Ocena: 5

Edwyn Collins

Losing Sleep

Okładka Edwyn Collins - Losing Sleep

[Heavenly Records; 13 listopada 2010]

Ptasie radio z okładki „Losing Sleep” ma swoją wymowę. Wielobarwny kolaż ilustracji, stanowiący oprawę graficzną pierwszego de facto od ośmiu lat albumu Edwyna Collinsa, wyszedł spod ręki „ojca chrzestnego” wyspiarskiego, niezależnego popu w tak ciężkim okresie życia, że jakiekolwiek próby zobrazowania go sobie z perspektywy "melomana w kapciach" są skazane na porażkę. Kilkanaście godzin po wywiadzie dla BBC w lutym 2005 roku ex-frontman Orange Juice wylądował w londyńskim szpitalu z wylewem zagrażającym nie tylko dalszej karierze scenicznej, ale także normalnemu funkcjonowaniu. Słuchając dziś „Losing Sleep”, szalenie optymistycznej w gruncie rzeczy płyty, trudno uwierzyć, że nie tak dawno temu Collins miał ogromne trudności ze zwykłym komunikowaniem się ze światem zewnętrznym. Trudno też odpędzić się od symbolicznej interpretacji oprawy graficznej albumu, tworzonej gdzieś mimochodem w trakcie żmudnej rehabilitacji. Wyswobodzony z koszmaru prywatnej apokalipsy, pełen niewyeksploatowanych ciągle pokładów sił witalnych i songwriterskich pomysłów Collins daje jednak na „Losing Sleep” w większym stopniu świadectwo godnego podziwu uporu i ambicji, niż szczególnie wysokiej formy kompozytorskiej. Tu, niestety, jest ledwie przyzwoicie.

Chociaż ciężko nie zgodzić się z tezą, że obcujemy tu z najbardziej żywiołowym i entuzjastycznym materiałem Collinsa od czasu „You Can’t Hide Your Love Forever”, to jednak zestaw jego najświeższych kompozycji rywalizuje nie tylko z dowolnym klasycznym albumem Orange Juice, ale przegrywa w przedbiegach również z najwcześniejszymi solowymi poczynaniami Edwyna. Umiłowanie perfekcjonizmu i przykładny kult pracy z jednej strony oraz nieprzejednane skłonności do samodoskonalenia w obrębie paraliżujących swym entuzjazmem gitarowych szlagierów z drugiej, nie są w jego wypadku żadną tajemnicą. Mówimy w końcu o człowieku, który swego czasu jednym ledwie singlem dał wyraźny sygnał do odwrotu scenie po uszy tkwiącej w post-industrialnej traumie i wyblakłej nieco punk-rockowej surowiźnie, by parę lat później zeswatać ją na dobre z niepodrabialnym brzmieniem rolandowskich syntezatorów.

Powrót do korzeni nie usatysfakcjonuje jednak nikogo, kto dyskografię Orange Juice zna na wyrywki. Cóż z tego, że na „Losing Sleep”, szczególnie w pierwszej części płyty, Collins sięga po świetnie znane patenty (wyeksponowane pasaże basu, miarowa rytmika, regularne taktowanie brzęczących gitar), skoro kompozycjom ewidentnie brakuje najistotniejszego: pierwiastka geniuszu. Nie uświadczymy tu tak typowych przecież dla szkockiej kapeli finezyjnych zwrotów akcji. Podczas gdy dalekie od schematyczności zwrotki były w wypadku najdonioślejszych hitów Orange Juice ledwie płonącym lontem, nieuchronnie przybliżającym do eksplozji rozpromienionych chorusów, tutaj zlewają się one z niezapamiętywalnymi refrenami w średnio powabną całość. Szkoda, bo bardzo udany opener nie zapowiada rozczarowania.

