Ocena: 7

Merzbow

Arijigoku

Okładka Merzbow - Arijigoku

[Vivo Records; 12 czerwca 2008]

Czwarta płyta Merzbowa nagrana dla polskiego Vivo to kontynuacja przyrodniczych fascynacji, których efektem była zeszłoroczna „Higanbana”. Tym razem jednak zamiast kwiatków na tapetę idą mini-drapieżniki. Arijigoku to japońska nazwa mrówkolwa, używana także do określenia pułapek jakie larwy tego owada zastawiają na swoje ofiary. Słowo to używane jest także w języku powszechnym właśnie w odniesieniu do metod polowania mrówkożercy, jako sytuacja bez wyjścia, w której można jedynie oczekiwać nadchodzącego nieszczęścia. Ładny temat do zilustrowania skrajnie agresywną muzyką, prawda? Tu jeszcze mała dygresja: Masami Akita jest zadeklarowanym wegetarianinem i udziela się w wielu akcjach oponujących przeciwko zabijaniu zwierząt dla futer czy polowaniom na wieloryby (album „Bloody Sea”). W tej perspektywie to muzyczne spojrzenie na brutalną twarz natury nasuwa pytanie o charakter inspiracji: przerażenie i idąca z nią w parze wściekłość na bezwzględność nawet najbardziej prymitywnych istot żywych czy - paradoksalnie - podziw? Trudno zawyrokować, chociaż nie wygląda to na zachwyt nad pięknem świata. W każdym razie do najbardziej nastrojowych nowy album japończyka nie należy.

„Wycie przeszywa niebo na wskroś.” To już w twórczości mistrza noisu było. Pewną nowością są natomiast bębny dołączające do rozdzierającego uszy pisku już po kilku pierwszych sekundach płyty. Nie jestem pewien, czy Merzbow grał wcześniej na perkusji, ale to jego pierwszy znany mi album, na którym się ona pojawia. Akita nie jest może wirtuozem, ale wszelkie niedostatki sprawnie maskuje żywiołowością, postprodukcją i gęstym potokiem antydźwięków, który czyni bębny ledwo słyszalnymi przez większą część albumu. Raz po raz są przygniatane i na nowo wypływają na powierzchnię sonicznego sztormu. Czasami znikają zupełnie na kilkadziesiąt sekund robiąc miejsce dla piskliwych dronów, by niespodziewanie wyłonić się niczym szczęki mrówkolwa z piaskowego dołka. Dominują jednak zdecydowanie konsonanse większej części spektrum częstotliwości. Tak skonstruowane są 3 z 4 części płyty, z apogeum przypadającym na ścieżkę trzecią, gdzie przez 16 minut bezkompromisowego ataku na zmysły nie ma nawet chwili na zaczerpnięcie oddechu. Nieco spokojniej (to słowo jakoś tu jednak nie pasuje) jest w pierwszym utworze, w którym elektroniczny hałas wypada szczególnie statycznie w zestawienie z ekspresyjnym bębnieniem.

Chociaż połączenie to okazało się w ogólnym rozrachunku zdać egzamin, to jednak na tle chociażby wspomnianego już albumu z zeszłego roku wykorzystanie akustycznego instrumentu czyni muzykę japończyka mniej abstrakcyjną i mimo wszystko nieco mniej agresywną. Ciekawie w tym kontekście wypada utwór drugi, gdzie perkusja znajduje się na pierwszym planie. Dzięki bardziej stonowanemu doborowi środków w tle, słychać tu dosyć wyraźnie jej przyjemnie przesterowane i zarazem potężne brzmienie. Elektroniczny hałas operuje głównie w górnych rejestrach i przez pierwsze pięć minut pozostaje nieco przytłumiony robiąc dużo miejsca dla sadowiących się gdzieś między free-jazzem, punk rockiem i trash-metalem perkusyjnych zagrywek Akity. Noise powoli gęstnieje i na koniec trup znowu ściele się gęsto ale ta mała odmiana działa ożywczo na percepcję całego albumu, który tak czy siak spełni oczekiwania zagorzałych fanów. Merzbow natomiast uchylił sobie furtkę do kolejnych eksperymentów i dalszego poszerzania stylistyki noise. Z pewnością to be continued.

Mateusz Krawczyk (24 lipca 2008)

Oceny

Mateusz Krawczyk: 7/10
Średnia z 1 oceny: 7/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także