Ocena: 6

Bricolage

Bricolage

Okładka Bricolage - Bricolage

[Slumberland; 28 lutego 2009]

Wydawani przez Slumberland – ten sam label, co The Pains Of Being Pure At Heart – wespół z nowojorczykami Bricolage walczą o przywrócenie w encyklopediach prawidłowej, oryginalnej definicji indie-popu. Podczas gdy słodkie, field-mice’owskie melodie piosenek Pains owiewa mgiełka hałaśliwych, noise-popowych gitar, chłopcy z Glasgow pozostają lokalnymi patriotami. Ta romantyczna i nieco starodawna muzyka została już zagrana na początku lat osiemdziesiątych i została zagrana lepiej. Kwartet znalazł swoje wzorce na przedmieściach największego miasta Szkocji, w Bearsden, gdzie trzydzieści lat temu swoje pierwsze wspólne kawałki wykuwali niejacy Edwyn Collins, James Kirk, Dave McClymont i Steven Daly. Bricolage ćwiczą ten sam wariant: ich funk jest biały i ujmująco nieporadny, a brzęk gitar wywołuje skojarzenia z czymś jasnym, kolorowym, orzeźwiającym. Na przykład z sokiem pomarańczowym.

Młodszemu słuchaczowi Bricolage skojarzą się pewnie z Franz Ferdinand. I nic dziwnego, w końcu Kapranos do tej pory z błyskiem w oku opowiada o kupionym w początku lat dziewięćdziesiątych winylowym singielku Orange Juice, który pozostał jego największą inspiracją, a sam Franz cofnięty o ćwierć wieku byłby pewnym punktem katalogu Postcard. Wyłączywszy nieliczne momenty (openerowi „Bayonets” najbliżej do Maximo Park) Bricolage nie wychodzą poza horyzont albumu „You Can’t Hide Your Love Forever”. Szkoda jedynie, że ich kompozycje tak rzadko plasują się powyżej przeciętnej. Jako osoba, która w ostatnich latach zeżarła swoje zęby na zgłębianiu dyskografii Collinsa i spółki, zawodzę się powierzchownością spojrzenia Szkotów. Chwilami ma się wrażenie, że bawi ich odbijanie na ksero starych klasyków – ballada „Plots Are Made For Cemeteries” to „Consolation Prize” bez kwintesencjonalnej, drugiej części, a „Turn You Over” zaczyna się mrugnięciem oka w stronę „Moscow”. Pozycji albumu w moim odtwarzaczu broni głównie singiel „Footsteps”, zarazem najbardziej taneczny fragment płyty (o ile ktoś jeszcze tańczy dziś do muzyki granej na żywych instrumentach). Owszem, większość „Bricolage” to zgrabne utworki, lecz niewiele ponadto. Acz zdaje się, że Bricolage póki co nie mieli większych ambicji. Mimo wszystko to miłe chłopaki, więc chętnie wypiję ich zdrowie. Szklanką zgadnijcie-czego.

Kuba Ambrożewski (29 maja 2009)

Oceny

Kasia Wolanin: 7/10
Przemysław Nowak: 7/10
Kuba Ambrożewski: 6/10
Średnia z 4 ocen: 6,25/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
generacja_nic
[30 czerwca 2009]
Trochę się spóźnili z takim graniem. Mnie już trochę to męczy, przynajmniej w formie, którą proponują. Żadni z nich zdolni majsterkowicze.
kuba a
[30 maja 2009]
Cenię Twoją wyrozumiałość dla młodych, sympatycznych zespołów, ale jeśli oni nie są "tribute actem", to kto jest? :) Orange Juice mieli przecież mnóstwo "sixtiesowych naleciałości", zwłaszcza na wczesnym etapie, z którego czerpią Bricolage. Co do meritum jednak - zgoda, miły album.
Gość: kolargol
[30 maja 2009]
Ja bym ich tak całkowicie jako tribute band Orange Juice nie szufladkował, bo mają choćby sixtiesowe naleciałości. Tak czy siak to bardzo przyjemna płyta, a ja w tym roku chyba najbardziej lubię takie niezobowiązujące rzeczy.
Gość: Rot Schwartz
[29 maja 2009]
Czy chodzi o szklaneczkę cykuty?

Gość: iammacio
[29 maja 2009]
@o ile ktoś jeszcze tańczy dziś do muzyki granej na żywych instrumentach

jasne ze tak!

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także