Ocena: 3

Juliette and the Licks

Four On The Floor

Okładka Juliette and the Licks - Four On The Floor

[Hassle; 2 października 2006]

Hollywoodzkie gwiazdy miewają rozmaite kaprysy. Taki np. Russell Crowe podobno nie rozpocznie zdjęć, dopóki w miejscu, gdzie aktualnie pracuje, nie znajdzie się najnowocześniejsza siłownia i centrum odnowy biologicznej. Jennifer Lopez natomiast przed pojawieniem się publicznie życzy sobie, by droga, którą musi przejść, została uprzednio wyperfumowana. Dlaczego piszę o takich bzdurach w związku z Juliette Lewis? Cóż, po wysłuchaniu najnowszej płyty zespołu Juliette and the Licks, jestem w stanie postrzegać muzyczną działalność znanej, charakterystycznej, dla niektórych z pewnością kultowej (tfu, jakie to słowo jest zużyte) aktorki jedynie w kategoriach kaprysu gwiazdy.

A przecież nie miało być tak źle... Wydany w zeszłym roku longplay „You Speaking My Language” był bardzo przyzwoitym punktem wyjścia. Słuchało się go ze sporą przyjemnością; brak nowatorskich pomysłów Juliette nadrabiała energią, talentem, a przede wszystkim sporą charyzmą. Jej mocny, ekspresyjny wokal sprawiał, że zaaranżowane dość sztampowo kompozycje poruszały. Lewis na swojej poprzedniej płycie przypominała trochę kreowanych przez siebie filmowych bohaterów, którzy nigdy nie byli jednoznaczni. Nieśmiało starała się łączyć liryzm Patti Smith z bezpośredniością The Who, drapieżność Iggy Popa z delikatnością Jefferson Airplanne. Co z tego wszystkiego zostało na „Four On The Floor”? Chyba nic, bowiem to płyta przeraźliwie jednostajna. Słychać, że Juliette chciała nagrać album mniej „hipisiarski”, mocniejszy, na którym każdy kawałek będzie niezawodnym generatorem podscenowego młynu. Taka koncepcja nie musiała skończyć się dramatycznie, niestety jej wykonanie zawiodło. Na „Four On The Floor” piosenki niby następują po sobie, ale przede wszystkim zlewają się ze sobą, tworząc nieprzyjemnie wrażenie słuchania w kółko jednego, niezbyt fajnego kawałka. Z tej dźwiękowej breji wynurza się właściwie tylko jedna kompozycja: „Get Up” - luzacki, pogodny, melodyjny numer w stylu późnego QOTSA, stwarzający Juliette możliwość nawiązania króciutkiego flirtu z słuchaczem. W pozostałych piosenkach liderka The Licks ściga się z przesterowanymi gitarami i naparzającą perkusją Dave’a Grohla. Zwykle głośniejsi okazują się muzycy, czasem przekrzykuje ich wokalistka. Z przysłuchiwania się tym zawodom trudno jednak wynieść cokolwiek poza uczuciem zniechęcenia. Wyjątkowo irytujące na „Four On The Floor” są również teksty. Juliette Lewis zawsze miała opinię niegrzecznej dziewczynki. Na nowym albumie bunt zmienia się jednak w przykrą farsę. Płyta rozpoczyna się od rzucenia niewyszukanym „fuckiem”, a potem mamy właściwie to, co zapowiadają tytuły: „Death Of A Whore”, „Killer”, „Sticky Honey”, czyli zestaw ogranych rock'n rollowych sloganów, które, co najgorsze, wykrzykiwane są z niezwykłą pasją.

Uzasadniając decyzję o rozstaniu z filmem, Juliette Lewis stwierdziła w jednym z wywiadów: „Making movies can be really boring”. Niewykluczone, że tworząc znakomite kreacje aktorskie liderka The Licks śmiertelnie się nudziła, a nagrywając nijaką, arcyprzeciętną płytę, bawiła się doskonale.

Piotr Szwed (4 grudnia 2006)

Oceny

Marceli Frączek: 5/10
Piotr Szwed: 3/10
Średnia z 3 ocen: 2,66/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także