Ocena: 5

Spiral Stairs

The Real Feel

Okładka Spiral Stairs - The Real Feel

[Matador; 20 października 2009]

No i stało się. Kiedy mniej więcej pół roku temu dotarła do mnie informacja o planowanej premierze solowego albumu Scotta Kannberga, pierwszego od przeszło pięciu lat przejawu aktywności byłego gitarzysty Pavement, oczami wyobraźni widziałem już tekst tej recenzji. Dotychczasowa bezbłędność Scotta, moje bezkrytyczne niemal uwielbienie dla jego postaci i nabożny stosunek do wszystkich jego nagrań, kazał przypuszczać, że „The Real Feel” nie będzie niczym innym, jak wyłącznie chwalebnym zwieńczeniem kariery Spiral Stairsa, a dla mnie znakomitym przyczynkiem do popełnienia jego hagiografii. Diabli wzięli założenia. Następujące kolejno wydarzenia mogły wprawić w osłupienie nawet najbardziej zatwardziałych fanatyków Pavement. Chronologicznie: najpierw dość nieoczekiwanie przybossował Malkmus. Melodia „Senatora”, pierwszy od dawna przebłysk absolutnego geniuszu najbardziej cool persony niezależnego rocka, każe oczekiwać jego kolejnego albumu z niezdrową ekscytacją godną psów Pawłowa. O tym, co wydarzyło się 16. września nie czuję się nawet w obowiązku przypominać. Na koniec Kannberg wydaje bardzo przeciętną płytę. Rozczarowanie? 2009 to – dołożywszy do wszystkiego dwudziestą rocznicę powstania bandu – oficjalny rok Pavement. O jakim rozczarowaniu może być mowa?

Być może ktoś z Was miał przyjemność obejrzeć kiedyś zbiór krótkometrażowych filmów poświęconych futbolowi zatytułowany „Krótka piłka”. Jedna z pojawiających się tam etiud, będąca w zasadzie wideoklipem do dość zabawnej niemieckojęzycznej piosenki „Defensywny pomocnik” i konkluzja z niej wypływająca (Defensywny pomocnik – ukryta gwiazda drużyny), mogłyby doskonale posłużyć za mikrodefinicję Scotta Kannberga. Podczas gdy przez cały okres funkcjonowania Pavement (a więc de facto całą dekadę lat dziewięćdziesiątych), a nawet po dzień dzisiejszy niemal wszystkie zaszczyty zbierał wyłącznie Malkmus, ugruntowując status świętej krowy indie rocka (o czym wspominał Kuba w recenzji Built to Spill), nasz bohater pozostawał gdzieś na uboczu. Tymczasem wystarczy posłuchać któregokolwiek z solowych albumów SM, aby wspaniałomyślnie skonstatować, że także Kannberg, do spóły z szalonym Nastanovichem stanowił o potędze Pavement. Zupełnie na marginesie, co cesarskie oddać należy też Iboldowi, Westowi, a także „czarnej owcy” kapeli – Gary'emu Youngowi, bez którego nie byłoby klasycznego, kanciastego brzmienia bębnów na „Slanted & Enchanted”. „Passat Dream” (!), „Hit The Plane Down”, „Kennel District” (!!!), „Date With IKEA” – zgadnijcie czyje to piosenki. Każda z nich na zupełnym luzie znalazłaby się w moim prywatnym rankingu dziesięciu ulubionych kawałków kapeli ze Stockton. Spiral Stairs jest kompozytorskim geniuszem, kropka.

Potwierdzenia tej tezy można szukać także na płytach nagranych przez Kannberga już po rozpadzie Pavement, ze swoją nową formacją Preston School Of Industry, która nazwę (jeśli jeszcze gdzieś przeczytam, że jest idiotyczna, to nie wytrzymam, przysięgam) odziedziczyła po jednej z niewydanych nigdy piosenek Pavement. I teraz tak: spójrzcie na ten klip. Kiedy oglądałem to po raz pierwszy, błyskawicznie nasunęły mi się dwie myśli. Po pierwsze: relacje na linii Kannberg – Malkmus w schyłkowym okresie funkcjonowania grupy. Nawet przy założeniu, że SM robi tu sobie z kolegi zwyczajne jaja, to oczywistym wydaje się fakt, że już na tym etapie koniec Pavement wydawał się tylko kwestią czasu. Będąc ikoną dekady, podobnie jak Kurt Cobain, John Scatman czy Paul Gascoigne, zwyczajnie nie mieli prawa funkcjonować poza latami dziewięćdziesiątymi (stąd sporo obaw pojawiających się przy okazji reunionu). Po drugie, zdecydowanie istotniejsze w kontekście rozważań o Pavement jako najlepszym zespole 90s: moc tego kawałka. Pozwólcie, że się powtórzę: jak dotąd ta piosenka nie ujrzała oficjalnie światła dziennego. A teraz idźcie poszukać drugiego zespołu, traktującego swój fach – eufemistycznie rzecz ujmując – niezupełnie poważnie, który ot tak, lekką ręką nagrywa dziesiątkowy utwór. I tam był SS, współtworzył to.

