sx screenagers.pl - recenzja: Ed Harcourt - The Beautiful Lie
Ocena: 7

Ed Harcourt

The Beautiful Lie

Okładka Ed Harcourt - The Beautiful Lie

[Heavenly; 5 czerwca 2006]

Obrodziło ostatnimi laty twórcami identyfikowanymi z szeroko rozumianą piosenką autorską. Co chwilę mamy nowe objawienia. Ktoś chce wyśpiewać wszystkie Stany Zjednoczone Ameryki, ktoś inny zaczynał jako genialne dziecko; są tacy, którzy obnoszą się ze swą seksualnością lub epatują folkowymi korzeniami. Pojawiły się głosy w sprawie konfliktów, w jakie zamieszana jest Ameryka, w związku z tym warto postawić się w roli współczesnych hippisów. Bohaterowie naszych czasów, nawiązujący do legend o samotnych geniuszach z gitarą i parą wytartych jeansów; nadwrażliwców „czujących więcej” i odchodzących zbyt wcześnie. Prym wiodą Amerykanie, ale także Brytyjczycy mają swojego przedstawiciela w wełnianej czapce. Czym dziwniej i oryginalniej, tym lepiej. Czas zweryfikuje, którzy z nich to prawdziwe talenty, a którzy stanowią wytwór takiego, a nie innego zapotrzebowania rynku kreowanego przez amerykańskie portale muzyczne.

Na tym tle Brytyjczyk – Ed Harcourt – jawi się dość przeciętnie. Ot facet, który skomponował kilka piosenek i czasem nagrywa je na płyty. Pewnie ten brak udziwnień powoduje, że nie jest nigdy stawiany w pierwszym szeregu. Nie chodzi tu nawet o dość zachowawczy ton recenzji, a raczej swoistą niemedialność. Wszystko to sprawia, że Harcourt może być co najwyżej mistrzem drugiego planu. Zbyt utalentowany, by go stawiać w jednym rzędzie z Dawidem Grayem, za mało wyrazisty, by równać się ze świrami z Ameryki.

Ale trzeba dodać, że Ed nie nagrał nigdy albumu perfekcyjnego. Owszem , jego dwa pierwsze solowe krążki cechuje elegancki styl, zdolność komponowania świetnych melodii i inteligentne urozmaicanie utworów najróżniejszym instrumentarium przy swoistym wyczuciu umiaru. Nad efektowność stawia Harcourt podporządkowanie piosence, często nagrywając dźwięki, które już „ktoś, gdzieś, kiedyś mógł nagrać”. Na tym etapie kariery muzyka miałem nadzieję, że rozwój talentu pozwoli umieścić go kiedyś obok takich postaci jak Jeff Buckley czy Elliott Smith. Dziś już się nie łudzę, co nie znaczy, że się zawiodłem.

Z racji tego, że poprzedni regularny krążek Harcourta nie został na łamach Screenagers odnotowany, wspomnę, że „Strangers” był jego najbardziej nierównym dokonaniem. Obok momentów zupełnie niezwykłych, jak utrzymany w klimacie dzieł Tima Buckleya „The Trapdoor” czy epatujący smutkiem „Kids”, znalazły się tu kompozycje nijakie, nie wnoszące nic do wizerunku artysty, świadczące raczej o regresie. Obawy związane z nowym albumem były więc uzasadnione; zresztą jego recenzje również nie są entuzjastyczne, a szkoda...

Tworczość Eda przebiega dwutorowo. Z jednej strony to tradycja smutnych pieśni stylistyką sięgających nagrań Nicka Drake’a, ojca i syna Buckleyów czy wspomnianego już Elliotta Smitha; z drugiej, ciepłe i zdecydowanie optymistyczne piosenki, przy których chce się powitać słoneczny letni poranek. Tu z kolei uzasadnione będą skojarzenia z dokonaniami Eels czy Badly Drawn Boya. „The Beautiful Lie” zaczyna się właśnie takimi fragmetami. „Whirlwind In D Minor” świetnie spełnia rolę openera. Zaraźliwie melodyjny, bujający, dość dynamiczny, choć z wysuniętym na pierwszy plan, akustycznym, powtarzanym motywem. Jeszcze lepiej jest w singlowym „Visit From The Dead Dog”. Tu z kolei na pierwszym planie pianino, a pod koniec kapitalnie wkomponowane solo trąbki. I kiedy już myślimy, że będzie to kolejna dobra, lecz nie wnosząca nic nowego płyta – zaskoczenie. Resztę albumu stanowią spokojne, nastrojowe kompozycje zaaranżowane z rozmachem, jakiego na płytach Harcourta jeszcze nie uświadczyliśmy.

Ogromną rolę odgrywa tu sekcja smyczkowa, najważniejszy obok pianina składnik całości. No i słowo o wokalu, bo to moim zdaniem najlepiej zaśpiewana płyta w karierze muzyka, dzięki czemu taki „Shadowboxing” czy „Revolution In The Heart” muszą robić wrażenie. „Until Tommorow Then” to bardzo wyraźne nawiązanie do Waitsa, zarówno w takim nieco słodkawym i bardzo staroświeckim podkładzie ze smyczkami, pianinem, jazzującą trąbką i przede wszystkim sposobie śpiewania – skojarzenia z „Blue Valentine” nasuwają się automatycznie. Brzmi to jakby było puszczone ze zdartej czarnej płyty i stanowi jeden z najlepszych momentów całości. Również „Rain On The Pretty Ones” mógłby się z powodzeniem znaleźć w repertuarze mistrza. Zaskakuje walczykowaty „Scatterbraine”, z kolei „The Pristine Claw” brzmi jakby był wynikiem zasłuchania w dorobek Devendry Benharda. „I Am The Drug” to przede wszystkim charakterystyczny rytm, smyki, kapitalny saksofon, bogactwo dźwięków i wokalne zaangażowanie. Całość wieńczy uroczy „Good Friends Are Hard To Find” z dość wymownym tekstem w kontekście twórczości tego artysty: I wish you more success/ more than I ever had.

W moim osobistym, dość emocjonalnym rankingu, ten album zasługuje na osiem gwiazdek w skali dziesięciostopniowej. Jednak z racji tego, że recenzowanie płyty to zajęcie wymagające wyrachowania i dystansu, nie śmiem przydzielić większej noty twórcy tak wyraźnie inspirującemu się dokonaniami innych. W ten oto sposób dołączam do zimnych skurczybyków odmawiających Harcourtowi wstępu do muzycznej pierwszej ligi i jestem przekonany, że w jakimś tam minimalnym stopniu uczyniłem mu przysługę.

Przemek Skoczyński (30 sierpnia 2006)

Oceny

Kasia Wolanin: 7/10
Kamil J. Bałuk: 4/10
Średnia z 4 ocen: 6,25/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także