość: a.
[17 lutego 2011]
nie za dużo wyrazistego songwritingu.
Gość: jaca
[17 lutego 2011]
nudy na pudy. jest tyle klasykow, po co sluchac takich 'nowosci'? :-0 nie brzmi to nasladownicwo lekko, wrecz topornie
Gość: loverboy
[16 lutego 2011]
ogromnie sympatyczne zżynki
kuba a
[16 lutego 2011]
Wspaniałe "Sunday" i bardzo solidna reszta.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także