Na tamte lato nagrywał „Hotel Nirvana” Maanam. Wydany w 2001 roku debiut Preston School Of Industry – „All This Sounds Gas” (świetna gra słów!) z niezrozumiałych względów został niemal zupełnie olany. Po rozpadzie Pavement oczy wszystkich wyznawców grupy, a także krytyków tradycyjnie zwrócone były w kierunku poczynań Stephena Malkmusa; to on (tak jest zresztą do dziś) był na świeczniku. SM – oddajmy honor – zarządził doskonałym s/t. W niczym nie umniejsza to jednak faktu, że „All This Sounds Gas” był albumem równie znakomitym, jeśli nie lepszym, a jego bagatelizowanie zakrawa na jakiś spisek. Kannberg, chętniej niż Malkmus, zdaje się korzystać tu z dobrodziejstwa riffów, nie boi się rozciągać w czasie utworów, tworząc z nich kompozycje na kształt jamów, pozostaje też wierny estetyce lo-fi. Rozleniwione gitary przywodzące na myśl dokonania Silver Jews, niezal-killery („Falling Away”), egzystencjonalne ballady („Monkey Heart And The Horses' Leg”) – dla wszystkich tych elementów znalazło się miejsce na „All This Sounds Gas”. Wydany trzy lata później „Monsoon”, z gościnnym udziałem członków Wilco, również nie doczekał się wielkiego poklasku, znów z niezrozumiałych dla mnie względów. Mimo wszystko konsekwentnie budowane przez Kannberga ciepłe relacje z fanami na wydaniu „Monsoon” zdecydowanie nie ucierpiały .

Prawdę mówiąc, nie mam szczegółowych informacji odnośnie tego, jak wygląda recepcja „The Real Feel”. Byłbym jednak bardzo zdziwiony gdyby nagle, wydając swoją najsłabszy album, Spiral Stairs doczekał się zaszczytów w opiniotwórczych mediach. Dopiero na wysokości tegorocznej płyty jestem skłonny zgodzić się ze stawianymi wcześniej zarzutami o bezbarwność kompozycji i wylewającą się z nich nudę. Istotnie, „The Real Feel” aż prosi się pod tym względem o ostre słowa. Plajta tego wydawnictwa jest tym bardziej zastanawiająca przy uwzględnieniu aż pięcioletniego okresu, jaki upłynął od premiery „Monsoon”. Czasu na przygotowanie dobrego materiału nie brakowało. Tymczasem z potoku rozlazłych, bardowskich, countryrockowych nudów, jakie – niestety – tu dominują, ciężko wydobyć choćby śladowe ilości złota. Nawet mnie, die-hardowi Pavement i Kannberga, z najwyższym trudem przyszło wyselekcjonowanie kilku utworów, o których można napisać coś pozytywnego. Tego się – prawdę powiedziawszy – nie spodziewałem.

„The Real Feel” odarte z kontekstu, potraktowane jako fenomen, nie jest nawet warte recenzji (zwłaszcza tak obszernej jak ta). Postrzegane w ten sposób jawi się kolejnym, modelowym wręcz przykładem songwriterskiej średniawki, jakiej rocznie ukazuje się kilka tuzinów. Kilka tysięcy znaków powyżej pokazuje jednak, że takie traktowanie tegorocznej propozycji Kannberga byłoby równie niesprawiedliwe, jak marginalizowanie twórczości Preston School Of Industry, na które wyżej narzekałem. Jakikolwiek odsłuch „The Real Feel” w warunkach niepełnej koncentracji mija się zasadniczo z celem. Zdecydowanie nie jest to płyta, która zupełnie nieoczekiwanie jednym potężnym motywem, wybijającym się nagle z tła, rozłoży na łopatki. Bardziej drobiazgowa analiza skutkuje wyłapaniem kilku smaczków, o których pisałem powyżej. Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów.