Niedosyt pozostawiają również tłumnie zgromadzeni na płycie goście, choć trzeba oddać, że stara gwardia brytyjskiego gitarowego popu poczyna sobie dużo lepiej od młodszej generacji. Najdobitniej słychać to w szalenie melodyjnym „Come Tomorrow, Come Today”, co zupełnie nie dziwi po uzmysłowieniu sobie faktu, że za utwór ten odpowiadają Johnny Marr i Paul Cook. Przepaść między owocami współpracy z Marrem czy Roddiem Framem z Aztec Camera (urocza miniaturka „All My Days”), a kooperacją z muzykami Franz Ferdinand i liderem The Cribs, Ryanem Jarmanem (toporna sekwencja „What Is My Role?” i „Do It Again”) jest niestety duża. Zaskakująco przyzwoicie wypada natomiast udokumentowanie relacji tutor-student w „In Your Eyes” nagranym wspólnie z The Drums i zjadającym całe „Summertime!” jednym kęsem na śniadanie. Osobista, akustyczna coda albumu, „Searching For The Truth” również wybija się na tle przeciętnej całości, co jawi się mocno zadziwiającym, zważywszy że jest od niej starsza o mniej więcej trzy lata.

Mimo szczerych chęci, nie sposób polemizować z tezą o generycznym rocku „Losing Sleep”, choć powiedzmy sobie szczerze – oczekiwanie dzieła wybitnego zakrawałoby w tym wypadku na zupełne szaleństwo. Okazjonalne występki emerytowanych herosów indie popu z rzadka są przecież czymś więcej niż niewiele znaczącym post-scriptum do dawno napisanego listu, choć zdarzają się chlubne wyjątki w postaci na przykład „The Evangelist” Roberta Forstera. Złośliwi mogą powiedzieć, że Edwyn Collins dryfuje niebezpiecznie blisko terytoriów okupowanych przez innego z Collinsów, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Kto z fanów Orange Juice zapamięta odchodzący powoli w przeszłość rok właśnie ze względu na „Losing Sleep”? Być może właśnie dziś, już ponad trzydzieści lat po premierze „Falling And Laughing”, pionierzy wyspiarskiego indie są ważni jak nigdy dotychczas. Miesiąc temu ukazała się w postaci boxu „Coals To Newcastle” – wyczekiwana z utęsknieniem przez długie lata kompletna antologia twórczości Orange Juice i naprawdę ciężko mi wymagać w tej chwili od rynku wydawniczego lepszego prezentu gwiazdkowego. Brent DiCrescenzo musiał pomylić się o jedno zero, nie znajduję innego wytłumaczenia.

Bartosz Iwański (15 grudnia 2010)

Oceny

Bartosz Iwanski: 5/10
Średnia z 1 oceny: 5/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
kuba a
[15 grudnia 2010]
Wydaje mi się, że została w większości lub całości nagrana przed wylewem, natomiast miksy i cała postprodukcja odbyła się już po tym, jak Collins wrócił do zdrowia. Więc niby z jednej strony tak, ale z drugiej był na tamtym albumie taki starczy klimat, który nawiązywał jak dla mnie do procesu rekonwalescencji :) Plus sam tytuł.
bartosz i
[15 grudnia 2010]
A kojarzysz Kuba jak daleko posunięte były ingerencje w te kompozycje już po 2005 roku? Wiedziałem oczywiście o "Home Again", ale właśnie fakt, że piosenki z tamtej płyty zostały napisane wcześniej (a przynajmniej wcześniej powstał sam ich zamysł), zniechęcał mnie do traktowania jej jako "pełnoprawnego" powrotu.
kuba a
[15 grudnia 2010]
Zastanawia mnie, że w żadnej chyba recenzji tej płyty nie wspomina się o poprzednim albumie Collinsa, wydanym też już przecież po wylewie:

http://www.screenagers.pl/index.php?service=albums&action=show&id=1378

Wprawdzie "Home Again" zostało skomponowane przed hospitalizacją, ale ukończone już po niej i było dla mnie naturalne, że to właśnie ten krążek będzie traktowany jako "powrót do żywych", a nie - słabsze chyba nawet - "Losing Sleep". Hmmm...

Numer z The Drums jest tu zdecydowanie najlepszy swoją drogą.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także