Ocena: 5

The Raconteurs

Broken Boy Soldiers

Okładka The Raconteurs - Broken Boy Soldiers

[V2 Records; 16 maja 2006]

„Jack White jest na muzycznych wakacjach” – nasuwa się słuchaczowi dziennikarski komunał, w tym wypadku równie wyświechtany, co prawdziwy. Widać zeszłorocznym „Get Behind Me Satan” nie odpoczął sobie od blasku reflektorów. Wykazując się nie lada konformizmem oto powraca dziś na stare śmieci i trójki kumpli z Detroit, z którą mógłby pograć sobie tyleż naiwny, co głupiutki revival rocka lat 60., jakim łechtali się za młodu. I nie dziwota, że chłopacy na sesji do „Broken Boy Soliders” dobrze się razem bawili. Szkoda tylko, że gros z tej wakacyjnej zabawy zabrali dla siebie, a pożałowali słuchaczom.

Szkoda, bo mogło, a nawet miało być inaczej. Przed premierą kolejno pojawiały się przeto: nie do pogardzenia singiel okraszony okazjonalnym klipem Jima Jarmuscha, winylowe tegoż wydanie rozchodzące się na e-bayu po 100 dolarów, czy rutynowe zapowiedzi brytyjskiej prasy prorokujące White’owi losy Damona Albarna. Słowem, ciekawość została podsmyrana. Oto bodaj najbardziej rozpoznawalna gitara współczesnego mainstreamu znalazła obok siebie złote dziecko power popu, zagorzałego beatlesiarskiego hookerzystę, mistrza refrenów – Brendana Bensona. Wściekłe garażowe plugastwo miało iść w parze z błyskotliwą melodyjnością. Hard rock spod szyldu Zeppelinów wraz z bubblegumem w najczystszej postaci. „Tak to tylko w Erze” – ciśnie się w rezultacie na usta. Tandem perfekcyjny jako spod Fidiaszowego dłuta objawił się jedynie laicką imitacją, a jego członkowie pryszczem na dupie tego drugiego.

Songwriterzy bowiem zamiast efektywnej i efektownej kooperacji zdają się nawzajem ograniczać. Jak ognia unikając wszelkich niekonwencjonalnych wstawek z autorskich dokonań, serwują nam album tkwiący w artystycznej niemocy, gdzieś między biegunami gitarowego drive’u jednego i melodyjnych hooków drugiego. Klinicznym przypadkiem okazuje się numer „Hands”. Otóż sposób w jaki wyczesany, townshendowski riff został pogrążony przez egzaltowane inklinacje The Byrds powinien trafić w podręczników, a młode kapele mieć zeń czytelną przestrogę. Przypowieść o tym jak to tuzy songwritingu, przy niemałej pompie, tworzą wspólnym wysiłkiem dziełko nie wychodzące poza granice poprawności.

Wobec tego, fakt iż Jack White zanurzył swój paluszek u stópki w nowe terytoria okazuje się warty tyle co psu na budę. Cóż, tego, że oprócz oczywistych ciągot w kierunku Zeppelinów czy Deep Purple wraz z zespołem dość zgrabnie żonglują konwencjami radiowego popu lat 60. Od The Kinks i Small Faces po folkowego Donovana, a nawet Stonesów z czasów „Aftermath”. Że – o zgrozo! – przesterowanego bluesa znad delty lat 30. White zastąpił soulowym West Coastem. Rockowy mainstream jak kania dżdżu czy polska piłka wygląda zmian i sukcesów. A, that’s too bad, Raconteurs nie są ani jednym ani drugim. I niechaj ludzie wżdy postronni i nie postronni znają, że kolejny (a w tym wypadku ten sam) "mesjasz wskrzeszający rocka, powracając do jego korzeni" jest nam wszystkim potrzebny jak dziura w moście.

Paweł Anton (31 lipca 2006)

Oceny

Kuba Ambrożewski: 5/10
Kasia Wolanin: 4/10
Przemysław Nowak: 4/10
Tomasz Tomporowski: 4/10
Średnia z 15 ocen: 5,46/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: yaqi
[26 kwietnia 2009]
mniej porównań, więcej konkretów, mon.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także