Ocena: 5

Grace Jones

Hurricane

Okładka Grace Jones - Hurricane

[Wall of Sound; 3 listopada 2008]

O Grace Jones, o jej scenicznej osobowości – takiej, jaką się nam ukazuje poprzez muzykę i obrazy – powiedziano już absolutnie wszystko. W rzeczy samej – takie postawienie sprawy nie jest przyznaniem wyeksploatowania tematu, ale raczej kolejnym potwierdzeniem tego, jak przerażająco charyzmatyczną i inspirującą postacią jest Ms. Jones. „Przerażająco”, a więc „fascynująco” – rzadko się bowiem zdarza, by nieprzerwanie, przez lat ponad 30, artystce, której największym dokonaniem filmowym jest rola Zuli w filmie „Conan Niszczyciel”, a muzycznym – album z coverami, towarzyszyło graniczące z nabożnym uwielbieniem zainteresowanie. Natłok określeń, którymi obdarowano Grace i natłok interpretacji jej persony, świadczy tylko o sile kulturowego oddziaływania adresatki tych peanów. To wprost niesamowite: w pewnym momencie żywa osoba zaczęła funkcjonować jako symbol – została przetworzona przez naszą wyobraźnię, jednocześnie ubóstwiona i zreifikowana, niezależnie od tego kim jest i kim była naprawdę.

W komedyjce „Boomerang”, autorka płyty „Nightclubbing” gra epizodyczną postać samej siebie – przerażającej modelki o ego larger than life. Gdy owa modelka – Helen Strangé – postanawia wypromować firmowaną swym nazwiskiem linię kosmetyków, zatrudniona przez nią agencja przygotowuje reklamę, w której Strangé, niby matka miotu Obcych, w spazmach i jękach dosłownie rodzi flakonik perfum (nie przypadkiem więc na nowej płycie Ms. Jones śpiewa I can give birth to sheep). I tak Grace Jones pozwoliła nam wierzyć, że jest mitologiczną bestią – odgryzającym uszy Mikiem Tysonem żeńskiej wokalistyki – jednak w przeciwieństwie do zdziczałego boksera, kreacja jej sztuki (którą jest, wydaje mi się, całe życie artystki – każdy element tego co odbieramy jako jej fenomen) nie jest zwycięstwem dzikości nad człowieczeństwem, ale opanowaniem i ukierunkowaniem dzikiego, naturalnego pierwiastka w człowieku. Nie bez kozery zatem mówi się o niej, jako o niepohamowanej furii przyrody. „Niepohamowanej”, ale nie „nieokiełznanej”! Istotą Grace, którą sobie wyobrażamy, jest dążenie do harmonii, do tego co intuicyjnie nazywamy „estetycznym” – lecz w tym dążeniu artystka nie daje się zatrzymać, nie idzie na ŻADNE kompromisy – i dlatego jej działania wydają się nam tak zwierzęce, tak… pociągające.

Ale też nie oszukujmy się, że chodzi w niej o muzykę. Oczekiwania recenzentów „Hurricane” są w przeważającej części oczekiwaniami wobec piosenkarki sensu stricto, a tą artystka nigdy nie była. Nie ma więc znaczenia co gra Grace Jones, ale że w ogóle gra – że jest, że możemy się nad nią rozwodzić, pastwić, pisać o niej. O dziwo, na nowej płycie sama wokalistka przesuwa się niebezpiecznie blisko miejsca, w którym próba stworzenia wartościowych kompozycji – tym razem Jones nie posiłkuje się coverami – zaczyna dominować nad pierwiastkiem kulturowego fenomenu. I para nie idzie w gwizdek – a przynajmniej nie zupełnie. Trzy utwory otwierające „Hurricane” są być może najbardziej zwyczajnymi piosenkami w jej karierze i są przy tym niezwykle satysfakcjonującą materią muzyczną. Ta próba obnaża jednak podstawowe słabości reszty materiału – Grace strzela samobója w tym momencie, w którym kontrastuje swą normalność z kreowanym przez lata wizerunkiem. Zaraźliwość ZWYKŁYCH PIOSENEK takich jak „William’s Blood” czy „This Is” ośmiesza bowiem konwencję, w której artystka poruszała się przez całą swą karierę. W ten sposób rozmyciu ulegają kryteria oceny jej pierwszego od niemal 20 lat albumu. Rozczarują się bowiem ci, którzy oczekiwać będą, że songwriting utrzyma równy poziom przez pełne 48 minut i rozczarują się ci, którzy oczekują po Grace owej boskiej bezkompromisowości. Efekt poszukiwania nowych środków wyrazu upada gdzieś w połowie drogi i nie zadowala do końca żadnej ze stron.

„Hurricane” nie zawodzi więc jako zestaw piosenek, bo nie piosenek – lepszych, gorszych – należało się po nim spodziewać. „Hurricane” zawodzi tam, gdzie dekonstruuje mit – tam, gdzie Grace Jones nie jest tak silna, nadprzyrodzona i władcza, jak sobie ją wyobrażamy. Obawiam się zatem, że tym razem reputacja prześcignęła artystę i Ms. Jones, by uszczęśliwić wszystkich, powinna była nagrać album tak doskonały pod względem formy i treści, że nie leży to w zasięgu ludzkich możliwości. Nagrywając „Hurricane”, jak napisał Pete Paphides z Timesa, Grace udowodniła jedynie, że „jest człowiekiem, a przecież nie o to chodziło”.

Paweł Sajewicz (2 lutego 2009)

Oceny

Kasia Wolanin: 5/10
Paweł Sajewicz: 5/10
Średnia z 3 ocen: 5,33/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
mfraczek
[5 lutego 2009]
no kiedyś miała :)
PS
[4 lutego 2009]
a grace jones ma płeć? ;)
mfraczek
[4 lutego 2009]
chyba boginią, co?

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także