Gdyby pokusić się o prezentację „The Real Feel” za pomocą wykresu liniowego, przedstawiałby on niestety równię pochyłą. „True Love” i „Cold Change”, a więc odpowiednio indeksy numer jeden i trzy, to w zasadzie najmocniejsze punkty płyty. Pierwsza z piosenek, ze swoją big-bitową rytmiką wiedzie myśli gdzieś ku twórczości kiwi-popowców z The Chills. Niezobowiązujące „Cold Change”, w przeciwieństwie do pozostałych utworów, umiejętnie łączy subtelną aranżację smyczków z uberchwytliwym motywem minirefrenu. Intro żywcem wyjęte z „Keep It Like A Secret” Built To Spill, każe zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Otóż porównanie do równi pochyłej odnosi się niestety nie tylko do całościowego konstruktu płyty, ale także do pojedynczych utworów, które najpierw zdradzają potencjał introdukcją, a później beztrosko trwonią go na smęcenie. Ilustracją niech będzie „Shubaico Shuffle”, które wpierw wstrząsa zeppelinowskim gitarowym tumultem, aby po chwili odejść w niebyt. Czyżby Scottowi zaczęło na pewnym etapie najzwyczajniej brakować pomysłów?

Połowy z tych piosenek mogłoby z powodzeniem nie być, zwłaszcza ballad, które wyjątkowo SS-owi nie wyszły. „Blood Money”, które po spojrzeniu na tracklistę i długość utworu może wydawać się epickim finałem, porównywalnym z doskonałym „Take A Stand” z „All This Sounds Gas”, w rzeczywistości okazuje się zupełnie bezproduktywnymi ośmioma minutami zerotreściowego, knajpianego nudziarstwa. I tak jak pisałem, z rzadka jedynie można uświadczyć przebłysków dawnej, doskonałej songwriterskiej dyspozycji. Ale są to ledwie pojedyncze promienie, przebijające nieśmiało przez gęstą mgłę inercji. Ostatnim z nich jest noise'owy singiel „Stolen Pills”, choć naprawdę broni się dopiero w zestawieniu z teledyskiem.

Mamy koniec 2009 roku, tak? Dlaczego nie widzę w polskim internecie ani jednego dużego tekstu o Pavement? Dlaczego?! K***AAA, DLACZEGO?!. Parafrazą klasycznego już szlagwortu uprzedzam ewentualne pytania o sens popełniania elaboratu na prawie dziesięć tysięcy znaków poświęconego płycie, o której nie da się wiele powiedzieć. Im więcej tekstów o Kalifornijczykach, tym lepiej, naprawdę. W normalnych okolicznościach powinienem być strasznie rozczarowany, bo „The Real Feel” było jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie tegorocznych premier. Jednak w związku z niespodziewanym obrotem, jaki przybrały sprawy (mowa oczywiście o reunionie), zupełnie bez żalu jestem w stanie przejść do porządku dziennego nad faktem porażki Scotta. Pełen spontan.

Bartosz Iwański (27 listopada 2009)

Oceny

Bartosz Iwanski: 5/10
Średnia z 1 oceny: 5/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: poti
[3 grudnia 2009]
wreszcie sensowny tekst o pavemencie po polsku
Gość: doktoro
[29 listopada 2009]
zajebista recenzja
Gość: tele morele
[29 listopada 2009]
jak na razie na lipiec i sierpień nie zabukowali ani jednego koncertu, szanse na letni festiwal- tym bardziej u lachów- znikome. czyli zbieramy pieniądze na primaverę
Gość: tomcio
[28 listopada 2009]
Ja również do dziś nie wiem o co chodzi z Pavement. I Pixies. Pozdro pszemcio.
Gość: smtih
[28 listopada 2009]
mam podobnie przemcio. ołtarzyki tró-indie mam rozstawione po całym mieszkaniu, a pavement dalej jest nieosiągalnym bożkiem, choć ostatnio się zmierzyłem, i było o wiele lepiej niż wcześniej. myślę że to kwestia wiary albo mieli szczęście.
Gość: pszemcio
[27 listopada 2009]
no kurka co zrobić, wczesny Modest uwielbiam, za trójcę Built to spill dałbym sie pokroić, większość katalogu Sebadoh katuję przynajmniej raz na dwa miechy, a Pavement jakoś kurka mi nie siada do końca. zapisałbym sie na jakiś kurs czy co
błaszczyk
[27 listopada 2009]
@maciek
Ale od tego jest infomuzyka.
Gość: maciek
[27 listopada 2009]
kurka a może by tak trochę krócej czy płyta fajna czy do kitu i dlaczego i tyle, a tak to mini-powieśc się zrobiła i w połowie czytania stwierdziłem dość.
Gość: szczur
[27 listopada 2009]
kurka, pszemcio
Gość: pszemcio
[27 listopada 2009]
ech, a ja nadal na etapie rozkniniania albumów pavement i nadal nie do końca rozumiem fenomen

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także